poniedziałek, 31 sierpnia 2015

(88) 14. Powrót & Prezent

*Ross*
Gdy doleciałem do „Miasta Aniołów” było już rano. Biegiem opuściłem lotnisko i udałem się do domu. Na szczęście nikogo tam nie było. - „Pewnie pojechali do Laury”. - Pomyślałem i wszedłem na górę. Walizki szybko włożyłem do szafy, a plecak włożyłem pod biurko. Do kieszeni spodni włożyłem portfel i upewniając się, że wszystko mam wyszedłem z domu zamykając drzwi na klucz. Chociaż w Los Angeles jest dużo szpitali pomyślałem, że Laura będzie w tym najbliższym. Po drodze wstąpiłem do kwiaciarni i kupiłem jej największy bukiet najpiękniejszych kwiatów. Z owym prezentem udałem się do najbliższego szpitala. Mimo pośpiechu szedłem spokojnie, aby nie zniszczyć bukietu. W recepcji zapytałem gdzie leży Laura przedstawiając się jako jej chłopak i udałem się na 2 piętro. Gdy wysiadłem z windy dostrzegłem tam moją rodzinę i rodzinę Laury. Szybko więc założyłem kaptur i zasłoniłem twarz kwiatami mając nadzieję, że nikt mnie zbyt wcześnie nie rozpozna, a następnie ruszyłem przed siebie. - Kwiaty dla panny Marano. - Powiedziałem nie swoim głosem, a reszta o dziwo o nic nie pytała. Przez łodygi widziałem jak Riker otwiera mi drzwi do sali w której leżała Laura, więc wszedłem do środka.
- Tylko cicho proszę, bo Lau śpi. - Powiedział i zamknął za mną drzwi. Powoli podszedłem do łóżka Laury. Na szafce akurat stał pusty wazon. Wsadziłem do niego kwiaty, a w łazience dziewczyny szklane naczynie napełniłem wodą. Następnie postawiłem wszystko z powrotem na stolik. Mogłem się teraz spokojnie przyjrzeć Lau – mojej najsłodszej i najwspanialszej Lau. Była teraz taka urocza i jednocześnie bezbronna. Jej brązowe włosy nadal miały ten sam blask co zawsze i można było dostrzec, że pojedyncze kosmyki delikatnie opadały na jej bladziutką twarz. Była o wiele chudsza niż jeszcze kilka dni temu, ale dla mnie i tak nadal była najpiękniejsza na świecie.
- Kocham cię. - Wyszeptałem do jej ucha, a na jej ustach złożyłem delikatny pocałunek. Po chwili poczułem, że dziewczyna zaczyna go odwzajemniać, a na szyi mogłem poczuć jej zimne ręce. Przyciągnęła mnie bliżej do siebie nie przestając całować. Nie pozostawałem jej dłużny. Stałem nad nią podpierając się rękami o łóżko tak, że ona znajdował się centralnie pod moim ciałem. Całowaliśmy się kilka minut aż w końcu zabrakło nam powietrza w płucach, więc odsunęliśmy się od siebie by zaczerpnąć tlenu.
- Wiedziałam, że to ty. Twoich pocałunków nie da się podrobić. Rozpoznałabym jej nawet po śmieci. I też cię kocham. - Powiedziała po czym mnie przytuliła co oczywiście odwzajemniłem. - Ale co tutaj robisz? - Zapytała przypominając sobie, że wyjechałem.
- Wróciłem, bo znalazłem to. - Pokazałem jej kartkę, którą zgubiła. - I zdałem sobie sprawę, że jest coś na czym zależy mi bardziej niż muzyce. - Dokończyłem.
- Co takiego?
- Ty. Nie mogę bez ciebie żyć.
- Ja bez ciebie też, ale... nie jesteś zły?
- Na początku trochę byłem, ale przeszło mi, bo wiem jak musiałaś cierpieć. Ale teraz jestem i daj mi buziaka, bo tak cholernie za tobą tęskniłem. - Powiedziałem i się na nią „rzuciłem” oczywiście uważając, aby się jej nic nie stało. Znów czule się pocałowaliśmy, a między pocałunkami Laura śmiała się, bo łaskotałem ją przy tym. Nagle usłyszeliśmy, że do pokoju wchodzi Vanessa z Rikerem.
- Co tu się dzieje? - Zapytała niezadowolona Van. - Laura tylko mi nie mów, że zdradzasz Rossa. - Powiedziała jeszcze bardziej wkurzona. Nastolatka spojrzała na mnie, a ja puściłem jej oczko. Wiedziała co ma mówić. Dobrze, że siedziałem tyłem do gości i miałem na głowie kaptur. Dzięki temu nie rozpoznali mnie, chociaż sam nie wiem czemu, ale mniejsza z tym. Laura tylko uśmiechnęła się do Van i Rika, wstała z łóżka i usiadła mi na kolanach po czym czule pocałowała w usta.
- A co macie jakiś problem? - Powiedziała ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Chłopak ledwo co wyjechał, a ty mu takie rzeczy robisz? Co z tego, że jesteś chora dzwonię mu wszystko powiedzieć. - Powiedział zdenerwowany Riker i wyszedł z Vanessą z sali, a ja po ich wyjściu nie wytrzymałem i wybuchłem śmiechem.
- Byłaś świetna kochanie. - Powiedziałem i pocałowałem swoją dziewczynę.
- Wiem misiek. - Odpowiedziała mi i odwzajemniła gest jeszcze bardziej niż przedtem. Po chwili poczułem wibracje w telefonie – był to oczywiście Riker. Niechętnie przerwaliśmy czynność, ale Lau nadal siedziała mi na kolanach.
- Słucham cię, Rikusiu. - Przywitałem brata na co Lau zaczęła się cicho śmiać tak, aby chłopak nie był w stanie jej usłyszeć.
- Nie mów tak do mnie. Muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o Laurę. - Powiedział niepewnie.
- O Laurę? - Zapytałem patrząc na nią. - Nie musisz nic mówić, wiem o wszystkim. Lau kocha mnie i nie może beze mnie żyć tak jak ja bez niej. - Rzekłem na co dziewczyna się wzruszyła i pocałowała mnie w policzek.
- Ale...
- Nie kończ tylko mnie posłuchaj. Wróć do Lau i powiedz „jestem frajer i dałem się nabrać.”.
- Ale...
- Zrób to.
- No dobra. - Powiedział i się rozłączył. Lau szybko zeszła z moich kolan i usiadła z powrotem na łóżku ja za to stanąłem na drzwiami i czekałem na naszą „ofiarę”. Nie musieliśmy długo czekać, bo blondyn pojawił się już po chwili.
- Laura ja... - Zaczął lecz nie mógł nic z siebie wykrztusić. Pomyślał, że daliśmy mu już wystarczającą nauczkę, więc ściągnąłem kaptur, po cichu podszedłem do swojego brata i opierając się o niego ramieniem spojrzałem na niego.
- No dalej dobrze ci idzie. Wykrztuś to. - Powiedziałem i razem z Laurą zaczęliśmy się śmiać.
- To byłeś ty? - Powiedział i spojrzał na mnie.
- Tak, a to nauczka za to, że nie powiedzieliście mi o Lau. - Puściłem do niego oczko, a on niemal zdębiał.
- Kiedy wróciłeś? Skąd wiesz? - Zapytał nadal nie wierząc w moją obecność w Los Angeles, więc opowiedziałem mu wszystko, a on pogratulował mi rozsądnego wyboru i pożegnawszy się z nami wyszedł z sali. Wiem, że poszedł powiedzieć o wszystkim reszcie. Ja za to podszedłem do Laury i złapałem ją za rękę.
- Podobają ci się kwiaty? - Zapytałem przypominając sobie o ich istnieniu. Dziewczyna odwróciła się w ich stronę i zlustrowała je wzrokiem.
- Są piękne. Zawsze wiesz co kupić. - Powiedziała patrząc mi w oczy.
- Zawsze wiesz co zrobić bym stracił dla ciebie głowę.
- A co robię?
- Po prostu jesteś, tutaj, w tej chwili, patrzysz mi w oczy z tą miłością i radością. Tęskniłem za tobą Laura. - Powiedziałem po czym ją przytuliłem.
- Ja za tobą też. Moje życie bez ciebie jest pozbawione sensu. Nie chcę żebyśmy kiedyś się rozstali, nie chcę tego. Nie przeżyłabym wtedy. - Wzruszyło mnie to, ale najważniejsze, że mówiła szczerze.
- Mogę ci obiecać tutaj, w tym miejscu, że już zawsze będziemy razem. Jeśli nasza miłość zwyciężyła po tych wszystkich przeszkodach i ironiach losu to tym bardziej będzie wygrywać do końca wbrew wszelkim złudzeniom. Nie ważne co zgotuje nam los czy przeznaczenie, ona zawsze zwycięży i pozwoli nam być razem już na zawsze. - Po tych słowach dziewczyna nie wytrzymała i wpiła się w moje usta splatając swoje ręce wokół mojej szyi. Ja za to złapałem ją w tali i przyciągnąłem bliżej siebie. Dawno nie było mi tak dobrze jak teraz. Tęskniłem za tymi chwilami, gdy nic poza mną i Laurą się nie liczyło. Z Marano spędziliśmy uroczy dzień mimo iż była w szpitalu. Po południu przyszedł lekarz i dał Lau kolejną dawkę chemioterapii. Czuła się dobrze, przynajmniej tak twierdziła. Lekarz powiedział nam, że wyniki po każdym kolejnym badaniu są już coraz lepsze, więc niedługo Laura powinna wrócić do pełni zdrowia. Wieczorem kazałem dziewczynie odpocząć obiecując, że przyjdę rano. W końcu zgodziła się mnie puścić. Pożegnałem się z nią czułym pocałunkiem i udałem do domu. Było po 21 gdy dotarłem do domu.
- Aloha rodzinko! - Krzyknąłem na wejściu. Słysząc rozmowy w kuchni udałem się właśnie w tym kierunku.
- Ross! - Krzyknęli wszyscy niczym grecki chór i zaczęli mnie przytulać.
- Spokojnie, spokojnie. Nigdzie się nie wybieram. - Powiedziałem na co wszyscy się zaśmialiśmy. O dziwo nie pytali mnie czemu wróciłem i jak się dowiedziałem o Laurze. Widocznie Riker im wszystko powiedział. To dobrze, nie miałbym siły na opowiadanie tego jeszcze raz byłem zbyt zmęczony. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. - Ja już lecę spać, branoc. - Powiedziałem wychodząc z kuchni
- Dobranoc. - Usłyszałem w odpowiedzi. Szybko się umyłem i wskoczyłem do łóżka. Już po chwili zasnąłem.
*************
Hejoł, kto oprócz mnie nie chce iść jutro do szkoły? Nie wiem jak wy, ale ja nie chcę iść akurat do tej konkretnej szkoły, no ale... Pociesza mnie myśl, że jeszcze jeden jedyny rok i wolność. :D. Podoba wam się rozdział, a może jest zbyt dziecinny albo coś? Piszcie śmiało jakie są wasze opinie. Następny rozdział pojawi się w sobotę lub niedzielę, bo muszę ogarnąć szkołę i nadrobić pisanie rozdziałów do obu historii. Mam nadzieję, że się nie gniewacie. Życzę wam powodzenia w nowym roku szkolnym. 
Madame Lynch.

środa, 26 sierpnia 2015

(87) 13. Kartka & Wielkie zdziwienie

*Austin*
Rano wstałem zupełnie nieświadomy tego co przyniesie mi dzisiejszy dzień. Poprzedniego dnia bardzo późno w nocy dotarliśmy na uczelnie, więc poszedłem spać. Mam tu swój mały pokój, w którym mieszkam sam. Zegarek wskazywał 6:00, więc do śniadania zostały mi jeszcze dwie godziny. Szybko się ogarnąłem zakładając wczorajsze spodnie, czarne conversy i granatową koszulkę z pionową flagą USA. Do tego przygotowałem sobie niebieską bluzę z kapturem. Szybko się rozpakowałem i akurat gdy skończyłem została minuta do ósmej. Założyłem wcześniej przygotowaną bluzę i podszedłem do drzwi. Zamknąłem pokój na klucz i udałem się na stołówkę. Dzisiaj serwowali jajecznicę, dwa plastry bekonu i kompot z truskawek. Wziąłem zasłużony posiłek i udałem się do wolnego stolika. Usiadłem i zacząłem konsumować ciepły posiłek. - Przepraszam... wolne? - Usłyszałem głos za plecami. Odwróciłem się, aby zobaczyć do kogo on należy i zobaczyłem wysokiego bruneta o niebieskich oczach. Styl miał sportowy, ale jednocześnie elegancki.
- Proszę. - Powiedziałem i wskazałem na wolne krzesło.
- Jestem Kevin. - Przedstawił się i podał mi rękę abym ją uścisnął.
- Ross. - Odpowiedziałem i odwzajemniłem gest.
- Miło mi, jesteś tutaj nowy?
- Tak. Dzisiaj jest mój pierwszy dzień. - Rozmawialiśmy przez całe śniadanie. W pewnej chwili Kevin odwrócił się do mnie i zaczął gestykulować opowiadając o przygodzie swojego życia. Krótko mówiąc – total nuda. Nagle niechcący strącił szklankę z kompotem, której zawartość wylądowała centralnie na moich spodniach.
- O jezu przepraszam cię, to było niechcący. - Rzekł przestraszony łapiąc się za głowę.
- Kev, nic się nie stało. Odniesiesz talerze? Pójdę się przebrać
- Jasne brat nie ma sprawy. - Wstałem z krzesła i udałem się do pokoju. Z szafy wybrałem moje granatowe rurki z dziurami na kolanach, a brudne odłożyłem w kąt przekładając wcześniej z nich telefon i klucze. Sprawdziłem czy jeszcze coś jest w pozostałych kieszeniach i nagle natknąłem się na kartkę złożoną na cztery.
- To ta co ją znalazłem na lotnisku. - Powiedziałem sam do siebie, sam nie wiem nawet czemu ją wziąłem. Chyba jakoś tak wyszło i już. Spojrzałem na zegarek, do zajęć zostały mi jeszcze dwie godziny. Usiadłem więc na łóżku, rozłożyłem kartkę i zacząłem czytać tekst na niej umieszczony. Już wiedziałem, że nie będzie to nic nieznacząca treść.
<Tymczasem u Laury>
- Lau jak się czujesz? - Zapytała zmartwiona Vanessa siedząc przy swojej siostrze na łóżku szpitalnym.
- Jest okej. - Powiedziała patrząc ślepo przed siebie.
- Powtarzasz to od wczoraj, ale ja wiem, że to nieprawda. Proszę cię, powiedz co się dzieje, wczoraj przez całą podróż milczałaś. Lau, co się dzieje? - Zmartwiona siostra nie dawała za wygraną, wiedziała doskonale, że coś trapi jej młodszą siostrę i bardzo chciała się dowiedzieć co.
- Wiesz co? Nie sądziłam, że będę się tak czuła gdy Ross wyjedzie do Nowego Yorku.
- Czyli jak?
- Teraz czuję pustkę, jakby coś we mnie umarło, rozumiesz? Bez niego nic nie ma sensu, mój świat nie istnieje. Odkąd wyjechał mam ochotę płakać, ale w sumie nie wiem czy dlatego, że wyjechał, czy dlatego, że za nim tęsknię, czy może dlatego, że nie umiem bez niego żyć. Nic już nie rozumiem. On był moją nadzieją, siłą, motywacją do walki. Gdy nie ma go, nie ma tego wszystkiego. Van... - W tym miejscu na chwilę przerwała nie będąc pewną czy powinna kontynuować. W końcu jednak odważyła się przemówić. - Ja nie mam już siły na walkę z tą cholerną białaczką. - Na samą myśl po policzku nastolatki spłynęło kilka łez. Vanessa przytuliła ją i głaskała pocieszająco po głowie.
- Nie mów tak. Jesteś silną dziewczyną. Dasz sobie radę. Ross wróci, sama dobrze to wiesz. Przecież nie wyjeżdża na zawsze. Jeszcze go zobaczysz, wierz mi. - Powiedziała i pocałowała siostrę w blade czoło. Szatynka po chwili poczuła się lepiej. Już wiedziała, że będzie walczyć z chorobą i nie podda się puki jej nie pokona. Bezgraniczna miłość do Rossa pozwalała jej wierzyć jednocześnie przytrzymując ją przy życiu. Dzisiaj dostała pierwszą dawkę chemioterapii. Jeśli jej stan się poprawi, jutro dostanie kolejną i tak codziennie aż do całkowitego wyzdrowienia dziewczyny. Jak na razie nic nie wskazywało na to, aby Laurze potrzebna była większa dawka chemii lub, aby podnieść jej stopień do drugiego. Jak na razie czuła się dobrze, ale wiadomo jak to jest z chorobami, w każdym momencie mogła jej się pogorszyć, więc lekarze jak i również ona sama musieli być na to przygotowani. Czy się bała? Oczywiście, to przecież normalne, ale starała się nie myśleć o strachu jaki w niej siedział. Gdy myślała o Rossie automatycznie przechodził jej ból i strach. To zabawne jak ten chłopak na nią działał. Wystarczyła jedna myśl, aby się uspokoiła, uśmiechnęła. Laura dobrze wiedziała, że to ten jedyny. Jej serce biło tylko dla niego, była bezgranicznie zakochana w blondynie, zresztą ze wzajemnością. Ta dwójka nie widziała poza sobą świata, a każdy kto tylko ich znał doskonale wiedział, że będą ze sobą jeszcze długi, długi czas. Jednak czy odległość ich nie poróżni? Czy nie stracą głowy dla kogoś innego? Tego nikt nie wie, ale jeśli to prawdziwa miłość to przetrwa choćby musieli czekać na siebie całą wieczność. Laura rozmawiała z Vanessą bardzo długo, ale gdy poczuła się zmęczona zasnęła śniąc o swoim księciu z bajki.
<Wracając do Rossa>
Drogi pamiętniku
Van – moja siostra kochana nie przyniosła mi jeszcze mojego pamiętnika, więc chwilowo piszę moje uczucia tutaj – na tej pojedynczej kartce. Będę ją nosić zawsze ze sobą, aby przypominała mi co mnie kiedyś spotkało. Jestem teraz w szpitalu. Niedawno wykryto u mnie białaczkę. Lekarz mówi, że da się to wyleczyć, ale ja i tak się boję. Długo ukrywałam to przed wszystkimi, ale wkrótce dowiedziała się o tym Vanessa i Riker, więc postanowiłam nie ukrywać tego. Pozwoliłam im, aby powiedzieli reszcie i tak dowiedzieli się moi rodzice i rodzina Lynch, jednak poza Rossem. Nie chciałam żeby on wiedział. Za bardzo mi na nim zależy. Poza tym on ma marzenia – studia na najlepszej muzycznej uczelni w USA, a gdybym mu powiedziała mógłby zostać ze mną z litości, a tego bym sobie nie wybaczyła. Cody też się dowiedział o mojej chorobie sama nie wiem jak. Chciał powiedzieć o tym Rossowi, ale w sumie nie wiem czemu tego nie zrobił. Jednak zabolały mnie jego słowa „powiem mu, a on cię znienawidzi i zostawi”, tak cholernie zabolało. Jakby ktoś właśnie wbił mi nóż w serce.
Dzień po wyjeździe Rossa mam mieć pierwszą dawkę chemii, a jak na razie dają mi leki przygotowujące do tego. Do tego codziennie mam badania. Lekarze dają mi 95% szans na przeżycie, więc nie jest tak źle. Na szczęście mam dla kogo walczyć – Rossa. Tak bardzo go kocham.
Love Laura.”
Zabolało, tak cholernie zabolało. Jakby ktoś wyrwał mi serce bez znieczulenia. Oni wszyscy wiedzieli, a mi nie powiedzieli? Wkurzony wstałem z łóżka, nie panowałem teraz nad sobą. - Cholera. - Powiedziałem i z całej siły walnąłem z pięści w ścianę, aby się choć trochę wyżyć. Moja ręka była czerwona, ale nie myślałem już o bólu. Trochę mi przeszło. Tak naprawdę nie byłem zły ani na Laurę, ani na moją rodzinę. Byłem zły na siebie. Jak ja mogłem tego nie zauważyć? Przecież to niemożliwe żeby z Las Vegas nie mogła zadzwonić chociaż raz, była blada na lotnisku i ledwo co chodziła. Jaki ja byłem głupi. Boże, muszę to teraz rozkręcić. Jeszcze ten Cody, od początku mu nie ufałem do końca i moja rodzina miała rację, on się ani trochę nie zmienił. Chyba zbytnio było mi go żal, że tego nie dostrzegałem. Szybko się spakowałem i wyszedłem z pokoju. Zamykając za sobą drzwi udałem się do pokoju dyrektora. - Rezygnuję. - Powiedziałem kładąc mu klucze na biurku. Mężczyzna widocznie nie spodziewał się tego, bo spojrzał na mnie ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
- Ale czemu? Źle ci tutaj? - Pytał.
- Nie, skądże? Tutaj jest świetnie, ale zrozumiałem, że jest coś co liczy się dla mnie bardziej niż muzyka i dla niej jestem w stanie z niej zrezygnować – rodzina i przyjaciele. Przykro mi, ale nie wiedzę siebie w tym miejscu. - Wyjaśniłem.
- Dobrze, rozumiem, ale popełniasz wielki błąd. - Powiedział pewny siebie i wstał.
- Może i tak, ale jakoś nie żałuję, do widzenia. - Powiedziałem zadziornie i odwracając się napięcie złapałem za walizki i plecak i wyszedłem z gabinetu. Pewnym krokiem podążałem w stronę drzwi wyjściowych. Ani przez chwilę się nie wahałem. Doskonale wiedziałem co się dla mnie naprawdę liczy. Była to Laura. Marzyłem tylko o tym, by przytulić ją i znów poczuć ten czarujący zapach perfum, które dałem jej na 16 urodziny. Spod uczelni zadzwoniłem po taksówkę, która przyjechała po 10 minutach. Na moje polecenie kierowca zawiózł mnie na lotnisko. Płacąc resztkami drobnych pieniędzy w portfelu, wyjąłem bagaże z bagażnika i biegiem udałem się do kasy. Na szczęście udało mi się kupić bilet na ostatni dzisiaj lot do LA. Na spokojnie usiadłem w poczekalni i wyczekiwałem rozpoczęcia się odprawy. W końcu się doczekałem i po kilku minutach siedziałem wygodnie w samolocie. Po krótkim czasie maszyna wzbiła się w powietrze. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem.
*******
Hej, hej, co tam ludziska? Podoba wam się rozdział? Spodziewaliście się takiego obrotu spraw? Moim zdaniem jest trochę nudny, bo nic się nie dzieje, ale spokojnie. W 14. będzie się działo! Zapraszam do komentowania, bo stanowi to dla mnie motywacje i chęć do działania.
Madame Lynch

sobota, 22 sierpnia 2015

(86) 12. Wyjazd & Pożegnanie

*Narrator*
Przez dwa następne dni każdy żył w ciągłym biegu. Laura miała badania i przyjmowała leki, Ross załatwiał sprawy związane z wyjazdem, uczył się itd., a reszta jego rodzeństwa, rodzice i rodzina Laury jeździła do chorej dziewczyny i siedziała prawie 14-16 godzin dziennie. Ross miał zamówiony lot na 20. Rano zrobił sobie kanapki i schował je do plecaka wraz z piciem oraz ładowarkami. Poinformował rodzinę, o której ma lot, a ci powiedzieli, że będą na lotnisku o 19 i go pożegnają. Ten nieświadomy całej sprawy poszedł na spotkanie z dyrektorem. - Ross dzisiaj wyjeżdża, pamiętasz Lau? - Powiedziała Van trzymając swoją siostrę za rękę w czasie gdy lekarz sprawdzał bicie jej serca itp.
- Pamiętam Van, jak mogłabym zapomnieć? - Rzekła młodsza Marano.
- Przepraszam, że się wtrącam, ale ten Ross to twój chłopak? - Wtrącił się lekarz wyraźnie zaintrygowany rozmową sióstr.
- Tak, proszę pana. Dzisiaj o 20 ma lot do Nowego Yorku, a ja bardzo chciałabym się pożegnać.
- A jak się czujesz dzisiaj?
- A dobrze, jakoś nawet lepiej niż zwykle.
- A więc zróbmy tak, ja zrobię ci badania, a jeśli wszystko wyjdzie dobrze. Pozwolę ci pojechać na lotnisko, ale jest warunek. Sam cię zawożę, może jechać z nami twoja siostra, a po pożegnaniu wracamy prosto do szpitala, a jutro zrobimy chemioterapię, dobrze?
- Mówi pan serio?
- Jestem lekarzem, ja zawsze mówię serio.
- Boże, dziękuję, bardzo się cieszę.
- Nie dziękuj, lubię uszczęśliwiać pacjentów. - Powiedział, zrobił jej niezbędne badania i wyszedł.
- No widzisz Lau. Pożegnasz się z nim. - Powiedziała zadowolona Vanessa i przytuliła się do siostry co ona odwzajemniła. Bardzo się cieszyły. Opowiedziały o wszystkim reszcie co ich bardzo ucieszyło. Wspólnie ustalili, że nie powiedzą o niczym Rossowi i będzie to dla niego niespodzianka. O godzinie 18 lekarz przyniósł wyniki badań, z których jasno wynikało, że wszystko jest w porządku, więc Lau wraz z Vanessą zaczęły się zbierać do wyjścia. Laura założyła kurtkę, czapkę i apaszkę, bo musiała uważać, aby się nie przeziębić. Obie czekały na lekarza, a gdy ten przyszedł udały się z nim do samochodu. Już po 18 byli w drodze na lotnisko.
<Tymczasem na lotnisku>
Ross siedział właśnie w poczekalni czekając na rozpoczęcie się odprawy. Obok niego siedział menadżer specjalnie wynajęty przez dyrektora uczelni. Ross czekał też na swoją rodzinę i Ella. Nie musiał długo czekać, bo już po chwili pojawili się przed nim wszyscy, na których czekał. Pośpiesznie wstał i podszedł do nich. - Jesteście. Jak ja się cieszę. - Powiedział i się do nich przytulił.
- Będzie nam ciebie brakować, Rossy. - Powiedział Rocky i rozczochrał włosy swojego brata, a gdy ten się poprawił, przytulili się do siebie.
- Mi ciebie też będzie brakować Rocky. - Powiedział. - Was wszystkich będzie mi brakować. - Rzekł gdy odsunął się od brata po czym przytulił się do każdego z osobna.
- Samolot L-12 z Los Angeles do Nowego Yorku rozpoczął właśnie odprawę. Pasażerów proszę o udanie się do bramek. - Poinformował pasażerów głos z głośników. Ross spojrzał na swojego menadżera po czym zwrócił się do rodziny.
- Muszę już iść, pamiętajcie, że zawsze możecie do mnie przylecieć, gdy tylko będziecie chcieli, do zobaczenia za 4 lata. - Powiedział i ruszył w stronę odprawy. Przyjaciele spojrzeli po sobie znacząco zastanawiając się gdzie jest Laura.
- Ross!? - Usłyszeli nagle dobrze znany im głos. Również wołany blondyn go usłyszał i rozpoznał. Odwrócił się w stronę przyjaciół i sam nie wierzył w to kogo miał właśnie przed sobą.
- Laura? Przyjechałaś. - Powiedział wzruszony i ją przytulił, a ona to odwzajemniła.
- Jak mogłabym nie przyjechać pożegnać miłości mojego życia. - Powiedziała i go pocałowała najczulej jak tylko mogła co blondyn oczywiście odwzajemnił.
- Zostawmy ich samych. - Powiedziała Delly i wszyscy wyszli z lotniska. Zakochana para nadal czule się całowała. Dawno się tak nie czuli. Cały świat w jednej sekundzie przestał istnieć, jakby oni jako jedyni byli na tej ziemi. Już nic się nie liczyło. Nie liczyła się choroba Laury. Nie liczył się wylot Rossa. Nic się nie liczyło, poza tą chwilą, o której marzyli. Oderwali się od siebie dopiero po dwóch minutach.
- Lau, będę tęsknił. Kocham cię najmocniej na świecie. - Powiedział i pogładził opuszkami palców jej blady i zimny policzek.
- Ja też cię kocham. - Powiedziała i się czule uśmiechnęła co nastolatek odwzajemnił.
- Dobrze się czujesz? Jakaś blada jesteś. - Zapytał zmartwiony nie puszczając dziewczyny.
- Tak, po prostu zmęczona jestem. - Powiedziała i jeszcze raz go przytuliła. Tak naprawdę nie czuła się dobrze. Czuła olbrzymi smutek, chciała żeby Ross został, ale wiedziała, że wyjeżdżając do Nowego Yorku chłopak spełni swoje marzenia. W końcu zawsze o czymś takim marzył. Uznała, że teraz, gdy dostał na to szansę, nie może mu nic powiedzieć, bo nie chce nic zepsuć. Jeszcze mocniej oplotła ręce wokół jego szyi, zupełnie jakby obawiała się, że od niej ucieknie. Z całych swoich sił próbowała powstrzymać się od uronienia łez, dlatego wtuliła się jeszcze bardziej w jego pierś po czym zamknęła oczy. Oddychała głęboko czując perfumy blondyna.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale Ross, musimy już naprawdę iść. - Wtrącił się Ryan, bo tak miał na imię menadżer blondyna.
- Muszę lecieć kochanie, żegnaj, kocham cię. - Powiedział i pocałował ją w czoło.
- Żegnaj, ja ciebie też. - Powiedziała i pospiesznym krokiem opuściła lotnisko. Na parkingu, przy samochodzie, czekał na nią lekarz wraz z Vanessą.
- I jak? - Zapytała Van.
- Jest okej. - Odpowiedziała opanowując łzy. Cała trójka weszła do samochodu i pojechali do szpitala. Tymczasem Ross zobaczył, że na podłodze lotniska leży jakaś kartka.
- „Pewnie Laurze wypadła.” - Pomyślał i ją podniósł. Już miał ją otworzyć i przeczytać, gdy podszedł do niego Ryan.
- Jeśli nie chcesz się spóźnić i nie stracić tej szansy i to radzę ci iść ze mną. - Powiedział.

- Okej, okej, już idę. - Powiedział i ruszył w stronę odprawy wkładając kartkę do kieszeni spodni. Bez żadnych niekomfortowych akcji przeszli odprawę i już po kilku minutach siedzieli w samolocie. Gdy tylko się wzbili, Ross założył na uszy słuchawki i wtulony w fotel zasnął zupełnie zapominając o całym świecie.
**************
Tak jak obiecałam, rozdział się dzisiaj pojawił. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Co sądzicie o pożegnaniu? Ross wróci? Co było na tej kartce? Chociaż ciąg dalszy jest już dawno zapisany, piszcie śmiało co mogło się pojawić w następnym albo co chcielibyście aby się pojawiło. Chętnie poznam wasze zdanie. Jeśli chodzi o termin następnego rozdziału, to jeszcze go nie znam, ale na pewno jeszcze przed końcem wakacji się z 2-3 rozdziały pojawią.
                                                                                                                               Madame Lynch

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

(85) 11. Riker & Pierwsze kłamstwo

*Laura*
Rano, gdy tylko wstałam, przeczytałam sms'a od mojej starszej siostry. Napisała, że Ross o niczym nie wie. Ucieszyło mnie to, bo przynajmniej mnie nie znienawidzi. Myśli, że jestem u babci w Las Vegas, co pozwala mi spróbować o tym nie myśleć, ponieważ już do mnie nie będzie dzwonił. Mogę spokojnie poddać się leczeniu. Lekarz mi powiedział, że w moim przypadku powinna pomóc chemioterapia lekka, czyli nie będę musiała obcinać włosów. Na razie podają mi leki przygotowujące do przyjęcia chemioterapii, a już za trzy dni powinnam zacząć przyjmować chemię. Podobno Ross wyjeżdża tego samego dnia. Szkoda, że nie będę mogła go pożegnać, ale napiszę mu sms'a i może jakoś się ułoży. Nie przytulę go i nie pocałuję, ale może to i lepiej. Siedziałam tak myśląc jeszcze jakiś czas aż przyszła pielęgniarka i zaprowadziła mnie na badania. Miałam tak codziennie, więc szło się przyzwyczaić.
*Ross*
Byłem w swoim pokoju powoli się pakując. Wyjeżdżam co prawda dopiero za trzy dni, ale dzisiejszy i dwa kolejne mam zawalone sprawami organizacyjnymi, przygotowaniami, spotkaniami itd., więc kompletnie nie będę miał na to czasu. Do dwóch walizek spakowałem wszystkie najpotrzebniejsze ciuchy. Wyjeżdżam na 4 lata, więc trochę tego było, a resztę będę musiał kupić na miejscu. Z szafy wyjąłem jeszcze duży plecak. Schowałem tam laptopa i tableta. Przeglądałem co jeszcze mogę schować aż trafiłem na moje pudełko z podpisem „Ja i Laura”. Od razu wróciły wszystkie wspomnienia odkąd ją poznałem aż do teraz. Otworzyłem je i zacząłem przeglądać zdjęcia jakie w nim były oraz różne pamiątki. Po raz pierwszy od rozmowy z Lau o moim wyjeździe, miałem co do niego wątpliwości. Nie chciałem jej zostawić, ale ona sama powiedziała, że mogę jechać. Wstałem z łóżka, zamknąłem pudełko dokładnie i włożyłem je do plecaka. - To już wszystko. - Powiedziałem i oceniłem ile zostało mi jeszcze miejsca plecaku. Zostało mi na szczęście jeszcze miejsce na picie i jedzenie na drogę. Włożyłem walizki i plecak do szafy gdzie akurat było miejsce po pozbyciu się paru ubrań, po czym ją zamknąłem. Zmęczony położyłem się na łóżku i delektowałem się jeszcze chwilą wolności. W pewnej chwili usłyszałem pukanie do drzwi mojego królestwa. - Proszę. - Powiedziałem, a drzwi po chwili się otworzyły a do mojego pokoju wszedł Riker.
- Joł, młody. - Powiedział i usiadł na fotelu obok mojego łóżka patrząc na mnie.
- Witaj, stary. - Odrzekłem pokazując moje śnieżnobiałe zęby. - Coś się stało? - Dokończyłem.
- Nie, ale Van dzwoniła i prosiła, aby ci przekazać, że Lau cię pozdrawia. Mówiła też, że wraca za miesiąc. Musi się opiekować babcią, bo się rozchorowała i nie będzie miała czasu żeby do ciebie zadzwonić. - Powiedział, ale gdy mówił jakoś dziwnie nie patrzył mi w oczy. Nie wiem czemu, ale miałem wrażenie, że mnie okłamuje. No, ale przecież jest moim bratem, więc nie mógłby mnie okłamać, szczególnie gdy wiedział jak bardzo mi zależy na Laurze.
- Ja też ją pozdrawiam i tęsknie. Szkoda, że przyjedzie dopiero jak będę już w NY. - Powiedziałem i posmutniałem.
- Spokojnie brat, będzie dobrze. - Powiedział najstarszy Lynch i poklepał mnie po ramieniu. - Ja już muszę lecieć, jadę z Rocky'm po nowe buty. - Pożegnał się ze mną i wyszedł. Po chwili spojrzałem na zegarek i zorientował się, że muszę już wychodzić, więc przebrałem się i wyszedł z domu.
<Tymczasem u Rocky'ego i Rikera>
*Narrator*
- Długo będziecie go tak okłamywać? - Zapytał Rocky Van i Rikera.
- Nie zapominaj, że siedzimy w tym wszyscy razem. Rozumiesz? - Powiedziała Nessa na co Rocky przytaknął.
- Ja też nie cieszę się, że okłamujemy własnego brata i przyjaciela, ale Lau tak chciała, a my nic nie możemy z tym zrobić. - Powiedział Rik, a reszta zamilkła. Wszyscy jechali do szpitala, bo jak się okazało, Laurę można było odwiedzić już dzisiaj. Jechali prawie wszyscy: Riker, Vanessa, Rocky, Ryland, Rydel, Ell, Stormie, Mark oraz Damiano i Ellen. Laura po wielu przemyśleniach zgodziła się, aby każdy z nich dowiedział się, że jest chora. Postawiła tylko jeden warunek – Ross ma się o niczym nie dowiedzieć.
- Laura, kochanie. Jak się czujesz? Lepiej ci? Potrzebujesz może czegoś? - Zasypywała ją lawiną pytań Delly, gdy znalazła się w sali przyjaciółki. Z powodu zbyt dużej ilości gości ustalili, że będą wchodzić parami. Delly weszła z Ellem, Van z Rikerem, Rocky z Rylandem, Stormie z Markiem, a Ellem z Damiano.
- Tak, dziękuję Dells, ale wszystko dobrze. Przyjmuje leki przygotowujące do chemioterapii, a już za trzy dni zacznę chemię w stopniu najniższym. Cieszę się, że tu jesteście. - Rzekła po czym się uśmiechnęła.
- Lau, jesteś jak rodzina, więc jak mogłaby nas tu nie być? - Zapytała retorycznie blondynka, a Ellington przyznał jej rację. Po Rydellinton weszli rodzice Laury.
- Kochanie, czemu nam nie powiedziałaś, że jesteś chora? - Zapytała zmartwiona Ellen siadając na łóżku swojej córki. Jej mąż stanął obok niej i położył rękę na jej ramieniu.
- Sama nie wiem, nie wierzyłam w to i nie chciałam uwierzyć. Przepraszam was. - Odrzekła.
- Nie przepraszaj, teraz liczy się tylko abyś wyzdrowiała. - Powiedział jej ojciec i pocałował czule jej blade czoło. Pożegnali się z córką i wyszli. Potem wchodziły pozostałe pary i około 20 opuścili szpital. Wszyscy byli głodni, więc postanowili, że po drodze wstąpią do jednej z knajpek. Siedzieli, jedli, pili i rozmawiali. Gdy zegarek wskazał 22 uznali, że czas już wracać, więc zapłacili i wrócili do domów.
<Pod domem Lynchów>
*Ross*
Była 21.50 jak skończyłem robić wszystko co miałem na dziś zaplanowane. Wracałem do domu pośpiesznym krokiem. Marzyłem tylko o tym by wreszcie znaleźć się pod ciepłą kołdrą. W końcu doszedłem do drzwi naszej rezydencji. Wszedłem do domu, a tam... cisza. Zupełna, głucha cisza. Nikogo nie było, to było bardzo dziwne. Przecież zawsze ktoś w domu jest, a tu nikogo. - „Może wyszli gdzieś.” - Pomyślałem i udałem się do łazienki. Zdążyłem się wykąpać i zejść do kuchni kiedy usłyszałem, że do domu wchodzi moja rodzina. Powoli przeszedłem do salonu słysząc fragment rozmowy.
- Czemu ona mu tego nie powie? - Zapytała Rydel.
- Boi się go stracić. - Powiedział Riker.
- Przecież go nie straci, chyba. - Dopowiedział Rocky.
- Masz jakieś wątpliwości Rocky? - Spytał zmieszany Ratliff..
- Wiecie, nie jestem jakoś specjalnie inteligentny, ale wydaje mi się, że on się bardziej interesuje tym wyjazdem. - Powiedział szatyn.
- No w sumie ja też się boję, że by ją zostawił. - Rzekł RyRy, a reszta przyznała mu rację.
- O kim gadacie? - Zapytałem wręcz wpadając do salonu.
- Ross? Kiedy wróciłeś? - Zapytała moja rodzicielka zupełnie jakby chciała zmienić temat.
- Zdążyłem wrócić przed wami i zobaczyć, że nikogo z was nie było w domu. Gdzie byliście? - Zapytałem krzyżując ręce pod klatką piersiową.
- Na kręglach. - Powiedział Ellington i włączył jakiś film. Reszta totalnie mnie olała i wszyscy zaczęli oglądać sens. Ja byłem zbyt zmęczony, aby ich męczyć, więc napiłem się szklanki wody i poszedłem spać.
<Tymczasem u Lynchów w salonie>
- Bosz, blisko było. - Powiedział Ell.
- Tak, zgadzam się, musimy bardziej uważać. - Potwierdziła Delly.

- Od dzisiaj nie mówimy o Laurze w domu, okej? - Rzekła pani Lynch, a reszta się zgodziła. Lynchowi i Ratliff oglądali przez resztę wieczoru film a po jego skończeniu umyli się i poszli spać. Czekał ich bowiem następnego dnia wyczerpujący dzień.
*********
Proszę, oto kolejny rozdział. Przepraszam, że bardzo dawno go nie było, ale miałam bardzo dużo na głowie. Od dzisiaj rozdziały będą pojawiać się maksymalnie co tydzień. Mam nadzieję, że mimo wszystko się wam spodobał. Zapraszam do komentowania.
Madame Lynch
P.S. Jestem teraz na wakacjach, więc kolejny rozdział pojawi się w sobotę.

wtorek, 30 czerwca 2015

(84) 10. Cody & Zaskoczenie

*Narrator*
W sali Laury siedział Cody. - Proszę cię, nie mów Rossowi o tym, że jestem chora. - Poprosiła chłopaka mając nadzieję, że ten jej nie wyda.
- A niby czemu miałbym mu tego nie mówić? - Zapytał retorycznie. - Przecież jeśli mu to powiem to na pewno cię zostawi i zniszczę życie wam obojgu. Do ciebie osobiście nic nie mam, ale jeśli jest okazja abym zniszczył mu życie to z niej skorzystam. - Dokończył pewny siebie.
- Ty się wcale nie zmieniłeś. Wszystko co mówisz Rossowi o tym, że może na ciebie liczyć jest zwykłym kłamstwem. Jesteś potworem! - Powiedziała ze łzami w oczach. Chłopak tylko zbliżył swoją twarz do jej, aby ta spojrzała mu w oczy.
- Nie zapominaj kochana, że ty też go zraniłaś jak wybrałaś mnie. Pfff, tak łatwo było ci ściemnić, że nie umiem bez ciebie żyć. Byłaś wtedy taka naiwna. - Powiedział nie spuszczając z niej wzroku.
- Myślisz, że tego nie wiem? Żałuję tego każdego dnia, ale nie możesz mu tego powiedzieć, proszę cię. - Powiedziała mając w oczach łzy.
- Haha, chyba śnisz. Powiem mu to jeszcze dziś, a on cię znienawidzi i zostawi. Żegnam. - Powiedział i po prostu wyszedł z sali nawet nie zauważywszy Rikera i Van. Laura złapała kurczowa poduszkę i przyulając się do niej zaczęła płakać. Miała wrażenie, że zaraz posypie się jej cały świat. Wiedziała już, że Ross ją zostawi i do tego znienawidzi, a tego nie chciała. Wolałaby już umrzeć niż czuć, że chłopak jej nienawidzi z całego serca.
- Lau? - Usłyszała nagle nieśmiały damski głos. Szybko spojrzała w stronę drzwi, przetarła oczy i dostrzegła Rika i Nessę.
- Co wy to robicie? - Zapytała z pretensjami, jednak w jej głosie można było wyczuć także odrobinę wdzięczności. Jej starsza siostra nic nie odpowiedziała tylko usiadła na łóżku siostry i ją przytuliła.
- My... - Zaczął nieśmiało blondyn, a nastolatka spojrzała na niego co dodało mu odwagi. - My wiemy, że jesteś chora i słyszeliśmy całą rozmowę. Musisz jednak wiedzieć, że jestem pewien, że Ross cię nie zostawi. Będzie chciał nawet do ciebie przyjechać zobaczysz. - Powiedział i się lekko uśmiechnął, aby młoda Marano poczuła się lepiej. Ta lekko odsunęła się od siostry i spojrzała na nią.
- Van, wybacz, ale tyle bym dała żeby teraz na twoim miejscu siedział Ross. Jeśli się dowie to trudno, może mnie zostawić, nie chcę żeby przez moją chorobę rezygnował z marzeń. Ale wolałabym żeby się nie dowiedział, bo wolę mieć nadzieję, że gdy wyzdrowieję będę mogła do niego pojechać i go przytulić. Proszę was, obiecajcie, że nikomu nie powiecie o mojej chorobie. - Rzekła po czym zamilkła na chwilę.
- Ale.. - Powiedzieli w tym samym czasie.
- Proszę... - Wyszeptała niemalże.
- Ehh, dobrze, ale i tak uważam, że inni, szczególnie Ross, powinni poznać prawdę i to od ciebie. - Wyznała Vanessa.
- Wiem, ale i tak pewnie się dzisiaj dowie. - Powiedziała i posmutniała, a reszta ją przytuliła. Od razu poczuła się troche lepiej Przyjaciele siedzieli z nią do 19, jednak potem przyszła pielęgniarka i poinformowała gości, że pacjentka musi odpocząć, ale mogą ją odwiedzić za dwa dni. Para pożegnała się z dziewczyną całusem w policzek, a sami udali się do samochodu.
- Jak się czujesz? - Zapytał Rik w czasie podróży.
- Jest okej. - Powiedziała na odchodne jego towarzyszka. Przez resztę drogi oboje milczeli. Van była zamyślona, a Riker nie chciał jej przeszkadzać, bo tak naprawdę sam nie wiedział co może w tej sytuacji jej powiedzieć, aby poczuła się lepiej. Nie chciał zrobić z siebie idioty. Po kilku minutach zaparkował auto pod domem i oboje wysiedli. - No to... pa. - Powiedziała szatynka.
- Papa. - Pożegnał się dziewczyną i udał do drzwi swojej willi.
- Rik? - Usłyszał nagle gdy łapał za klamkę. Odwrócił się w stronę dziewczyny, a ta nic nie mówiąc podbiegła do niego i z całych swoich sił się w niego wtuliła. Ten odwzajemnił gest. Wiedział bowiem, że dziewczynie potrzebne jest teraz w wsparcie. Całemu temu zdarzeniu przypatrywał się Ross, który stał oparty o pobliskie drzewo, tak, że para go nie widziała, i uśmiechnął się ze wzruszenia. - Dziękuję, tego właśnie potrzebowałam. Dzięki, że jesteś. - Powiedziała Van gdy lekko się od siebie odsunęli. Patrzyli sobie w oczy, a ich twarze dzieliły milimetry.
- Jestem i zawsze będę. - Powiedział po czym się uśmiechnął, a szatynka oczywiście odwzajemniła jego gest. Ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Już miał nastąpić pocałunek gdy nagle drzwi od domu się otworzyły a z nich wybiegł Rocky niosący Ella przerzuconego przez ramię, a za nim wściekła Rydel. Na szczęście nie zauważyli w pierwszej chwili Rikera i Van, którzy zdążyli już szybko od siebie odskoczyć.
- Boszz, Rocky rozwaliłeś taką romantyczną akcję. - Powiedział pod nosem Ross nadal stojąc pod drzewem.
- To ja już pójdę. - Powiedziała Van i nie czekając na reakcję najstarszego Lyncha udała się do swojego domu.
- Rocky oddaj mi Ella. - Powiedziała wkurzona Rydel.
- No dobra, masz, ciężki się już robił. - Powiedział i postawił chłopaka na ziemi. Ell tylko podszedł do swojej dziewczyny i objął ją ramieniem, a ta go w tali. Cała czwórka weszła do domu.
- Mam chorą rodzinę, ale za to ich kocham. - Powiedział Ross sam do siebie i ruszył w stronę drzwi. Po chwili znalazł się w domu. Wszyscy siedzieli w salonie poza Cody'm, więc chłopak poszedł do pokoju, w którym spał, jednak tam go nie zastał. Oprócz tego na łóżku leżała kartka. Blondyn wziął ją do rąk i zaczął czytać.
Dzięki przyjacielu za gościnność, było super, jednak muszę was opuścić. Moje mieszkanie jest już wyremontowane, więc wracam do siebie.
Trzymaj się, Cody.”
Dziwnie się poczuł, tak jakby się z tego cieszył. Sam w to nie wierzył, ale rzeczywiście tak było. Ross cieszył się, że Cody już u nich nie będzie mieszkał. Sam nie wiedział dlaczego, ale tak właśnie było. Nagle poczuł, że jest głodny, więc udał się do kuchni i zrobił sobie dwie kanapki i zieloną herbatę. Z tym zestawem udał się do salonu i usiadł na fotelu podwijając nogi, a jedzenie i picie stawiając na szklanym stoliku obok.
- O Ross, dobrze, że jesteś. Jak tam? - Zapytał Riker.
- A daj spokój, miałem dzisiaj spotkanie z tym dyrektorem, a potem nagrywałem piosenki. Padnięty jestem. - Powiedział po czym wziął łyka herbaty. Starszy brat przyglądał mu się jeszcze chwilę.
- Rozmawiał z tobą może Cody? - Zapytał niepewnie.
- Nie, nie miał okazji, cały dzień byłem zajęty, a on był na kręglach z przyjaciółmi, a jak wróciłem do domu to znalazłem tylko kartkę, że wraca do domu, bo już mu się remont mieszkania skończył. A czemu pytasz? - Powiedział po czym zaczął konsumować kanapkę.
- A nie tak tylko pytam... Zaraz, Cody wrócił do siebie? - Zapytał, aby się upewnić.
- No tak. - Powiedział bez entuzjazmu blondyn na co wszyscy się uśmiechnęli, a Ross nie miał chumoru, aby o to pytać, więc zajął się oglądaniem filmu pt. „Szybcy i wściekli 7”. Pomimo, że bardzo lubił ową serię, nie mógł się na niej skupić. Przez cały seans co jakiś czas zerkał na telefon. Od rana już czekał na jakiś znak życia od Laury. Bardzo się o nią martwił. Dzwonił do niej tyle razy, ale pomyślał, że skoro nie odbiera to poczeka aż dziewczyna sama się do niego odezwie, jednak jak na razie bezskutecznie. Nagle poczuł, że jego telefon zaczyna wibrować. Szybko spojrzał na wyświetlacz, ale gdy dostrzegł, że dzwoni do niego Vanessa a nie Lau, lekko się rozczarował, ale mimo wszystko postanowił odebrać. Wstał z fotela i znajdują się w kuchni odebrał połączenie od dziewczyny.
- Halo, Ross? - Powiedziała nieśmiało.
- Tak, co jest? Coś z Laurą? - Zapytał zaniepokojny.
- Nie, no co ty? Dzwoniła do mnie przed chwilą i powiedziała, że jest u babci w Las Vegas.
- Mogę do niej zadzwonić?
- Wiesz co? Lepiej nie, ona jest zmęczona i musi odpocząć, więc lepiej kiedy indziej.
- Ehh no dobra, ale wszystko u niej dobrze?
- Tak, nie martw się. Ja już muszę lecieć, więc trzymaj się. Papa.

- Pa. - Dziewczyna się rozłączyła a Ross smutny wrócił do salonu. Resztę wieczoru rodzina Lynchów oglądała seans, a po nim wszyscy poszli spać i tak skończył się kolejny dzień z życia głównych bohaterów.

***********
Ulala, witajcie. Bardzo długo mnie nie było, ale wracam do was z dawką nowych i większych wrażeń. Wczoraj jakoś tak mnie wzięło na pisanie i w ciągu jakiś 5 godzin napisałam już 3 rozdziały, a dzisiaj biorę się za kolejne. Jak pewnie wiecie ta historia powoli dobiega końca, ale spokojnie niedługo po zakończeniu tej, będziecie mogli już czytać moje nowe opowiadanie (LINK). Przy okazji chciałabym wam życzyć udanych i bezpiecznych wakacji. Nie żałujcie żadnego dnia i wykorzystujcie go jak tylko możecie. Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba i cieszycie się z mojego powrotu.


Całuski :* Marta Lynch.

środa, 1 kwietnia 2015

(83) 9. Kartka & Odwiedziny

*Oczami narratora*
Dzień jak co dzień. Było dość ciepło jak na lutowy poranek. Laura siedziała na parapecie szpitalnego pokoju i obserwowała przechodzących pod szpitalem ludzi. Lubiła czasem usiąść na parapecie i w ten sposób spędzić czas, to ją w pewnym stopniu uspokajało, a teraz w obliczu swojej choroby mogła choć na chwilę o niej zapomnieć. Myślała teraz o Rossie, o jego wyjeździe. Zastanawiała się czy w tym wypadku powinna mu powiedzieć w jakiej sytuacji się obecnie znajduje, ale bała się, że albo ją zostawi, albo zrezygnuje ze studiów, aby z nią zostać. Nie chciała tego. Gdyby ze studiów zrezygnował żeby się nią zająć i troszczyć nie wybaczyłaby sobie tego, po prostu obwiniałaby się, że przez nią chłopak jej marzeń zrezygnował z niepowtarzalnej szansy. Nie umiała zdecydować - „Powiedzieć czy nie?” - to pytanie wciąz chodziło jej po głowie.
- Panno Marano? - Powiedział nagle jakiś damski głos, co gwałtownie przerwało refleksje dziewczyny. Dziewczyna przebiegła wzrokiem pomieszczenie chcąc znaleźć źródło owego głosu. Po chwili dostrzegła uchylone drzwi a w nich przyglądającą się jej kobietę. Była to jedna ze szpitalnych pielęgniarek.
- Tak? - Zapytała nastolatka.
- Przyszłam do pani, ponieważ lekarz chce pani zrobić badania. - Odpowiedziała i zachęcająco się uśmiechnęła.
- Dobrze. - Rzekła brązowooka i zeskakując z parapetu już po chwili znalazła się obok kobiety. Obie udały się w kierunku pokoju, w którym znajdował się wspomniany lekarz. Zrobił nastolatce wszystkie potrzebne badania i kazał wrócić z powrotem do łóżka. Dziewczyna bez dyskusji wykonała polecenie doktora. Z powrotem znalazła się w łóżku i patrząc w sufit myślała.

<Tymczasem w domu rodziny Lynch>
- No kurde, kto mi znowu wlał wodę do butów?! - Wykrzyczał Ross na cały dom. - Ludzie, to nie jest śmieszne! - Dodał zdenerwowany. Po chwili była przy nim już cała rodzina. Cody'ego nie było, ponieważ wyszedł wcześnie rano w dużym pośpiechu.
- To Cody! - Powiedział Ryland.
- Ryland nie kłam. Kto to był? - Powiedział Ross.
- RyRy nie kłamie, to serio był Cody. - Broniła najmłodszego Rydel.
- Dobra, nie mam na to czasu. Śpieszę się. - Powiedział blondyn i wyszedł z domu. Udał się do pobliskiego parku, a tam usiadł na ławce pod drzewem i wykonał telefon do swojej dziewczyny, jednak ta nie odbierała. Zmartwiony zadzwonił do Vanessy. - Halo, Van, jest Laura w domu? - Zapytał gdy tylko dziewczyna odebrała.
- Powinna być w swoim pokoju, czekaj sprawdę. - Powiedziała. - Nie ma jej. - Dodała po dłuższej chwili. - Musiała wyjść z rana jak jeszcze spałam. - Dokończyła.
- Tak tylko ciekawe czemu nie odbiera. - Powiedział jednocześnie spuszczając głowę.
- Spokojnie. Jak tylko wróci powiem jej żeby zadzwoniła do ciebie.
- Okej dziękuję, kochana jesteś.
- Wiem, hehe, dobra, muszę lecieć, papa.
- Bajo. - Ross nie wiedział co ze sobą zrobić, więc wstał z ławki i udał się do domu.

<Tymczasem u Vanessy>
Była zdziwiona, że nie ma jej siostry w domu. Rodzice pojechali do pracy, więc tego nie widzieli. - „Co z nią jest?” - pomyślała. I w jednej chwili wszystko stało się jasne. Na biurki Lau leżała kartka a4. Coś ją podkusiło, aby ją wziąć do rąk, więc tak też zrobiła. Przeczytała jej zawartość i z wrażenia aż usiadła na krześle. Była w szoku, serce biło jej jak szalone. Nagle usłyszała kroki dobiegające ze schodów. - „Lau?” - pomyślała. Schody skrzypiały coraz mocniej, więc wywnioskowała, że postać jest coraz bliżej. Była coraz bliżej i bliżej, a serce szatynki aż podskoczyło do gardła. Nagle w pokoju pojawił się Riker. - Riker, boże wystraszyłeś mnie. Co ty tutaj robisz? - Zapytała zdziwiona próbując ukryć łzy.
- Przyszedłem oddać ci książkę co mi ją pożyczyłaś, ale drzwi były otwarte, więc wszedłem. Nie gniewasz się za to? - Zapytał i uroczo się uśmiechnął.
- Nie, skądże? Dobrze, że wszedłeś. - Odwzajemniła gest i położyła otrzymaną książkę na biurku młodszej siostry.
- A gdzie Lau? Ross w domu ciągle o niej mówi i się martwi. - Na samo imię siostry dziewczyna posmutniała. Blondyn po prostu ją przytulił. - Wypłacz się, wiem, że tego ci trzeba, a potem zrobię ci herbaty i mi wszystko opowiesz. - Wyszeptał czuło do ucha przyjaciółki. Nessa płakała parę chwil, ale wiedziała, że jest bezpieczna w ramionach sąsiada. Czuła jego perfumy, miały taki słodki zapach. Ufała Rikerowi, ich relacja zawsze była specyficzna chociaż oni uważali, że tylko się przyjaźnią. Zupełnie jak kiedyś Ross i Laura. Gdy dziewczyna poczuła się lepiej, spojrzała na Rikera, a ten otarł jej łzy. - Jesteś piękniejsza gdy nie płaczesz, pamiętaj. - Powiedział i puścił jej oczko.
- Dziękuję. - Odpowiedziała próbując ukryć, że się rumieni. Blondyn poszedł zrobić im herbatę, a dziewczyna w tym czasie doprowadzała się do porządku. Lynch wrócił po 5 minutach z dwoma kubkami gorącej herbaty i miską ciasteczek. Wręczył kubek Van i usiadł na wprost niej na łóżku starszej Marano. - A więc... opowiadaj. - Rzekł.
- Lau, ona... jest chora. - Powiedziała i podała chłopakowi kartkę, którą znalazła na biurku siostry. - Znalazłam to u niej na biurku. -Ten wziął ją do ręki i zaczął głośno czytać umieszczony na niej tekst.
- Wyniki badań: U panny Laury Marano zdiagnozowano białaczkę zaawansowaną. Aby ją wyleczyć, trzeba podjąć jak najszybsze leczenie. - Po wszystkim spojrzał na swoją towarzyszkę, próbując okazać wsparcie. Pogładził ją delikatnie po policzku i rzekł: - Będzie dobrze, nie martw się, na pewno ją wyleczą. A Ross wie?
- Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, w którym szpitalu jest. Czemu ona mi nie powiedziała?
- Jeśli nie powiedziała tobie to Rossowi tym bardziej. Za bardzo go kocha, nie chciała martwić ani ciebie, ani jego, ani nikogo. A co do szpitala to chyba wiem gdzie ona może być. - Powiedział i pokazał dziewczynie pieczątkę z adresem szpitala, który wystawił wyniki.
- To na co czekamy? Jedźmy! - Powiedziała, złapała Rikera za rękę i popędzili w stronę drzwi. Dopiero tam go puściła, zamknęła dom od zewnątrz i razem wsiedli do samochodu. - A niech to szlag, nie chce odpalić. - Powiedziała zdenerwowana.
- To może pojedziemy moim? - Zaproponował.
- Innego wyjścia chyba nie mamy. - Zgodziła się i przeszli do samochodu Rikera. Ten zadziałał od razu i już po chwili byli w drodze. Jechali do szpitala kilka minut. - O jesteśmy na miejscu. - Powiedziała zadowolona dziewczyna. Najstarszy Lynch bezpiecznie zaparkował samochód pod szpitalem. A dwójka przyjaciół już po chwili znalazła się w budynku. - Przepraszam, gdzie leży Laura Marano? - Zapytała w recepcji jakąś kobietę.
- A kim pani dla niej jest?
- Siostrą.
- A pan?
- Ja? - Zapytał zmieszany Riker. - Jestem...?
- Moim narzeczonym. - Dokończyła za niego dziewczyna i posłała przepraszające spojrzenie chłopakowi.
- Prawda. - Potwierdził i uśmiechnął się.
- Dobrze, a więc drugie piętro, cały czas prosto i ostatnie drzwi po lewo z numerem 343.
- Dziękujemy. Chodź kochanie. - Van wzięła blondyna za rękę i pociągnęła w kierunku windy. Wcisnęła guzik z 2 piętrem i gdy drzwi się zamknęły puściła rękę chłopaka.
- Nie wiedziałem, że weszliśmy na taki etap. A kiedy mamy ślub? - Zażartował.
- Nigdy... Musiałam tak powiedzieć, bo inaczej byś nie wszedł, kochanie. - Oboje się zaśmiali.
- Dobrze, skarbie. - Żartowali tak, aż do drzwi z numerem 343. Spojrzeli przez szybę, a tam, aż sami nie wierzyli własnym oczom, ale zobaczyli...
*W następnym rozdziale.*

Kto odwiedził Laurę przed Vanessą i Rikerem? Czy Ross dowie się o chorobie Lau? Jak to wszystko się potoczy? Czy Ross wyjedzie? Odpowiedź poznacie w następnym rozdziale...
********
Witajcie! Jak tam u was? Dawno mnie nie było i przepraszam was za to. ;( Jest tu ktoś jeszcze? Ktoś jeszcze wchodzi na mojego bloga? Nie zdziwię się jak okaże się, że nikt, ale mimo wszystko ten kto to przeczyta niech napisze kom czy mu się podobało czy nie.
Całuski Marcia ;*

poniedziałek, 14 lipca 2014

(82) 8. Prawda & Skutki

A więc idź i spełniaj swoje marzenia. Mną się nie przejmuj i tak będę cię kochać wiecznie.” - Laura Marano

*Oczami Rossa*
Nie miałem pojęcia jak mogę powiedzieć Lau o wszystkim, jak wyznać jej całą prawdę, która tak we mnie siedziała i powoli usypiała me zmysły. Brakowało mi słów by móc to wszystko opisać. Teraz gdy stała tak przede mną bez słowa czekając na wyjaśnienia próbowałem otworzyć usta i zacząć mówić. - Wyjeżdżam... chyba. - Wymruczałem w końcu i spuściłem głowę. Laura podeszła do mnie i podniosła moją głowę tak abym spojrzał w jej oczy.
- Jak to wyjeżdżasz? Gdzie? Kiedy? Po co? - Zadała serię pytań nie ściągając ze mnie wzroku nawet na sekundę.
- Znaczy... nie wiem czy wyjeżdżam. To nie jest pewne, bo... mam wybór. - Szatynka nic nie mówiła tylko wzrokiem zachęcała mnie do dalszych wyjaśnień. Wziąłem głęboki oddech. - Dostałem propozycję podjęcia nauki w wyższej uczelni muzycznej – najlepszej w całych Stanach. - Zacząłem. - Pan Patrick Adams – dyrektor owej placówki oferuje mi 4 – letnie studia całkowicie przez niego sfinansowane. To dla mnie szansa, ale nie wiem co zrobić. Nie chcę tu zostawiać rodziny, przyjaciół, ciebie. - Dodałem.
- A gdzie jest ta szkoła? - Zapytała nadal ze zdziwieniem w oczach.
- No i widzisz... tu właśnie jest problem, bo w Nowym Jorku. - Odpowiedziałem i posmutniałem. - Chciałbym tam pojechać i się kształcić, ale tu mam wszystko. Tu się wychowałem. Nie chcę tego zostawiać na ponad 4 lata, bo chyba za bardzo bym tęsknił. - Powiedziałem.
- Kiedy byś wyjechał? - Zapytała Lau ponownie.
- Jeszcze przed końcem lutego. Mam czas z decyzją do 31 stycznia. - Rzekłem.
- Ross... kocham cię i chcę dla ciebie jak najlepiej, a więc jedź. Spełnij swoje marzenia, ja poczekam na ciebie choćby wieczność. Będziemy codziennie pisać, rozmawiać przez telefon czy skype, a gdy będę mogła przyjadę do ciebie. - Powiedziała, pocałowała mnie w policzek i przytuliła się do mnie jak do misia.
- Jesteś tego pewna? - Zapytałem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Znów mnie przytuliła. Razem udaliśmy się do mojego domu, a tam wyjaśniłem wszystko całej reszcie. Bardzo cieszyli się z mojej decyzji. Będę za nimi wszystkimi tęsknił, ale jak na razie korzystam z tego, że jeszcze tu jestem. Powiedziałem panu Patrickowi, że się zgadzam i poszedłem spać, bo tego dnia byłem wyjątkowo zmęczony.

*Oczami Laury.*
Siedziałam właśnie na parapecie w swoim pokoju. Ross już poszedł spać, wywnioskowałam to ze zgaszonego światła w jego pokoju. Patrzyłam w gwiazdy i myślałam. - "On wyjeżdża – tak bardzo będę za nim tęsknić. Nie zobaczymy się 4 lata, dla mnie będzie to jak wieczność, ale mimo wszystko będę się starać odwiedzać go kiedy tylko będę mogła. Przez 4 lata na pewno znajdzie się dłuższa chwila, no ale... muszę też podjąć leczenie. Muszę iść jutro do doktora i zapytać go o szczegóły. Wierzę, że dam radę i wyjdę z tego, jednak wolę nikomu nic nie mówić." - Siedziałam tak gdy nagle poczułam, że dzwoni mi telefon. Wcisnęłam zieloną słuchawkę i odebrałam połączenie. - Czego chcesz, Cody? - Zapytałam z pretensjami przez słuchawkę.
- Ciebie maleńka. - Odpowiedział mi.
- A tak na serio? - Zapytałam znudzona całą tą sytuacją.
- Mała, wróć do mnie. Kocham cię. - Powiedział głosem, który uważał za uwodzicielski. Tak mnie denerwował swoją głupią gadką. Wiem, że nie mówi poważnie. Nigdy mnie nie kochał i teraz na pewno też nie. Z resztą ja też go nie kochałam, nie kocham i nigdy nie pokocham. Kocham tylko Rossa i nikt tego nie zmieni.
- Odwal się ode mnie, Cody. I tak wiem, że to twoja kolejna gierka. - Wygarnęłam mu.
- Nie, no co ty. Żadna gierka. Ja tylko... - Nie dokończył, bo się rozłączyłam. Cicho westchnęłam i położyłam się na łóżku. Swoje ciało przykryłam kołdrą, a głowę położyłam na poduszce. Nawet nie zauważyłam jak zasnęłam.

<Następnego dnia.>
- Aaaaaaaa!!!! - Ten krzyk zbudził każdego mieszkańca domu rodziny Lynch. To Ross krzyczał z łazienki. Wszyscy biegiem znaleźli się w łazience, w której blondyn przed chwilą brał prysznic. Zastali tam brązowookiego stojącego na środku pomieszczenia w ubraniu. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że nastolatek miał różowe włosy. - Kto to zrobił? - Zapytał zdenerwowany Ross. Wszyscy prócz niego spojrzeli na Cody'ego. On po chwili to dostrzegł.
- No co? To nie byłem ja. - Powiedział, jednak każdy miał wrażenie, że kłamie.
- A więc kto? - Zapytał Riker i splótł ręce na klacie. On również nie wierzył w prawdziwość słów Christiana.
- A może Rydel. Ona przecież ma różową farbę do włosów, a wczoraj byłaś zła na Rossa, bo ci kupił złą odżywkę do włosów. - Zwrócił się w połowie do reszty, a w połowie do blondynki.
- Co? To są oszczerstwa. On mnie potem przeprosił i poszedł kupić właściwą, a ty nie próbuj się wymigać Christian, każdy wie, że to twoja sprawka. - Powiedziała zdenerwowana.
- Ha, chyba śnisz. - Powiedział lekceważąco.
- Kurde, miej facet jaja i się w końcu przyznaj. - Wtrącił się Rocky. Cody już miał się odezwać, ale przerwał im Ross.
- Dobra, dajcie spokój. Jakoś to się da zmyć, nic się przecież nie stało. Jest już po sprawie, a teraz wyjdźcie stąd proszę. - Powiedział, a wszyscy, aby się nie kłócić wyszli w pokoju czystości.
- I tak wiem, że to ty. - Powiedział Rik do Cody'ego.
- Tak, tak, jasne, jasne, ale dowodów na mnie nie macie, więc jestem czysty. - Powiedział udając świętego i wyszedł z domu Lynchów.
- Uhhhh, ale ten gość mnie wpienia. - Powiedział najstarszy z rodzeństwa.
- Tja, mnie też. - Dodał Rocky, a każdy przyznał mu rację.
- Ej, ludzie. Trzeba zdobyć na niego dowody. - Powiedziała Rydel.
- Jak chcesz to zrobić? - Zapytał jej chłopak.
- Normalnie. - Rzekła wymijająco i pociągnęła Ella w stronę drzwi, bo mieli iść właśnie na randkę. Rodzice rodzeństwa także udali się na randkę, więc dom był pod opieką Rikera.
- No, panowie, co robimy? - Zapytał Rik siedając na kanapie.
- Ja to bym sobie coś obejrzał. - Rzekł Ryland, a Rocky przyznał mu rację.
- Ok to wy coś wybierzcie, a ja pójdę zobaczyć co z Rossem.
- Ok. - Odpowiedzieli razem i po chwili Rikera już nie było w salonie. Wszedł po schodach i udał się do łazienki Rossa. Cicho zapukał, jednak na tyle głośno, by siedzący w środku chłopak to usłyszał.
- Proszę. - Usłyszał w odpowiedzi i ostrożnie złapał za klamkę po czym wszedł do środka. - Hej Riker. - Przywitał się młodszy brat.
- Elo młody. Jak tam z fryzurą?
- A już lepiej. Farba schodzi. - Uśmiechnął się, a Riker mu odpowiedział tym samym.
- To dobrze, wiesz, że to Cody, prawda?
- Rik, nie zaczynaj znowu. To nie on i tyle.
- Serio w to wierzysz? Sam mówiłeś jeszcze niedawno, że byłby do czegoś takiego zdolny.
- Riker, przestań. Nie ma dowodów, że to on, więc nie będę go obciążał.
- Jak sobie chcesz, ale jesteś dla niego za dobry.
- Tak, tak. Możemy zmienić temat?
- Dobrze, wczoraj dzwoniłem do organizatora naszej trasy koncertowej i powiedziałem, że z powodu twoich studiów nie może się ona odbyć.
- Serio? Ehhh, przez te studia wszystko się niszczy. - Po tych słowach blondyn posmutniał.
- Nie, to nieprawda, przecież wiesz. Dzięki studiom będzie ci łatwiej stać się kimś, od dziecka o tym marzyłeś, zapomniałeś? A jeśli nie w tym roku to za te 4 lata odbędzie się nasza trasa, one w przeciwieństwie do studiów nie uciekną.
- Czyli twoim zdaniem dobrze zrobiłem zgadzając się?
- Zrobiłeś bardzo dobrze. - Powiedział i przytulił młodszego brata. - Jestem z ciebie taki dumny. - Szepnął mu do ucha i poklepał po plecach. Potem wyszedł z łazienki i wrócił do rodzeństwa. W trójkę zaczęli oglądać horror pt. "Piła 5".

<Tymczasem u Laury.>
Dziewczyna od rana była na nogach. Posprzątała w pokoju, wykonała poranną toaletę i przebrała się. Zjadła śniadanie i żegnając się z rodziną udała się do lekarza, u którego się niedawno badała. - Dzień dobry, panie doktorze. - Powiedziała nieśmiało gdy weszła do gabinetu.
- Laura... witaj. - Odpowiedział jej mężczyzna i  uśmiechnął się do nastolatki, a ona odwzajemniła jego gest.
- Doktorze, wyjdę z tego? - Zapytała prosto z mostu.
- Nigdy nie ma stu procentowej pewności, ale z twoją odpornością jest 85% szans, że tak. - Pocieszył ją mężczyzna.
- Dobrze, a więc co mam robić?
- Zostaniesz u nas na obserwacji na noc, zrobimy ci parę badań i zobaczymy co dalej.
- Dobrze. Powiedziała i udała się do oddzielnej sali. Tam przebrana w szpitalną piżamę przykryła się kołdrą i czekała na dalsze rozwinięcie się sytuacji.

*W następnym rozdziale.*
Lekarze po zbadaniu dziewczyny są w szoku. Nie spodziewali się, że jej sytuacja aż tak się rozwinie. Co zszokowało lekarzy? Jakie są wyniki powtórnych badań? Odpowiedzi szukajcie w 9 rozdziale 3 sezonu opowiadania.
PREMIERA JESZCZE W LIPCU.

**********
Ta dam, no i w końcu jest po ponad miesiącu oczekiwania. Jesteście tu jeszcze? Nie wiem czy rozdział się wam spodoba, pisany był na szybko, więc sama nie umiem go ocenić. Jak myślicie, co będzie dalej:? Jak to wszystko się potoczy? A tak w ogóle to jak mam mijają wakacje? Wyjechaliście gdzieś? Macie plany by wyjechać?
Całuski ;* Marta Lynch