wtorek, 30 czerwca 2015

(84) 10. Cody & Zaskoczenie

*Narrator*
W sali Laury siedział Cody. - Proszę cię, nie mów Rossowi o tym, że jestem chora. - Poprosiła chłopaka mając nadzieję, że ten jej nie wyda.
- A niby czemu miałbym mu tego nie mówić? - Zapytał retorycznie. - Przecież jeśli mu to powiem to na pewno cię zostawi i zniszczę życie wam obojgu. Do ciebie osobiście nic nie mam, ale jeśli jest okazja abym zniszczył mu życie to z niej skorzystam. - Dokończył pewny siebie.
- Ty się wcale nie zmieniłeś. Wszystko co mówisz Rossowi o tym, że może na ciebie liczyć jest zwykłym kłamstwem. Jesteś potworem! - Powiedziała ze łzami w oczach. Chłopak tylko zbliżył swoją twarz do jej, aby ta spojrzała mu w oczy.
- Nie zapominaj kochana, że ty też go zraniłaś jak wybrałaś mnie. Pfff, tak łatwo było ci ściemnić, że nie umiem bez ciebie żyć. Byłaś wtedy taka naiwna. - Powiedział nie spuszczając z niej wzroku.
- Myślisz, że tego nie wiem? Żałuję tego każdego dnia, ale nie możesz mu tego powiedzieć, proszę cię. - Powiedziała mając w oczach łzy.
- Haha, chyba śnisz. Powiem mu to jeszcze dziś, a on cię znienawidzi i zostawi. Żegnam. - Powiedział i po prostu wyszedł z sali nawet nie zauważywszy Rikera i Van. Laura złapała kurczowa poduszkę i przyulając się do niej zaczęła płakać. Miała wrażenie, że zaraz posypie się jej cały świat. Wiedziała już, że Ross ją zostawi i do tego znienawidzi, a tego nie chciała. Wolałaby już umrzeć niż czuć, że chłopak jej nienawidzi z całego serca.
- Lau? - Usłyszała nagle nieśmiały damski głos. Szybko spojrzała w stronę drzwi, przetarła oczy i dostrzegła Rika i Nessę.
- Co wy to robicie? - Zapytała z pretensjami, jednak w jej głosie można było wyczuć także odrobinę wdzięczności. Jej starsza siostra nic nie odpowiedziała tylko usiadła na łóżku siostry i ją przytuliła.
- My... - Zaczął nieśmiało blondyn, a nastolatka spojrzała na niego co dodało mu odwagi. - My wiemy, że jesteś chora i słyszeliśmy całą rozmowę. Musisz jednak wiedzieć, że jestem pewien, że Ross cię nie zostawi. Będzie chciał nawet do ciebie przyjechać zobaczysz. - Powiedział i się lekko uśmiechnął, aby młoda Marano poczuła się lepiej. Ta lekko odsunęła się od siostry i spojrzała na nią.
- Van, wybacz, ale tyle bym dała żeby teraz na twoim miejscu siedział Ross. Jeśli się dowie to trudno, może mnie zostawić, nie chcę żeby przez moją chorobę rezygnował z marzeń. Ale wolałabym żeby się nie dowiedział, bo wolę mieć nadzieję, że gdy wyzdrowieję będę mogła do niego pojechać i go przytulić. Proszę was, obiecajcie, że nikomu nie powiecie o mojej chorobie. - Rzekła po czym zamilkła na chwilę.
- Ale.. - Powiedzieli w tym samym czasie.
- Proszę... - Wyszeptała niemalże.
- Ehh, dobrze, ale i tak uważam, że inni, szczególnie Ross, powinni poznać prawdę i to od ciebie. - Wyznała Vanessa.
- Wiem, ale i tak pewnie się dzisiaj dowie. - Powiedziała i posmutniała, a reszta ją przytuliła. Od razu poczuła się troche lepiej Przyjaciele siedzieli z nią do 19, jednak potem przyszła pielęgniarka i poinformowała gości, że pacjentka musi odpocząć, ale mogą ją odwiedzić za dwa dni. Para pożegnała się z dziewczyną całusem w policzek, a sami udali się do samochodu.
- Jak się czujesz? - Zapytał Rik w czasie podróży.
- Jest okej. - Powiedziała na odchodne jego towarzyszka. Przez resztę drogi oboje milczeli. Van była zamyślona, a Riker nie chciał jej przeszkadzać, bo tak naprawdę sam nie wiedział co może w tej sytuacji jej powiedzieć, aby poczuła się lepiej. Nie chciał zrobić z siebie idioty. Po kilku minutach zaparkował auto pod domem i oboje wysiedli. - No to... pa. - Powiedziała szatynka.
- Papa. - Pożegnał się dziewczyną i udał do drzwi swojej willi.
- Rik? - Usłyszał nagle gdy łapał za klamkę. Odwrócił się w stronę dziewczyny, a ta nic nie mówiąc podbiegła do niego i z całych swoich sił się w niego wtuliła. Ten odwzajemnił gest. Wiedział bowiem, że dziewczynie potrzebne jest teraz w wsparcie. Całemu temu zdarzeniu przypatrywał się Ross, który stał oparty o pobliskie drzewo, tak, że para go nie widziała, i uśmiechnął się ze wzruszenia. - Dziękuję, tego właśnie potrzebowałam. Dzięki, że jesteś. - Powiedziała Van gdy lekko się od siebie odsunęli. Patrzyli sobie w oczy, a ich twarze dzieliły milimetry.
- Jestem i zawsze będę. - Powiedział po czym się uśmiechnął, a szatynka oczywiście odwzajemniła jego gest. Ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Już miał nastąpić pocałunek gdy nagle drzwi od domu się otworzyły a z nich wybiegł Rocky niosący Ella przerzuconego przez ramię, a za nim wściekła Rydel. Na szczęście nie zauważyli w pierwszej chwili Rikera i Van, którzy zdążyli już szybko od siebie odskoczyć.
- Boszz, Rocky rozwaliłeś taką romantyczną akcję. - Powiedział pod nosem Ross nadal stojąc pod drzewem.
- To ja już pójdę. - Powiedziała Van i nie czekając na reakcję najstarszego Lyncha udała się do swojego domu.
- Rocky oddaj mi Ella. - Powiedziała wkurzona Rydel.
- No dobra, masz, ciężki się już robił. - Powiedział i postawił chłopaka na ziemi. Ell tylko podszedł do swojej dziewczyny i objął ją ramieniem, a ta go w tali. Cała czwórka weszła do domu.
- Mam chorą rodzinę, ale za to ich kocham. - Powiedział Ross sam do siebie i ruszył w stronę drzwi. Po chwili znalazł się w domu. Wszyscy siedzieli w salonie poza Cody'm, więc chłopak poszedł do pokoju, w którym spał, jednak tam go nie zastał. Oprócz tego na łóżku leżała kartka. Blondyn wziął ją do rąk i zaczął czytać.
Dzięki przyjacielu za gościnność, było super, jednak muszę was opuścić. Moje mieszkanie jest już wyremontowane, więc wracam do siebie.
Trzymaj się, Cody.”
Dziwnie się poczuł, tak jakby się z tego cieszył. Sam w to nie wierzył, ale rzeczywiście tak było. Ross cieszył się, że Cody już u nich nie będzie mieszkał. Sam nie wiedział dlaczego, ale tak właśnie było. Nagle poczuł, że jest głodny, więc udał się do kuchni i zrobił sobie dwie kanapki i zieloną herbatę. Z tym zestawem udał się do salonu i usiadł na fotelu podwijając nogi, a jedzenie i picie stawiając na szklanym stoliku obok.
- O Ross, dobrze, że jesteś. Jak tam? - Zapytał Riker.
- A daj spokój, miałem dzisiaj spotkanie z tym dyrektorem, a potem nagrywałem piosenki. Padnięty jestem. - Powiedział po czym wziął łyka herbaty. Starszy brat przyglądał mu się jeszcze chwilę.
- Rozmawiał z tobą może Cody? - Zapytał niepewnie.
- Nie, nie miał okazji, cały dzień byłem zajęty, a on był na kręglach z przyjaciółmi, a jak wróciłem do domu to znalazłem tylko kartkę, że wraca do domu, bo już mu się remont mieszkania skończył. A czemu pytasz? - Powiedział po czym zaczął konsumować kanapkę.
- A nie tak tylko pytam... Zaraz, Cody wrócił do siebie? - Zapytał, aby się upewnić.
- No tak. - Powiedział bez entuzjazmu blondyn na co wszyscy się uśmiechnęli, a Ross nie miał chumoru, aby o to pytać, więc zajął się oglądaniem filmu pt. „Szybcy i wściekli 7”. Pomimo, że bardzo lubił ową serię, nie mógł się na niej skupić. Przez cały seans co jakiś czas zerkał na telefon. Od rana już czekał na jakiś znak życia od Laury. Bardzo się o nią martwił. Dzwonił do niej tyle razy, ale pomyślał, że skoro nie odbiera to poczeka aż dziewczyna sama się do niego odezwie, jednak jak na razie bezskutecznie. Nagle poczuł, że jego telefon zaczyna wibrować. Szybko spojrzał na wyświetlacz, ale gdy dostrzegł, że dzwoni do niego Vanessa a nie Lau, lekko się rozczarował, ale mimo wszystko postanowił odebrać. Wstał z fotela i znajdują się w kuchni odebrał połączenie od dziewczyny.
- Halo, Ross? - Powiedziała nieśmiało.
- Tak, co jest? Coś z Laurą? - Zapytał zaniepokojny.
- Nie, no co ty? Dzwoniła do mnie przed chwilą i powiedziała, że jest u babci w Las Vegas.
- Mogę do niej zadzwonić?
- Wiesz co? Lepiej nie, ona jest zmęczona i musi odpocząć, więc lepiej kiedy indziej.
- Ehh no dobra, ale wszystko u niej dobrze?
- Tak, nie martw się. Ja już muszę lecieć, więc trzymaj się. Papa.

- Pa. - Dziewczyna się rozłączyła a Ross smutny wrócił do salonu. Resztę wieczoru rodzina Lynchów oglądała seans, a po nim wszyscy poszli spać i tak skończył się kolejny dzień z życia głównych bohaterów.

***********
Ulala, witajcie. Bardzo długo mnie nie było, ale wracam do was z dawką nowych i większych wrażeń. Wczoraj jakoś tak mnie wzięło na pisanie i w ciągu jakiś 5 godzin napisałam już 3 rozdziały, a dzisiaj biorę się za kolejne. Jak pewnie wiecie ta historia powoli dobiega końca, ale spokojnie niedługo po zakończeniu tej, będziecie mogli już czytać moje nowe opowiadanie (LINK). Przy okazji chciałabym wam życzyć udanych i bezpiecznych wakacji. Nie żałujcie żadnego dnia i wykorzystujcie go jak tylko możecie. Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba i cieszycie się z mojego powrotu.


Całuski :* Marta Lynch.

środa, 1 kwietnia 2015

(83) 9. Kartka & Odwiedziny

*Oczami narratora*
Dzień jak co dzień. Było dość ciepło jak na lutowy poranek. Laura siedziała na parapecie szpitalnego pokoju i obserwowała przechodzących pod szpitalem ludzi. Lubiła czasem usiąść na parapecie i w ten sposób spędzić czas, to ją w pewnym stopniu uspokajało, a teraz w obliczu swojej choroby mogła choć na chwilę o niej zapomnieć. Myślała teraz o Rossie, o jego wyjeździe. Zastanawiała się czy w tym wypadku powinna mu powiedzieć w jakiej sytuacji się obecnie znajduje, ale bała się, że albo ją zostawi, albo zrezygnuje ze studiów, aby z nią zostać. Nie chciała tego. Gdyby ze studiów zrezygnował żeby się nią zająć i troszczyć nie wybaczyłaby sobie tego, po prostu obwiniałaby się, że przez nią chłopak jej marzeń zrezygnował z niepowtarzalnej szansy. Nie umiała zdecydować - „Powiedzieć czy nie?” - to pytanie wciąz chodziło jej po głowie.
- Panno Marano? - Powiedział nagle jakiś damski głos, co gwałtownie przerwało refleksje dziewczyny. Dziewczyna przebiegła wzrokiem pomieszczenie chcąc znaleźć źródło owego głosu. Po chwili dostrzegła uchylone drzwi a w nich przyglądającą się jej kobietę. Była to jedna ze szpitalnych pielęgniarek.
- Tak? - Zapytała nastolatka.
- Przyszłam do pani, ponieważ lekarz chce pani zrobić badania. - Odpowiedziała i zachęcająco się uśmiechnęła.
- Dobrze. - Rzekła brązowooka i zeskakując z parapetu już po chwili znalazła się obok kobiety. Obie udały się w kierunku pokoju, w którym znajdował się wspomniany lekarz. Zrobił nastolatce wszystkie potrzebne badania i kazał wrócić z powrotem do łóżka. Dziewczyna bez dyskusji wykonała polecenie doktora. Z powrotem znalazła się w łóżku i patrząc w sufit myślała.

<Tymczasem w domu rodziny Lynch>
- No kurde, kto mi znowu wlał wodę do butów?! - Wykrzyczał Ross na cały dom. - Ludzie, to nie jest śmieszne! - Dodał zdenerwowany. Po chwili była przy nim już cała rodzina. Cody'ego nie było, ponieważ wyszedł wcześnie rano w dużym pośpiechu.
- To Cody! - Powiedział Ryland.
- Ryland nie kłam. Kto to był? - Powiedział Ross.
- RyRy nie kłamie, to serio był Cody. - Broniła najmłodszego Rydel.
- Dobra, nie mam na to czasu. Śpieszę się. - Powiedział blondyn i wyszedł z domu. Udał się do pobliskiego parku, a tam usiadł na ławce pod drzewem i wykonał telefon do swojej dziewczyny, jednak ta nie odbierała. Zmartwiony zadzwonił do Vanessy. - Halo, Van, jest Laura w domu? - Zapytał gdy tylko dziewczyna odebrała.
- Powinna być w swoim pokoju, czekaj sprawdę. - Powiedziała. - Nie ma jej. - Dodała po dłuższej chwili. - Musiała wyjść z rana jak jeszcze spałam. - Dokończyła.
- Tak tylko ciekawe czemu nie odbiera. - Powiedział jednocześnie spuszczając głowę.
- Spokojnie. Jak tylko wróci powiem jej żeby zadzwoniła do ciebie.
- Okej dziękuję, kochana jesteś.
- Wiem, hehe, dobra, muszę lecieć, papa.
- Bajo. - Ross nie wiedział co ze sobą zrobić, więc wstał z ławki i udał się do domu.

<Tymczasem u Vanessy>
Była zdziwiona, że nie ma jej siostry w domu. Rodzice pojechali do pracy, więc tego nie widzieli. - „Co z nią jest?” - pomyślała. I w jednej chwili wszystko stało się jasne. Na biurki Lau leżała kartka a4. Coś ją podkusiło, aby ją wziąć do rąk, więc tak też zrobiła. Przeczytała jej zawartość i z wrażenia aż usiadła na krześle. Była w szoku, serce biło jej jak szalone. Nagle usłyszała kroki dobiegające ze schodów. - „Lau?” - pomyślała. Schody skrzypiały coraz mocniej, więc wywnioskowała, że postać jest coraz bliżej. Była coraz bliżej i bliżej, a serce szatynki aż podskoczyło do gardła. Nagle w pokoju pojawił się Riker. - Riker, boże wystraszyłeś mnie. Co ty tutaj robisz? - Zapytała zdziwiona próbując ukryć łzy.
- Przyszedłem oddać ci książkę co mi ją pożyczyłaś, ale drzwi były otwarte, więc wszedłem. Nie gniewasz się za to? - Zapytał i uroczo się uśmiechnął.
- Nie, skądże? Dobrze, że wszedłeś. - Odwzajemniła gest i położyła otrzymaną książkę na biurku młodszej siostry.
- A gdzie Lau? Ross w domu ciągle o niej mówi i się martwi. - Na samo imię siostry dziewczyna posmutniała. Blondyn po prostu ją przytulił. - Wypłacz się, wiem, że tego ci trzeba, a potem zrobię ci herbaty i mi wszystko opowiesz. - Wyszeptał czuło do ucha przyjaciółki. Nessa płakała parę chwil, ale wiedziała, że jest bezpieczna w ramionach sąsiada. Czuła jego perfumy, miały taki słodki zapach. Ufała Rikerowi, ich relacja zawsze była specyficzna chociaż oni uważali, że tylko się przyjaźnią. Zupełnie jak kiedyś Ross i Laura. Gdy dziewczyna poczuła się lepiej, spojrzała na Rikera, a ten otarł jej łzy. - Jesteś piękniejsza gdy nie płaczesz, pamiętaj. - Powiedział i puścił jej oczko.
- Dziękuję. - Odpowiedziała próbując ukryć, że się rumieni. Blondyn poszedł zrobić im herbatę, a dziewczyna w tym czasie doprowadzała się do porządku. Lynch wrócił po 5 minutach z dwoma kubkami gorącej herbaty i miską ciasteczek. Wręczył kubek Van i usiadł na wprost niej na łóżku starszej Marano. - A więc... opowiadaj. - Rzekł.
- Lau, ona... jest chora. - Powiedziała i podała chłopakowi kartkę, którą znalazła na biurku siostry. - Znalazłam to u niej na biurku. -Ten wziął ją do ręki i zaczął głośno czytać umieszczony na niej tekst.
- Wyniki badań: U panny Laury Marano zdiagnozowano białaczkę zaawansowaną. Aby ją wyleczyć, trzeba podjąć jak najszybsze leczenie. - Po wszystkim spojrzał na swoją towarzyszkę, próbując okazać wsparcie. Pogładził ją delikatnie po policzku i rzekł: - Będzie dobrze, nie martw się, na pewno ją wyleczą. A Ross wie?
- Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, w którym szpitalu jest. Czemu ona mi nie powiedziała?
- Jeśli nie powiedziała tobie to Rossowi tym bardziej. Za bardzo go kocha, nie chciała martwić ani ciebie, ani jego, ani nikogo. A co do szpitala to chyba wiem gdzie ona może być. - Powiedział i pokazał dziewczynie pieczątkę z adresem szpitala, który wystawił wyniki.
- To na co czekamy? Jedźmy! - Powiedziała, złapała Rikera za rękę i popędzili w stronę drzwi. Dopiero tam go puściła, zamknęła dom od zewnątrz i razem wsiedli do samochodu. - A niech to szlag, nie chce odpalić. - Powiedziała zdenerwowana.
- To może pojedziemy moim? - Zaproponował.
- Innego wyjścia chyba nie mamy. - Zgodziła się i przeszli do samochodu Rikera. Ten zadziałał od razu i już po chwili byli w drodze. Jechali do szpitala kilka minut. - O jesteśmy na miejscu. - Powiedziała zadowolona dziewczyna. Najstarszy Lynch bezpiecznie zaparkował samochód pod szpitalem. A dwójka przyjaciół już po chwili znalazła się w budynku. - Przepraszam, gdzie leży Laura Marano? - Zapytała w recepcji jakąś kobietę.
- A kim pani dla niej jest?
- Siostrą.
- A pan?
- Ja? - Zapytał zmieszany Riker. - Jestem...?
- Moim narzeczonym. - Dokończyła za niego dziewczyna i posłała przepraszające spojrzenie chłopakowi.
- Prawda. - Potwierdził i uśmiechnął się.
- Dobrze, a więc drugie piętro, cały czas prosto i ostatnie drzwi po lewo z numerem 343.
- Dziękujemy. Chodź kochanie. - Van wzięła blondyna za rękę i pociągnęła w kierunku windy. Wcisnęła guzik z 2 piętrem i gdy drzwi się zamknęły puściła rękę chłopaka.
- Nie wiedziałem, że weszliśmy na taki etap. A kiedy mamy ślub? - Zażartował.
- Nigdy... Musiałam tak powiedzieć, bo inaczej byś nie wszedł, kochanie. - Oboje się zaśmiali.
- Dobrze, skarbie. - Żartowali tak, aż do drzwi z numerem 343. Spojrzeli przez szybę, a tam, aż sami nie wierzyli własnym oczom, ale zobaczyli...
*W następnym rozdziale.*

Kto odwiedził Laurę przed Vanessą i Rikerem? Czy Ross dowie się o chorobie Lau? Jak to wszystko się potoczy? Czy Ross wyjedzie? Odpowiedź poznacie w następnym rozdziale...
********
Witajcie! Jak tam u was? Dawno mnie nie było i przepraszam was za to. ;( Jest tu ktoś jeszcze? Ktoś jeszcze wchodzi na mojego bloga? Nie zdziwię się jak okaże się, że nikt, ale mimo wszystko ten kto to przeczyta niech napisze kom czy mu się podobało czy nie.
Całuski Marcia ;*

poniedziałek, 14 lipca 2014

(82) 8. Prawda & Skutki

A więc idź i spełniaj swoje marzenia. Mną się nie przejmuj i tak będę cię kochać wiecznie.” - Laura Marano

*Oczami Rossa*
Nie miałem pojęcia jak mogę powiedzieć Lau o wszystkim, jak wyznać jej całą prawdę, która tak we mnie siedziała i powoli usypiała me zmysły. Brakowało mi słów by móc to wszystko opisać. Teraz gdy stała tak przede mną bez słowa czekając na wyjaśnienia próbowałem otworzyć usta i zacząć mówić. - Wyjeżdżam... chyba. - Wymruczałem w końcu i spuściłem głowę. Laura podeszła do mnie i podniosła moją głowę tak abym spojrzał w jej oczy.
- Jak to wyjeżdżasz? Gdzie? Kiedy? Po co? - Zadała serię pytań nie ściągając ze mnie wzroku nawet na sekundę.
- Znaczy... nie wiem czy wyjeżdżam. To nie jest pewne, bo... mam wybór. - Szatynka nic nie mówiła tylko wzrokiem zachęcała mnie do dalszych wyjaśnień. Wziąłem głęboki oddech. - Dostałem propozycję podjęcia nauki w wyższej uczelni muzycznej – najlepszej w całych Stanach. - Zacząłem. - Pan Patrick Adams – dyrektor owej placówki oferuje mi 4 – letnie studia całkowicie przez niego sfinansowane. To dla mnie szansa, ale nie wiem co zrobić. Nie chcę tu zostawiać rodziny, przyjaciół, ciebie. - Dodałem.
- A gdzie jest ta szkoła? - Zapytała nadal ze zdziwieniem w oczach.
- No i widzisz... tu właśnie jest problem, bo w Nowym Jorku. - Odpowiedziałem i posmutniałem. - Chciałbym tam pojechać i się kształcić, ale tu mam wszystko. Tu się wychowałem. Nie chcę tego zostawiać na ponad 4 lata, bo chyba za bardzo bym tęsknił. - Powiedziałem.
- Kiedy byś wyjechał? - Zapytała Lau ponownie.
- Jeszcze przed końcem lutego. Mam czas z decyzją do 31 stycznia. - Rzekłem.
- Ross... kocham cię i chcę dla ciebie jak najlepiej, a więc jedź. Spełnij swoje marzenia, ja poczekam na ciebie choćby wieczność. Będziemy codziennie pisać, rozmawiać przez telefon czy skype, a gdy będę mogła przyjadę do ciebie. - Powiedziała, pocałowała mnie w policzek i przytuliła się do mnie jak do misia.
- Jesteś tego pewna? - Zapytałem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Znów mnie przytuliła. Razem udaliśmy się do mojego domu, a tam wyjaśniłem wszystko całej reszcie. Bardzo cieszyli się z mojej decyzji. Będę za nimi wszystkimi tęsknił, ale jak na razie korzystam z tego, że jeszcze tu jestem. Powiedziałem panu Patrickowi, że się zgadzam i poszedłem spać, bo tego dnia byłem wyjątkowo zmęczony.

*Oczami Laury.*
Siedziałam właśnie na parapecie w swoim pokoju. Ross już poszedł spać, wywnioskowałam to ze zgaszonego światła w jego pokoju. Patrzyłam w gwiazdy i myślałam. - "On wyjeżdża – tak bardzo będę za nim tęsknić. Nie zobaczymy się 4 lata, dla mnie będzie to jak wieczność, ale mimo wszystko będę się starać odwiedzać go kiedy tylko będę mogła. Przez 4 lata na pewno znajdzie się dłuższa chwila, no ale... muszę też podjąć leczenie. Muszę iść jutro do doktora i zapytać go o szczegóły. Wierzę, że dam radę i wyjdę z tego, jednak wolę nikomu nic nie mówić." - Siedziałam tak gdy nagle poczułam, że dzwoni mi telefon. Wcisnęłam zieloną słuchawkę i odebrałam połączenie. - Czego chcesz, Cody? - Zapytałam z pretensjami przez słuchawkę.
- Ciebie maleńka. - Odpowiedział mi.
- A tak na serio? - Zapytałam znudzona całą tą sytuacją.
- Mała, wróć do mnie. Kocham cię. - Powiedział głosem, który uważał za uwodzicielski. Tak mnie denerwował swoją głupią gadką. Wiem, że nie mówi poważnie. Nigdy mnie nie kochał i teraz na pewno też nie. Z resztą ja też go nie kochałam, nie kocham i nigdy nie pokocham. Kocham tylko Rossa i nikt tego nie zmieni.
- Odwal się ode mnie, Cody. I tak wiem, że to twoja kolejna gierka. - Wygarnęłam mu.
- Nie, no co ty. Żadna gierka. Ja tylko... - Nie dokończył, bo się rozłączyłam. Cicho westchnęłam i położyłam się na łóżku. Swoje ciało przykryłam kołdrą, a głowę położyłam na poduszce. Nawet nie zauważyłam jak zasnęłam.

<Następnego dnia.>
- Aaaaaaaa!!!! - Ten krzyk zbudził każdego mieszkańca domu rodziny Lynch. To Ross krzyczał z łazienki. Wszyscy biegiem znaleźli się w łazience, w której blondyn przed chwilą brał prysznic. Zastali tam brązowookiego stojącego na środku pomieszczenia w ubraniu. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że nastolatek miał różowe włosy. - Kto to zrobił? - Zapytał zdenerwowany Ross. Wszyscy prócz niego spojrzeli na Cody'ego. On po chwili to dostrzegł.
- No co? To nie byłem ja. - Powiedział, jednak każdy miał wrażenie, że kłamie.
- A więc kto? - Zapytał Riker i splótł ręce na klacie. On również nie wierzył w prawdziwość słów Christiana.
- A może Rydel. Ona przecież ma różową farbę do włosów, a wczoraj byłaś zła na Rossa, bo ci kupił złą odżywkę do włosów. - Zwrócił się w połowie do reszty, a w połowie do blondynki.
- Co? To są oszczerstwa. On mnie potem przeprosił i poszedł kupić właściwą, a ty nie próbuj się wymigać Christian, każdy wie, że to twoja sprawka. - Powiedziała zdenerwowana.
- Ha, chyba śnisz. - Powiedział lekceważąco.
- Kurde, miej facet jaja i się w końcu przyznaj. - Wtrącił się Rocky. Cody już miał się odezwać, ale przerwał im Ross.
- Dobra, dajcie spokój. Jakoś to się da zmyć, nic się przecież nie stało. Jest już po sprawie, a teraz wyjdźcie stąd proszę. - Powiedział, a wszyscy, aby się nie kłócić wyszli w pokoju czystości.
- I tak wiem, że to ty. - Powiedział Rik do Cody'ego.
- Tak, tak, jasne, jasne, ale dowodów na mnie nie macie, więc jestem czysty. - Powiedział udając świętego i wyszedł z domu Lynchów.
- Uhhhh, ale ten gość mnie wpienia. - Powiedział najstarszy z rodzeństwa.
- Tja, mnie też. - Dodał Rocky, a każdy przyznał mu rację.
- Ej, ludzie. Trzeba zdobyć na niego dowody. - Powiedziała Rydel.
- Jak chcesz to zrobić? - Zapytał jej chłopak.
- Normalnie. - Rzekła wymijająco i pociągnęła Ella w stronę drzwi, bo mieli iść właśnie na randkę. Rodzice rodzeństwa także udali się na randkę, więc dom był pod opieką Rikera.
- No, panowie, co robimy? - Zapytał Rik siedając na kanapie.
- Ja to bym sobie coś obejrzał. - Rzekł Ryland, a Rocky przyznał mu rację.
- Ok to wy coś wybierzcie, a ja pójdę zobaczyć co z Rossem.
- Ok. - Odpowiedzieli razem i po chwili Rikera już nie było w salonie. Wszedł po schodach i udał się do łazienki Rossa. Cicho zapukał, jednak na tyle głośno, by siedzący w środku chłopak to usłyszał.
- Proszę. - Usłyszał w odpowiedzi i ostrożnie złapał za klamkę po czym wszedł do środka. - Hej Riker. - Przywitał się młodszy brat.
- Elo młody. Jak tam z fryzurą?
- A już lepiej. Farba schodzi. - Uśmiechnął się, a Riker mu odpowiedział tym samym.
- To dobrze, wiesz, że to Cody, prawda?
- Rik, nie zaczynaj znowu. To nie on i tyle.
- Serio w to wierzysz? Sam mówiłeś jeszcze niedawno, że byłby do czegoś takiego zdolny.
- Riker, przestań. Nie ma dowodów, że to on, więc nie będę go obciążał.
- Jak sobie chcesz, ale jesteś dla niego za dobry.
- Tak, tak. Możemy zmienić temat?
- Dobrze, wczoraj dzwoniłem do organizatora naszej trasy koncertowej i powiedziałem, że z powodu twoich studiów nie może się ona odbyć.
- Serio? Ehhh, przez te studia wszystko się niszczy. - Po tych słowach blondyn posmutniał.
- Nie, to nieprawda, przecież wiesz. Dzięki studiom będzie ci łatwiej stać się kimś, od dziecka o tym marzyłeś, zapomniałeś? A jeśli nie w tym roku to za te 4 lata odbędzie się nasza trasa, one w przeciwieństwie do studiów nie uciekną.
- Czyli twoim zdaniem dobrze zrobiłem zgadzając się?
- Zrobiłeś bardzo dobrze. - Powiedział i przytulił młodszego brata. - Jestem z ciebie taki dumny. - Szepnął mu do ucha i poklepał po plecach. Potem wyszedł z łazienki i wrócił do rodzeństwa. W trójkę zaczęli oglądać horror pt. "Piła 5".

<Tymczasem u Laury.>
Dziewczyna od rana była na nogach. Posprzątała w pokoju, wykonała poranną toaletę i przebrała się. Zjadła śniadanie i żegnając się z rodziną udała się do lekarza, u którego się niedawno badała. - Dzień dobry, panie doktorze. - Powiedziała nieśmiało gdy weszła do gabinetu.
- Laura... witaj. - Odpowiedział jej mężczyzna i  uśmiechnął się do nastolatki, a ona odwzajemniła jego gest.
- Doktorze, wyjdę z tego? - Zapytała prosto z mostu.
- Nigdy nie ma stu procentowej pewności, ale z twoją odpornością jest 85% szans, że tak. - Pocieszył ją mężczyzna.
- Dobrze, a więc co mam robić?
- Zostaniesz u nas na obserwacji na noc, zrobimy ci parę badań i zobaczymy co dalej.
- Dobrze. Powiedziała i udała się do oddzielnej sali. Tam przebrana w szpitalną piżamę przykryła się kołdrą i czekała na dalsze rozwinięcie się sytuacji.

*W następnym rozdziale.*
Lekarze po zbadaniu dziewczyny są w szoku. Nie spodziewali się, że jej sytuacja aż tak się rozwinie. Co zszokowało lekarzy? Jakie są wyniki powtórnych badań? Odpowiedzi szukajcie w 9 rozdziale 3 sezonu opowiadania.
PREMIERA JESZCZE W LIPCU.

**********
Ta dam, no i w końcu jest po ponad miesiącu oczekiwania. Jesteście tu jeszcze? Nie wiem czy rozdział się wam spodoba, pisany był na szybko, więc sama nie umiem go ocenić. Jak myślicie, co będzie dalej:? Jak to wszystko się potoczy? A tak w ogóle to jak mam mijają wakacje? Wyjechaliście gdzieś? Macie plany by wyjechać?
Całuski ;* Marta Lynch

niedziela, 8 czerwca 2014

(81) 7. Nocowanie & Podejrzenia

Możesz mydlić nam oczy, ale ze mną ci tak łatwo nie pójdzie. Wiem, że to ty i zdobędę na to dowody.” - Rydel Lynch.

*Oczami narratora*
Wszyscy przybyli do domu nie wierzyli własnym oczom. Przed nimi stał nie kto inny jak Cody. - Dzieci, Cody będzie mieszkał z nami przed kilka tygodni, bo u niego w domu trwa remont, a skoro wy się z nim przyjaźnicie to pomyślałam, że go przygarniemy na ten czas. - Powiedziała Stormie do swoich dzieci. Wszystkim jak na zawołanie kopary opadły, jednakże tylko Ross nie był zdziwiony owym faktem. On jako jedyny podszedł do chłopaka i przybił z nim piątkę. - Ross, Cody będzie spał w twoim pokoju. Jego rzeczy już tam są. - Zwróciła się do nastolatka mama.
- Dobrze, mamo. - Odpowiedział. - Cody, chodź, lepiej będzie jak pójdziemy już spać. - Powiedział i ziewnął, a Christian udał się za nim do pokoju. Blondyn poszedł się myć i po kilku minutach oboje zgasili światło i poszli spać - Ross na podłodze, a Cody na łóżku blondyna.

Ten sen był inny niż wszystkie. Nie było w nim nic specjalnego i szczególnego, ale jednak coś sprawiło, że dostał on miano niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju. Cała akcja snu przebiegała w białym pokoju. Wszystko tam było w tym kolorze, meble, ściany, dekoracje, wszystko. Ross stał na samym jego środku i nie mógł nic zrobić. Jakaś siła odśrodkowa nie pozwalała mu wykonać żadnego, nawet najmniejszego ruchu. Wnet pojawiła się postać w kolorze czerni. Idealnie kontrastowała ona z panującą tam bielą. Podeszła do blondyna. - Widzę, że nie jesteś do końca szczęśliwy. Nie wierzysz w zmianę Cody'ego. - Powiedziała i pogłaskała Rossa po włosach.
- Wierzę. Powiedział, że się zmienił, a ja mu ufam. - Odpowiedział blondyn, jednak zabrzmiało to tak jakby kłamał. On sam poczuł się jakby kłamał, ale starał się to ukryć. Postać zmierzyła go wzrokiem i cicho się zaśmiała.
- Kochany, kogo ty próbujesz oszukać? Mnie czy siebie? Wiesz jacy są ludzie, sam mówiłeś jeszcze niedawno, że tacy jak Cody nigdy się nie zmieniają. Wiem, że mu nie wybaczyłeś do końca. Jakaś część ciebie nadal mu nie ufa, nie wierzy w jego zmianę. Słusznie, bo on się wcale nie zmienił. Kolejny raz cię okłamał tylko po to, aby zbliżyć się do twojego życia i w pewnym momencie zabrać ci wszystko co masz. Nie ufaj mu, nie warto. W przeciwnym razie popełnisz największy błąd w swoim życiu. - Rzekła i zniknęła, a Ross się obudził........

^Następnego dnia^
*Oczami Laury*
Lekarz dał mi dwa dni na spakowanie się i powrót do szpitala w celu podjęcia dalszego leczenia. Chcę się leczyć, bo wiem, że wyzdrowieję, wierzę w to. Mimo wszystko nie chcę, aby Ross się dowiedział o mojej chorobie. Gdy zobaczyłam wyniki całe moje życie przeleciało mi przed oczyma, każda chwila z Rossem i nie tylko. On tak wiele dla mnie znaczy. Nie chce go stracić przez jakąś chorobę. Będąc już w domu spakowałam swoje najpotrzebniejsze rzeczy do torby i postawiłam ją przed drzwiami wejściowymi, a sama udałam się do Rossa. - Hejka, kochanie. - Przywitałam się z nim próbując ukryć, że coś się dzieje.
- Siemaneczko, misiu. - Odpowiedział i pocałował mnie w usta. - Dawno się nie widzieliśmy. - Powiedział.
- Kilka godzin. - Rzekłam i weschnęłam.
- Wiem, ale dla mnie to i tak było jak wieczność. - Ach, a on jak zawsze słodki.
- Dla mnie też. - Powiedziałam i wtuliłam się w niego jak w misia. Będę za nim tęsknić. W szpitalu będę musiała spędzić miesiąc, ale jak wszystko dobrze pójdzie to tylko miesiąc.
- Lau... - Zaczął, ale chyba bał się skończyć.
- Tak? - Próbowałam go ośmielić.
- Zostaniesz na próbie? - Zapytał.
- Jasne. - Odpowiedziałam i udaliśmy się do sali prób trzymając się za ręce. Byli tam już wszyscy. Zespół zajął swoje miejsca i zaczęli grać. Tylko Ross wydawał się być nieobecny tego dnia. W ogóle nie mógł wbić się w rytm i skupić na śpiewaniu. Mylił słowa i melodie, był ewidentnie czymś rozkojarzony. W pewnym momencie Rydel dała znak rodzeństwu i chłopakowi, aby przestali grać.
- Ross, co się dzieje? Jesteś czymś mocno rozkojarzony. Co się stało? - Zapytała blondynka widocznie zmartwiona zachowaniem młodszego brata. Ross tylko stał na środku pomieszczenia ze spuszczoną głową i patrzył w jeden punkt na podłodze. Cały czas milczał i nic nie mówił. Widać było, że coś go gryzie. Nie wytrzymałam już tego żalu i wstałam.
- Ross, cokolwiek się stało wiedz, że jesteśmy przy tobie i cię wspieramy. - Powiedziałam i pogłaskałam go po policzku.
- Masz zimne ręce. - Powiedział i spojrzał mi w oczy. - I blada jesteś cała. Źle się czujesz? - Zapytał z troską zapominając zupełnie o sobie. On za dużo myśli o innych. Powinien czasem pomyśleć o sobie.
- Nic mi nie jest. Zimno mi było dzisiaj i się nie wyspałam więc wiesz... Ale nie zmieniaj tematu. Co się stało? - Wyjaśniłam kłamiąc i zapytałam kładąc nacisk na każde kolejne słowo.
- Nic mi nie jest. Odczepcie się ode mnie, kurde. - Powiedział i wybiegł w sali prób. Ja pobiegłam za nim, ale w połowie drogi go zgubiłam. Chciałam mu pomóc, ale teraz mam już pewność. Z Rossem coś jest, coś mu się na bank stało i trzeba się dowiedzieć o co chodzi. Po jakiś 40 minutach usłyszałam, że mój telefon zaczyna dzwonić. Zobaczyłam na wyświetlaczu, że to Ross. Odebrałam bez najmniejszego zawahania. - Laura, możemy się spotkać w tym parku co zawsze za 10 minut? - Zapytał.
- Jasne. - Odpowiedziałam i się rozłączyłam. Szybko udałam się w umówione miejsce. Chłopak już tam czekał. Był ewidentnie czymś zdenerwowany. Usiedliśmy na jednej z ławek. - Chciałeś pogadać, co jest? - Zaczęłam rozmowę.
- Lau, ja... - Zaczął, ale na chwilę wstrzymał oddech. Widać było, że nie wiedział jak mi to powiedzieć. To było dla niego trudne. Próbowałam go ośmielić uśmiechając się co odwzajemnił. - Nie jest mi łatwo o tym mówić, ale musisz wiedzieć, że.... - Zaczął, ale to co usłyszałam totalnie zwaliło mnie z nóg. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.

*W następnym rozdziale*
Wiele się wydarzy gdy Laura dowie się prawdy. Co takiego powiedział jej Ross? Czy i ona będzie z nim szczera i powie o swojej chorobie? Odpowiedzi znajdziecie w 8 rozdziale 3 sezonu.
PREMIERA JUŻ NIEDŁUGO.

*********
Witam, witam i o wrażenia pytam. ;*** Wiem, że rozdziałek krótki, ale to dlatego, że nie udało mi się nic więcej wyskrobać. Z tymi rozdziałami będzie tak tylko do końca roku szkolnego. Jak na razie muszę wszystko zdać itp, bo to ostatni dzwonek. Obiecuję, że jak tylko zaczną się wakacje to coś wstawię, bo będę miała na to więcej czasu i mam nadzieję, że zacznę tamtą drugą historię o Austinie i Ally.
Całuski ;*** Marta Lynch.

sobota, 10 maja 2014

One shot "Nigdy nie mów nigdy."

Była sobie 16 - letnia dziewczyna imieniem Laura Marano. Była to urocza, niska szatynka o brązowych oczach. Miała ona najlepszego przyjaciela - Rossa Lyncha. Był to wysoki blondyn o pięknych brązowych oczach. Połączyła ich pasja - miłość do muzyki, a może nawet do siebie. Kto wie? Rozumieli się bez słów, a ich przyjaźń trwała przez lata. Uwielbiali się razem wygłupiać i pisać do późnej nocy. Każdy mówił, że do siebie pasują, ale oni tak nie uważali. Może i mieli takie same charaktery, zainteresowania i w wyglądzie byli podobni, ale nigdy nie pomyśleli nawet, że mogliby kiedyś być razem. Było tak przynajmniej do pewnego dnia. Wtedy wszystko zmieniło się już na zawsze. Laura siedziała w swoim pokoju i jak co dzień pisała z Rossem. Ich rozmowa niczym nie różniła się od poprzednich, poleciały serduszka i czułe słówka, ale w pewnej chwili chłopak napisał coś co złamało dziewczynie serce, choć jeszcze o tym nie wiedziała. 
"Słuchaj, zakochałem się. Wcześniej to wypierałem, ale teraz już wiem, że było to błędem. Jestem zakochany na zabój." 
Laura, gdy to przeczytała poczuła jak łzy napływają jej do oczu. Nie wiedziała dlaczego, ale zaczęła płakać z bólem i rozpaczą. Napisała, że to świetnie i musi kończyć po czym z żalem rzuciła się na łóżko. Przypomniały jej się wszystkie chwile spędzone z Rossem, to uczucie jak się przytulali, jak go zauważała, jak z nim pisała. To było wręcz nie do opisania. Przed oczami wciąż miała sceny z ich wspólnych spotkań i wyjść we dwoje lub w większym towarzystwie. W tej chwili wszystko stało się jasne - dziewczyna zakochała się na zabój w swoim najlepszym przyjacielu. Przestraszyła się. Jej największym strachem była utrata tego chłopaka, który znaczył dla niej cholernie dużo, zniszczenie tej mocnej więzi przez to uczucie, które w tej chwili nazwała "głupim". Płakała całą noc, najbardziej bała się spojrzeć chłopakowi w oczy, powstrzymać łzy i powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bała się tego, że nie da rady i zniszczy wszystko wyznając prawdę. Postanowiła jednak kłamać, okłamywać chłopaka i samą siebie. W końcu uważała to za najlepsze wyjście i jedyny sposób, aby go nie stracić.
Następnego dnia, dziewczyna od rana unikała chłopaka, nie chciała spojrzeć w jego hipnotyzujące ją brązowe oczy. Nie chciała też, aby zauważył, że coś się dzieje, więc w ogóle z nim nawet nie miała kontaktu wzrokowego. Udawało jej się to do zakończenia lekcji. Dziewczyna szybko wyszła ze szkoły i szła w kierunku swojego domu. On od początku wiedział, że coś jest nie tak, ale za każdym razem jak chciał podejść ona uciekała i udawała, że go nie zna. Chciał wiedzieć o co chodzi, czuł, że to coś poważnego, bo Laura nigdy się tak nie zachowywała. Poszedł, więc za nią. Dogonił ją po kilku minutach, złapał delikatnie za biodra i odwrócił w swoim kierunku, po czym spojrzał jej głęboko w oczy. - Co się stało? Czemu się tak zachowujesz? - Zapytał, ale nie otrzymał odpowiedzi.
- Jak? - Zapytała po kilku minutach ciszy.
- Unikasz mnie, nie rozmawiasz, nie patrzysz, udajesz, że mnie nie znasz. O co chodzi? - Rzekł ze zmartwieniem.
- To wszystko zniszczy. Nie chcę tego. Nie chcę zniszczyć naszej przyjaźni. Zbyt wiele dla mnie znaczy, ona jak i ty. - Powiedziała po chwili, a pojedyncza łza spłynęła po jej delikatnym poliku. Lynch starł ją opuszkiem palca i kontynuował.
- Nie ma takiej siły, która zniszczy naszą przyjaźń. Nie pozwolę na to. - Dziewczyna już wiedziała co zrobić. Musiała powiedzieć chłopakowi prawdę, przecież na nią zasługiwał. Nie chciała go stracić, ale uważała, że zasłużył na szczerość. Wzięła głęboki wdech i wyrwała się z objęć chłopaka.
- Ty nic nie rozumiesz!!! - Wykrzyczała mu prosto w twarz. - Kocham cię, ale ty kochasz inną. Nie chcę niszczyć tego, ale jak widać nie ma innego wyjścia. Cześć. - Dokończyła i odwróciła się do chłopaka plecami. Znów kilka pojedynczych łez spłynęło po jej delikatnej skórze. Blondyn nie dał za wygraną i gwałtownie odwrócił ją z powrotem łapiąc za nadgarstki. Od razu wpił się w jej usta z miłością i pożądaniem. Ona na początku zdezorientowana, po chwili odwzajemniła pocałunek. On czuł do niej to samo i gdy się oderwali powiedział jej te magiczne słowa „Kocham cię.”.......... I żyli długo i szczęśliwie........

Morał z tego taki: „Nigdy nie okłamuj samego siebie, bo to tylko sprawia, że przestajesz ufać innym.”


*************
Joł, joł, joł. :D Mam dla was one shot'a, bo jak na razie to jedyne co udało mi się napisać. Podoba wam się? Rozdział się piszę, powoli, ale mimo wszystko. Od teraz tak mogę zapełniać przerwy pomiędzy rozdziałami, co wy na to? Podoba się wam owa idea?
 
Całuski ;*** Marta Lynch.

czwartek, 3 kwietnia 2014

(80) 6. Wyniki badań & Szok

Wiedziałam, że jest źle, ale nie wiedziałam, że aż tak. Straciłam wszystko, czego od zawsze pragnęłam, przez te głupie wyniki.” - Laura Marano.

*Oczami narratora.*
Ten dzień z pozoru wydawał się być jednym z lepszych, ale nie dla Laury i Rossa. On poprzedniego dnia stracił głos i nie wiedział co zrobić, aby go odzyskać, a przecież już dzisiaj miał się odbyć koncert R5, a ją poprzedniego dnia zawieźli do szpitala i po zrobieniu jej szczegółowych badań oczekiwali na ich wyniki, które miały zdiagnozować jej dolegliwości. Szatynka od 5 rano leżała w sali segregacji i starała się być cierpliwa. Rodzice siedzieli razem z nią. Chcieli dzwonić po Rossa, ale Laura im zabroniła mówiąc, że sama to zrobi w odpowiednim momencie. - Wy też idźcie do domu, poradzę sobie. - Zwróciła się do rodziców.
- Kochanie, nie zostawimy cię tutaj. - Powiedział ojciec dziewczyny.
- Jedźcie do domu. Jestem już dorosła, poradzę sobie. - Nadal próbowała postawić na swoim. W końcu po kilku minutach przekonała małżeństwo do powrotu do domu. Po kilku minutach w sali pojawił się lekarz i pokazał nastolatce wyniki badań. - Ale to przecież niemożliwe, to musi być jakaś pomyłka. - Powiedziała, mając w oczach łzy.
- To żadna pomyłka pani Marano, bardzo mi przykro, ale niestety jest pani chora na białaczkę, ale spokojnie, zrobimy co w naszej mocy, aby była pani zdrowa. - Powiedział lekarz, jednak to wcale nie pocieszyło szatynki. Wyszedł z sali segregacji, a dziewczyna schowała twarz w poduszkę i zaczęła gorzko płakać. - Co teraz będzie? Ross mnie zostawi, bo przecież nikt nie będzie z chorą dziewczyną. - Powiedziała płacząc. Całe jej dotychczasowe życie w tym momencie przeszło jej przed oczyma. Przypomniała się jej każda chwila spędzona z Rossem. Jej największym strachem było to, że on ją zostawi, a nie samo oblicze tej choroby. Zakazała lekarzowi cokolwiek mówić rodzicom i przyjaciołom, a ten jako, że jest ona pełnoletnia, musiał się zgodzić na jej warunki. W tym samym czasie niczego nieświadomy Ross szedł wraz z zespołem na plac, na którym miał się odbyć wyczekiwany przez wszystkich festiwal. Głos mu jeszcze nie powrócił, ale mimo to zespół zdecydował się wystąpić. Postanowili, że w razie czego, Ross będzie tylko grał, a oni będą śpiewać i grać. W kulisach za sceną byli już o 12, a koncert miał się zacząć o 14. Ross musiał odpoczywać, aby były większe szanse na odzyskanie jego głosu, ale niestety, tak się nie stało. Minuty mijały, a z głosem Rossa nie było nawet o mały procencik lepiej.
- Panie i panowie, przed wami zespół R5. - Powiedział w końcu kierujący całą uroczystością. Zespół wszedł na scenę, a Ross był chyba najbardziej zestresowany. Zajęli swoje miejsca i gdy mieli już zacząć grać, nagle ten sam głos powiedział. - R5, może dacie teraz Rossowi solówkę, tak dawno nie śpiewał sam. - Zaproponował, a to wszystko to był pomysł Cody'ego, który stał pod sceną i rozmawiał z kierownikiem, który okazał się być jego krewnym. Chciał, aby Ross ośmieszył się publicznie. Tłum zaczął skandować imię blondyna, a ten nie wiedział co zrobić.
- Wie pan, Ross.... - Zaczęła Rydel, ale Ross przerwał jej ruchem ręki. Wziął do rąk gitarę i stanął na samym środku sceny, a przed sobą postawił mikrofon. - Ross, co ty......? - Zaczęła blondynka, ale tym razem przerwał jej Cody.
- Kochana, Ross wie co robi. - Powiedział i uśmiechnął się do niej cwaniaczko.
- Tyyy. Nienawidzę cię, chcesz żeby się ośmieszył publicznie, prawda? - Powiedziała.
- Co? Nie, ależ skąd? - Powiedział i odszedł w idealne miejsce do obserwowania klęski Rossa Lyncha na żywo. Blondyn zaczął powoli grać, aż robił to coraz pewniejszy siebie. Jego rodzeństwo stało z boku i obserwowało wszystko z wielkim strachem w oczach, obawiali się tego co się teraz stanie. Przecież Ross stracił głos. Do końca życia, wszyscy by się z niego śmiali. Brązowooki nadal grał, a gdy był już coraz bliżej momentu, w którym powinien zacząć śpiewać, stało się coś dziwnego. Ross rzucił gitarę do swojego brata – Rocky'ego, a sam spojrzał na realizatora dźwięku i puścił mu oczko, a ten puścił muzykę. Po chwili z ust Rossa wydobyły się słowa piosenki. On sam był w szoku, że udało mu się zaśpiewać, a już nie wspomnę o jego rodzeństwu i Cody'm, któremu szczęka opadła aż do samej podłogi z wrażenia. Gdy reszta zespołu się otrząsnęła, podeszli do swoich instrumentów i zaczęli na nich grać. Zaśpiewali piosenki ze swojej najnowszej płyty i wszyscy bawili się tam świetnie. Jednak nagłe uzdrowienie Rossa to nie był koniec niespodzianek dla niego i jego rodziny. Gdy R5 po swoim koncercie na festiwalu wchodzili do garderoby, jeden z mężczyzn podszedł do Rossa i się przedstawił.
- Witaj, jestem Patrick Adams i jestem dyrektorem najlepszej uczelni wyższej z wydziałem muzycznym w USA. Wasz koncert był niezwykły, ale najbardziej podobał mi się twój wokal. On jest idealny do naszej uczelni. Chciałbym ci zaproponować stypendium abyś mógł się u nas kształcić w kierunku muzyki. Zgadzasz się do nas dołączyć? - Powiedział, a ta propozycja momentalnie zwaliła Rossa z nóg. To dla niego życiowa szansa, ale jeszcze nie wiedział o najgorszym. Przecież, aby osiągnąć jakikolwiek sukces trzeba wiele poświęcić i wielu się wyrzec i tak było i w tym przypadku. - Stypendium obejmuje opłacenie wszystkiego, 4-letnie studia, więc jest to zupełnie darmowe jak dla ciebie. - Dodał po chwili. Blondyn patrzył na mężczyznę ze zdziwieniem i zaskoczeniem w oczach. Z jednej strony jeszcze w to nie dowierzał, a z drugiej nie wiedział co odpowiedzieć. Gdy już miał coś powiedzieć, mężczyzna wziął głos za niego. - Uczelnia jest w Nowym Jorku, więc musiałbyś wyjechać i najlepiej jeszcze przed końcem lutego. - Rzekł i właśnie to sprawiło, że decyzja Rossa zmieniła się o 180 stopni.
- „To dla mnie wielka szansa i zapewne jedyna w życiu, ale nie mogę się zgodzić. Mam tutaj rodzinę, przyjaciół, Laurę.” - Pomyślał i już miał to powiedzieć, gdy znów przerwał mu dyrektor owej uczelni.
- Wiem, że masz tutaj rodzinę i przyjaciół, ale pomyśl co mógłbyś robić po tych 4 latach nauki w naszej uczelni. Twoja szansa na zapamiętanie cię do końca życia, a nawet dłużej wzrosłaby diametralnie. Nikt już nigdy by o tobie nie zapomniał i mógłbyś spełniać swoje marzenia bez obawy, że nikt tego nie doceni. Wiem, że o tym marzysz, bo zawsze w wywiadach podkreślasz jak ważne jest dążenie do spełnienia marzeń i realizowanie swoich celów. Nie karzę ci odpowiadać teraz, ale wiedz, że masz czas do 31 stycznia z decyzją, bo chcę wiedzieć czy szykować dla ciebie miejsce czy przeznaczyć je dla kogoś innego. To mój numer telefonu i jak już się zdecydujesz to dzwoń śmiało. Jak masz pytania to też dzwoń. - Wręczył chłopakowi wizytówkę i odszedł bez słowa. Brązowooki schował ją do kieszeni i jakby nic się nie stało udał się do garderoby, w której to przebrał się i zajął miejsce na widowni obok swojego rodzeństwa. Wszyscy bawili się tam świetnie, tylko Ross dawał wrażenie przybitego i tak było, bo nie wiedział co wybrać. Przed nim było najtrudniejsze pytanie w życiu 'Wyjechać czy zostać?', a on nie miał pojęcia jaka jest na nie odpowiedź, która mogłaby mu pomóc. Gdy ktoś zapytał 'Co się stało?' on zawsze odpowiadał, że nic tylko jest zmęczony. Festiwal skończył się około 24:00. Rodzeństwo spakowało swoje instrumenty i ubrania i pojechali samochodem do domu. Riker, który prowadził wyjął klucze ze stacyjki i razem z rodzeństwem i Ell'em wziął klamoty. Weszli do domu, zapalili światło i wszystkim poza Rosssem torby spadły z wrażenia po tym kogo zobaczyli w swoim domu.

*W następnym rozdziale*

Tajemniczy gość zostaje u rodziny Lynch na dłuższy czas. Tylko Ross się z tego cieszy i zaprasza chłopaka do swojego pokoju. Kim jest tajemniczy gość? Czy pozostali go zaakceptują? Co doprowadziło do tego, że nastolatek u nich zamieszkał? Odpowiedzi poznacie w następnym rozdziale 3 sezonu tego opowiadania.
PREMIERA JUŻ WKRÓTCE.

*************
YEAH! W końcu coś wstawiłam!!!! Cieszycie się kochani? Ja bardzo. Wena mi jeszcze jako tako nie wróciła, ale udało mi się coś napisać. Podoba się? Następny rozdział nie wiem kiedy będzie, musicie być cierpliwi, ale tak będzie do wolnego, bo wtedy będę miała więcej czasu na pisanie i takie tam. Postanowiłam zmienić swoje życie, więc i rozdziały będą mam nadzieję częściej.
Całuski ;*** Marta Lynch.

niedziela, 23 lutego 2014

News !!!!!

Witajcie, mam dla was newsa. Założyłam nowego bloga. mam już napisanych kilka rozdziałów, ale zacznę go prowadzić dopiero gdy ta historia się skończy. Jakby co zapraszam:
http://ausllymoimtlenem.blogspot.com/
Całuski :-* Marta Lynch.