Witajcie, wiem, że dawno nie było rozdziału. Wszystko dlatego, że od poniedziałku mam egzaminy i mimo, iż rozdziały są na laptopie, nie mam czasu ich poprawić i wstawić. Nawet komputera nie włączam, a teraz piszę z telefonu. Obiecuję wam, że po egzaminach rozdziały będą już dodawane regularnie. Mam nadzieję, że się bardzo nie gniewacie.
Przestraszony
napastnik sprawdził puls leżącego chłopaka, jednak go nie wyczuł.
Nie chcąc odpowiadać za jego śmierć szybko posprzątał miejsce
zbrodni, aby nie było nigdzie jego DNA po czym niepostrzeżenie
opuścił dom Lynchów. Ross leżał tam początkowo nieprzytomny.
Kałuża krwi powiększała się z każdą sekundą, a jego bezwładne
ciało robiło się coraz zimniejsze i bledsze. Czy to właśnie
oznaczało koniec? Czy jego jakże krótki żywot właśnie dobiegł
końca? Tak po prostu, bez żadnej zapowiedzi miał umrzeć w jakże młodym
wieku?
-
Ross, jesteśmy! - Krzyknęła rodzina Lynch, na której czele szedł
Riker. Przyszli do domu kilkanaście minut po całym zdarzeniu. Nikt
im nie odpowiedział, więc pomyśleli, że blondyna po prostu nie ma w domu.
Wkroczyli wolno i zajęli miejsca w salonie. Stormie i Mark usiedli
na kanapie, a obok nich Rydel i Ellington. Na oparciu usiadł Rocky,
a Ryland na jednym z dwóch wolnych foteli obok sofy.
-
Pójdę coś zjeść. - Poinformował Riker i wszedł do kuchni. Aż
go zatkało gdy zobaczył Rossa w kałuży krwi. - Rocky, dzwoń po
pogotowie! - Krzyknął najstarszy i rzucił się w stronę
poszkodowanego. Wyczuł puls. Odetchnął z ulgą i wziął z ziemi
szmatkę po czym ucisnął nią ranę z tyłu głowy.
-
Ale o co...? - Zapytał Rocky wchodząc do kuchni, jednak nie
dokończył pytania widząc ciało. Szybko sięgnął po telefon i
zadzwonił po pogotowie. Po chwili do kuchni weszła pozostała część
rodziny oraz Ellington.
-
Ross, nie! - Krzyczała zapłakana Rydel i chciała podbiec do
umierającego brata, jednak jej chłopak w ostatniej chwili złapał
ją w talii silnymi ramionami i przyciągnął do siebie.
-
Spokojnie, wyjdzie z tego. - Wyszeptał jej do ucha i wyprowadził z
pomieszczenia, aby nie widziała tej strasznej sceny i próbował ją
uspokoić w jej pokoju przytulając mocno do siebie. Mark to
samo zrobił z płaczącą Stormie. Ryland z kolei czekał przed
domem na przyjazd karetki, a Rocky pomagał Rikerowi zatamować
krwawienie.
Po
5 minutach przyjechał ambulans, a najmłodszy zaprowadził
ratowników na miejsce tragedii. Trzech mężczyzn szybko przeniosło
nieprzytomnego chłopaka na nosze i podążyło w stronę karetki.
Wszystkim obecnym w domu towarzyszył strach, cisza i niemoc.
*Laura*
Gdy
się obudziłam usłyszałam hałas na zewnątrz. Zaciekawiona
wstałam i spojrzałam przez uchylone okno co się dzieje. Przed
domem Lynchów stała karetka.
-
Ross – Pomyślałam pospiesznie i szybko zbiegłam na dół po
schodach. Wybiegłam na dwór i zatrzymałam się na chwilę. To był
on. Ratownicy wnosili do ambulansu mojego narzeczonego. Wyglądał
jak śmierć – blady, posiniaczony, z bandażem na głowie.
Zapłakana zaczęłam do niego biec, jednak nagle coś mnie
powstrzymało. Odwróciłam się, a tam stał blady Ryland i trzymał
mnie za biodra lekko unosząc nad ziemią.
-
Puść mnie! - Krzyknęłam i starałam się wyrwać.
-
Jesteś w ciąży, nie możesz tam iść. - Powiedział młody i miał
rację. Uspokoiłam się, więc postawił mnie z powrotem na ziemi.
-
Co z nim? - Zapytałam zapłakana.
-
Stracił przytomność. Nie będę cię okłamywać, on może z tego
nie wyjść. - Uświadomił mi rzecz oczywistą, ale tak bardzo
straszliwą. Nie chciałam żeby odszedł. Nie teraz, nie gdy jestem
w ciąży. Za bardzo go kocham. Spojrzałam na odjeżdżającą na
sygnale karetkę i przytuliłam się mocno do Rylanda po czym
zaczęłam płakać jak nigdy w życiu.
-
To nie może się tak skończyć. On nie może odejść. - Mówiłam
dławiąc się własnymi łzami.
-
Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że z tego wyjdzie. - Starał się pocieszyć mnie szatyn
i pogłaskał po głowie.
-
Co się właściwie stało? - Zapytałam oddalając się od
przyjaciela i wycierając łzy o sukienkę.
-
To nie był wypadek. - Powiedział Riker pojawiając się obok nas i
pokazując nam worek z kawałkiem tkaniny nienależącej do nikogo z
rodziny. - Policja już jedzie. - Dodał.
-
Cody. - Powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
-
Co? - Zapytał Ryland dotykając mojego ramienia.
-
Groził mu. Mówił, że jeszcze go zniszczy. - Wyjaśniłam
chłopakom przypominając sobie wydarzenia sprzed kilku godzin.
-
Musisz to powiedzieć policji. - Powiedział Riker i zaprowadził
mnie z Rylandem do domu gdzie posadzili mnie na kanapie i przykryli
kocem.
-
Dobrze się czujesz? - Zapytała Rydel, która przyszła z
Ellingtonem za rękę i usiadła obok mnie.
-
Z ciążą wszystko dobrze. Staram się nie stresować. - Odrzekłam
i poprawiłam koc.
-
Może śpij dzisiaj ze mną. - Zaproponowała, a ja po dłuższej
chwili się zgodziłam. Nie chciałam być tej nocy sama. Bałam się,
że nawiedzą mnie koszmary z Rossem w roli głównej i nie będę
umiała sobie z tym poradzić. Rydel w razie czego zadeklarowała się
mi pomóc i pocieszyć.
*Narrator*
>SZPITAL<
Nieprzytomnego
Rossa szybko przetransportowano do szpitala i przewieziono na jedną
z sal. Lekarz, którego przydzielił mu ordynator zbadał go
dokładnie i zatamował krwawienie. -
Znasz numer do kogoś z jego rodziny? - Zapytał jednego z
ratowników. -
Tak - Odpowiedział mu. - Do ojca. - Dodał pospiesznie. -
Zadzwoń i powiedz, aby przyjechał wraz z matką do szpitala, jak
najszybciej. - rozkazał z grobową miną, a ratownik szybko wyszedł
i wykonał polecenie.
<Kilka
minut później>
-
Co z nim panie doktorze? - zapytała rodzicielka Rossa gdy tylko
dostrzegła lekarza. -
Proszę usiąść - powiedział, a zmartwieni rodzice zajęli miejsca
na wprost mężczyzny. - Państwa syn jest w bardzo ciężkim stanie,
jednak stabilnym. Obecnie przebywa w śpiączce i przykro mi to
mówić, ale w każdej chwili może umrzeć. - Wyjaśnił z kamiennym
spokojem, a kobieta zalała się łzami. Jej mąż próbował ją
uspokoić, jednak na marne. - Pozostaje nam już tylko czekać. -
Dodał mężczyzna całkowicie dobijając tym rodziców blondyna. -
Czekać? Jesteście lekarzami, zróbcie coś! On nie może umrzeć!
Ma całe życie przed sobą! Rozumie pan to czy nie? - Wykrzyczał
wręcz wywrócony z równowagi Mark i stanął na równe nogi. -
Spokojnie, proszę pana. Rozumiem, że jest pan zdenerwowany, ale pańskie nerwy w niczym nam tu nie pomogą, a panu synowi już w szczególności. - Uspokajał go medyk. -
Pan doktor ma rację, kochanie. Czy możemy do niego wejść? -
Przemówiła blondynka łapiąc męża za rękę i patrząc na
lekarza. -
Nie jest to dobry pomysł. Proszę przyjść jutro. - Odpowiedział i
podszedł do drzwi. -
Do widzenia. - Powiedziało małżeństwo. -
Do widzenia. – Odrzekł i każdy udał się w swoją stronę. -
Boję się. - Powiedziała Stormie opuszczając szpital. -
Ja też się boję. - Rzekł Mark. - Cholernie. - Dodał po chwili.
Pozostało im tylko czekać i mieć nadzieję, że Ross się wybudzi,
ale co jeśli nie? Co jeśli po prostu jego mózg przestanie
pracować, a serce stanie w miejscu i nie będzie już odwrotu?
Pozostaną tylko łzy, wspomnienia oraz poczucie winy? Przecież nie
ma dla rodzica nic gorszego niż pochować własne dziecko. Nie, nie
można było tak myśleć. Ross będzie żył. Musi żyć, ma milion
jeden, a może i nawet o wiele więcej powodów by nie odchodzić z
tego świata. To jeszcze nie ten czas... Być może, jeszcze nie ten.
Małżeństwo
wróciło do domu z posępnymi twarzami. Nie mieli dobrych wieści, a
dzieci siedzące w salonie i rozmawiające z policją wyczuły to z
ich zachowania. Spojrzeli na nich pytająco, jednak nic więcej nie
dało się wyczytać z ich min.
-
Witam, komisarz Blue. Czy z państwa domu coś zginęło? -
Powiedział czarnoskóry wysoki mężczyzna w policyjnym mundurze.
Trzymał w rękach długopis i notes.
-
N... nie... chyba nie. - Odpowiedziała Stormie ledwo powstrzymując
się od łez. Czuła, że kręci się jej w głowie, więc kurczowo
trzymała rękę męża, aby nie upaść. Powoli wzięła kilka
oddechów, by uspokoić przyspieszone bicie serca.
-
Państwo wybaczą, ale muszę o to zapytać. Gdzie państwo byli w
czasie, gdy doszło do tej tragedii? - Zapytał pan Blue.
-
Byliśmy z dziećmi u dziadków za miastem. Ross też miał jechać,
ale powiedział wczoraj, że umówił się ze swoją narzeczoną. Gdy
wróciliśmy Riker znalazł go w kuchni. - Wyjaśnił Mark i objął
żonę ramieniem, aby ją uspokoić.
-
Dobrze, skontaktujemy się z państwem gdy dowiemy się czegoś
więcej. - Powiedział komisarz i schował notes do kieszeni. -
Daryl, chodź. - Powiedział do Azjaty, który skończył właśnie
przesłuchiwać roztrzęsioną Laurę. Oboje podeszli po chwili do drzwi. - Do
widzenia. - Powiedział łapiąc klamkę.
-
Do widzenia. - Odpowiedziała im rodzina. Policjanci wyszli, a
rodzina usiadła w salonie na kanapie i fotelach. Rodzicie
opowiedzieli im wszystko z najmniejszymi szczegółami.
-
Musimy cierpliwie czekać. Ross to silny chłopak, da sobie radę. -
Powiedziała zmartwiona Rydel przytulając do siebie drżącą Laurę.
-
Rydel ma rację, musimy żyć jak wcześniej. Ross by tego chciał. -
Zgodził się Mark, choć te słowa ledwo przeszły mu przez gardło.
-
Idźcie do swoich pokoi i odpocznijcie. - Powiedziała Stormie, a
dzieci wykonały jej polecenie. Każdy martwił się o Rossa, jednak
obiecali sobie, że postarają się żyć normalnie. Mieli przed sobą
najtrudniejsze zadanie w życiu, ale z miłości chcieli je wykonać.
Dalszy dzień minął im spokojnie i na szczęście udało im się
zasnąć spokojnie. No może nie wszystkim...
**************
Tam, tam, tam, poproszę o werble. Jak wam się podoba rozdziałek? Ach, myśleliście, że kończę bloga? Nic z tych rzeczy, jeszcze nie nastał jego czas. Chcę go zakończyć w wielkim stylu, ale to odrębny temat. Piszcie swoje opinie na temat nowej części. Jeśli chcecie to piszcie jakże jak waszym zdaniem to powinno się skończyć lub podejrzenia co do tego jaki będzie epilog.
-
Ross, ja... - Powiedziała w końcu Laura, jednak przerwała na
chwilę. - Jasne, że zostanę twoją żoną! - Wykrzyczała wręcz,
a chłopak wsunął na jej chudego palca piękny srebrny pierścionek,
po czym wstał. Dziewczyna mocno go przytuliła i złączyli się w
długim, namiętnym pocałunku. Towarzyszyły im gromkie brawa,
gwizdy i wiwaty. Rydel stała wzruszona wtulając się w ramiona
swojego ukochanego chłopaka – Ella, a reszta zespołu uśmiechała
się uroczo.
-
Żegnaj Paryżu! - Wykrzyczał zespół kilka minut później
kłaniając się po czym zeszli ze sceny. To był ich ostatni kraj w
Europie. Mieli teraz kilkumiesięczną przerwę świąteczną. Nie
będę się zbytnio rozwodzić co było potem, więc przejdę od razu
do konkretów.
<Kilka
dni później. Los Angeles>
Jako
przyszła pani Lynch czułam się świetnie. Nadal nie mogło dojść
do mojej świadomości wydarzenie sprzed kilku dni. Bardzo cieszyłam
się, że Ross chce być ze mną już do końca naszych dni, bo moje
zdanie było identyczne. Pragnęłam wychowywać z nim nasze dzieci i
się wspólnie z nim zestarzeć. O niczym innym nie marzyłam tylko o
tym by spędzić z nim każdą następną chwilę mojego życia.
Wracając od lekarza prowadzącego moją ciążę długo myślałam,
zresztą jak zawsze ostatnio. Ciągle miałam przed oczami wizję
mnie i Ross jako szczęśliwej, pokonującej wszystkie przeciwności
losu rodziny. Wyobraziłam sobie nasz ślub, narodziny synka i
wychowywanie go. Byłam bardzo podekscytowana taką wizją
przyszłości. Idąc chodnikiem tak się zamyśliłam, że nawet nie
spostrzegłam, że na kogoś wpadłam. Nim się spostrzegłam leżałam
na tym kimś na ziemi. Odruchowo podniosłam głowę i aż mnie
zamurowało.
-
Może to przypadek, a może przeznaczenie, ale widzę, że lecisz na mnie.
- Powiedział tym swoim pewnym i cwaniackim tonem. Czułam jak
lustruje mnie wzrokiem.
-
Cody, możesz jedynie pomarzyć. - Wycedziłam przez zęby i
błyskawicznie wstałam z chłopaka, który po kilku sekundach stanął
na wprost mnie uśmiechając się przy tym cwaniacko.
-
Nie mów, że ani trochę cię nie kręcę. - Powiedział pewny
siebie zbliżając się do mnie.
-
Z kłamcami się nie zadaję. - Rzekłam złośliwie i odwróciłam
się na pięcie, jednak chłopak złapał mnie mocno za rękę i
przyciągnął do siebie. Trzymał teraz obie moje ręce, a ja czułam
jego oddech na szyi. Próbowałam się wyrwać, ale Christian z
każdą moją próbą trzymał mnie coraz mocniej. Przestraszyłam
się nie na żarty. Z każdą kolejną sekundą zbliżał się do
mnie coraz bardziej. Kiedy był już niebezpiecznie blisko chciałam
się odsunąć, ale jego siła była zbyt wielka, nie udało mi się.
Już chciał mnie pocałować, gdy nagle pomiędzy nami pojawił się
mój osobisty bohater. Wszystko działo się tak szybko, że nim się
zreflektowałam chłopak zdążył wbić się pomiędzy nas.
Odepchnął mnie lekko, a na Christiana rzucił się z pięściami.
-
Christian, przegiąłeś, nie pozwolę ci się zbliżyć do Lau.
Nigdy więcej jej nie tkniesz. - Powiedział wręcz kipiąc z
wściekłości. Nigdy nie widziałam Rossa aż tak zdenerwowanego, a
przecież znam go nie od dziś.
-
Ross, zostaw go. Nie warto. - Powiedziałam ciągnąc blondyna za
ramię.
-
Właśnie, Rossiu. Posłuchaj swojej dziewczyny i lepiej zmiataj stąd
zanim oberwiesz. - Rzekł nadal pewny siebie Cody nie przestając się
uśmiechać.
-
Posłuchaj mnie idioto. - Powiedział trzymając chłopaka za
ubrania. - Odczep się od nas raz na zawsze, jasne? - Zagroził.
-
Bo co? - Nie dawał za wygraną. Ross już miał zamiar go uderzyć,
ale w ostatnim momencie go powstrzymałam.
-
Ross, daj spokój. - Powiedziała i odciągnęłam go na bok.
-
Dobrze, kochanie. - Zgodził się i pocałował mnie co oczywiście
odwzajemniłam. Razem udaliśmy się w stronę domu.
-
Jesteś tylko tchórzem. Nikim więcej! - Krzyczał Cody na całą
ulicę.
-
Nie zwracaj na niego uwagi. On kłamie. - Szepnęłam Rossowi do
ucha, aby go uspokoić, gdyż widziałam jak zaciska pięści z
wściekłości.
-
No dawaj, uderz mnie, ulży ci. - Nadal próbował go sprowokować.
Ross nic nie odpowiedział tylko złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę domu.
-
Jeszcze cię zniszczę! - Krzyknął Cody, jednak ani ja, ani chłopak
go nie słuchaliśmy. Szliśmy za rękę w zupełnej ciszy.
-
Kochanie... - Zaczął nagle blondyn i przystanął na chwilę po
czym złapał mnie za obie dłonie i spojrzał w oczy.
-
Tak? - Zapytałam zainteresowana.
-
Dużo myślałem o naszym ślubie i doszedłem do wniosku, że dobrze
by było gdybyśmy się hajtnęli przed narodzinami syna. -
Powiedział i uśmiechnął się.
-
Serio chcesz stanąć przy ślubnym kobiercu z kobietą z takim dużym
brzuchem? - Rzekłam odruchowo patrząc na uwydatniony brzuch.
-
Lau, jesteś kobietą mojego życia. Nie ważne jak wyglądasz,
ważne, że cię kocham i żenię się z tobą, a nie twoim brzuchem.
- Powiedział żartobliwie, a ja się wzruszyłam.
-
Kocham cię, Rossy. - Rzekłam przysuwając się do chłopaka.
-
Kocham cię, Lau. - Odpowiedział mi i lekko musnął moje usta
przesuwając dłonią po brzuchu.
-
To może za dwa tygodnie? - Zaproponowałam gdy byliśmy już pod
moim domem i z ciekawością oczekiwałam odpowiedzi..
-
Jasne, jutro ustalimy szczegóły, a teraz odpocznij. - Odpowiedział
i pocałował mnie czule w czoło, a ja czułam jakbym unosiła się
nad ziemią.
-
Pa – Powiedziałam otwierając drzwi do domu.
-
Pa – Odpowiedział mi i przez chwilę patrzył jak znikam za
drzwiami. Przez okno zobaczyłam, że po chwili i on poszedł do
siebie. Byłam zmęczona, więc weszłam do pokoju i położyłam się
spać ściągając wcześniej buty. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
*Ross*
Gdy
wróciłem do domu nikogo w nim nie zastałem. Nie powiem, powiało
strachem. Szybkim krokiem poszedłem do kuchni i odgrzałem sobie
obiad. Z tym zestawem poszedłem do salonu, włączyłem telewizję i
zacząłem jeść zupę pomidorową. Delektując się jej smakiem
usłyszałem jakiś szelest w kuchni.
-
To pewnie moja wyobraźnia. - Usprawiedliwiłem się i dokończyłem
jeść posiłek. Miskę odstawiłem na róg stolika po czym położyłem
na jego środku nogi. Oglądając stare odcinki Austin& Ally
przypominałem sobie czasy gdy kręciliśmy ten serial. Czasy mojego
potajemnego zainteresowania Laurą. Moment, w którym zaczęliśmy
być razem. I tak z myśli o serialu przeszedłem na refleksje
dotyczące miłości mojej i Lau. Byłem jej wdzięczny, ogromnie
wdzięczny, za to, że przy mnie jest, była i będzie. Owszem,
mieliśmy wiele upadków i przeszkód, ale to, że je
przezwyciężaliśmy tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to
miłość na całą wieczność, a może i dłużej. Już wiem, że
będę tego uczył nasze dzieci, wnuki, a nawet prawnuki. Będą
miały przed sobą przykład wiecznej miłości i prawdziwego oddania.
Myśląc
o mojej kochanej Lau usłyszałem ten sam niepokojący szelest z
kuchni. Wyciszyłem, więc telewizor i wsłuchiwałem się. Po chwili, gdy dźwięk się powtórzył, powoli wstałem i jeszcze
wolniej i ostrożniej podążyłem w kierunku kuchni. Mocno pchnąłem
drzwi i wszedłem do środka, jednak nikogo tam nie było. Tak mi się
przynajmniej wydawało.
-
Ręce do góry, śmieciu! - Usłyszałem nagle za sobą, więc
odwróciłem się szybko. Zobaczyłem wysokiego mężczyznę ubranego
na czarno, z kominiarką na głowie mierzącego do mnie z rewolwera.
- Nie będę dwa razy powtarzał! - Powiedział bardziej stanowczo,
więc wykonałem jego polecenie.
-
Co tu robisz? - Zapytałem spokojnie z rękami w górze.
-
Interesy. - Odpowiedział jednym stanowczym słowem i zbliżył się
do mnie wciąż we mnie mierząc. - Nie zabiję cię, spokojnie. -
Rzekł, jednak wcale mnie to nie uspokoiło. Chodź na zewnątrz
mogłem wyglądać na spokojnego, tak naprawdę, w głębi duszy
okropnie się bałem. Bałem się, że zginę, a wtedy moja rodzina i
Laura zostaną sami, że nigdy nie zobaczę mojego syna i tego jak
dorasta. Strasznie mnie to przerażało. Nie chciałem tak skończyć.
Wziąłem więc kilka oddechów i spojrzałem w kierunku napastnika.
-
A więc co zrobisz? - Zapytałem obawiając się odpowiedzi.
-
Nie wiem. – Odrzekł. - Jeszcze nie wiem. - Dodał po chwili.
-
Słuchaj, weź co chcesz, naprawdę tylko pozwól mi żyć. -
Powiedziałem.
-
Kusząca propozycja, ale nie skorzystam. - Powiedział i włożył
pistolet do kieszeni po czym zbliżył się do mnie. Nim zdążyłem
jakkolwiek zareagować, zamaskowany mężczyzna uderzył mnie
pięścią w twarz. Ostatnie co pamiętam to mnie upadającego, a
potem poczułem okropny ból w potylicznej części głowy. Leżąc
na ziemi złapałem się za tył czaszki i spojrzałem na dłoń –
ciekła po niej krew. W tej chwili z bólu zamknąłem oczy i
zasnąłem... na zawsze.
********* Witajcie ludziska. Jak wam się podoba finał opowieści? Spodziewaliście się takiego zakończenia. Od razu mówię, poczekajcie do czwartku bo mam dla was notatkę niespodziankę. Komentujcie, wyrażajcie swoje opinie, ale mam nadzieję, że mnie nie nienawidzicie za taki koniec.
Minęło
już kilkanaście długich tygodni od rozpoczęcia trasy. W tym
czasie R5 odwiedzili wiele państw europejskich, m.in. Włochy,
Portugalię, Hiszpanię, Austrię, Węgry oraz Niemcy, ale także
wiele innych. Dzisiaj zawitali do kolejnego na liście miasta
nazywanego często „Miastem Miłości” - Paryża. Laura kocha to
miasto, więc cieszyła się podwójnie z tej rewelacji. - Ale tu
pięknie. - Powiedziała szatynka z zachwytem mijając Wieżę
Eiffla. Kroczyła po paryskim bruku trzymając za rękę swojego
ukochanego. Było około południa kiedy zameldowali się w hotelu. Po
zjedzonym obiedzie i krótkim zwiedzeniu miasta udali się do klubu,
w którym miał odbyć się koncert. W ciągu kilkunastu minut w
klubie zebrali się fani zespołu. Jak zawsze, Ryland rozgrzewał
publiczność przed pojawieniem się na scenie R5. Jednakże
wcześniej, na tak zwanym Meet & Greet fani mogli pytać zespół
o co tylko chcieli.
-
Ross, czy jest coś co bardzo chciałbyś teraz zrobić? - Zapytał
fan stojący w pierwszym rzędzie.
-
Owszem. - Zaczął. - Chciałbym zjeść lody waniliowe. - Zażartował, jak to zawsze miał w zwyczaju. - A tak
na serio to chciałbym dla was zaśpiewać. - Powiedział uśmiechając
się do fana na co reszta odpowiedziała mu gromkimi brawami.
-
Rydel, jaka jest twoja ikona stylu? - Zapytała po chwili młoda
fanka, której blondynka udzieliła głos.
-
Trudne pytanie, ale chyba nie mam ikony stylu. Staram się ubierać
tak jak chcę i nosić to co mi się podoba i w czym jest mi dobrze.
- Rzekła zadowolona.
-
Tak, ostatnio, nawet zwinęła mi koszulkę, bo się jej bardzo
spodobała. - Dopowiedział Ellington, na co reszta się zaśmiała,
a Delly odpowiedziała mu lodowatym spojrzeniem. - Też cię kocham,
bejbs. - Szepnął jej do ucha. To sprawiło, że blondynka
przytuliła się do niego.
-
Riker, czy twoim zdaniem Ell to dobry kandydat na męża dla Rydel? -
Zapytała fanka na oko 19-letnia. Ross gdy tylko to usłyszał
uśmiechnął się i klepnął przyjacielsko Ratliffa.
-
Owszem, a nawet bardzo dobry. - Powiedział Riker.
-
Nie powiedziałbym. - Rzekł zabawnie Rocky udając obrażonego.
-
Rocky, kochanie, ciebie też kocham. - Zażartował Ratliff głaszcząc
przyjaciela po policzku. Wszyscy zebrani nie mogli powstrzymać się
od śmiechu. Nagle w klubie rozległa się melodia co poniektórym
doskonale znana. To Ross usiadł przy keyboardzie i grał "Marsz
weselny". Wszyscy wybuchli nie pohamowanym śmiechem a Ross jako
jedyny starał się zachować kamienny wyraz twarzy, jednak nie
wytrzymał zbyt długo. Po kilku sekundach i on się śmiał.
Po
Meet & Greet zespół poszedł do garderoby się przebrać i
chwilę odpocząć. Mieli bowiem półtorej godziny nim Ryland
skończy rozgrzewać publiczność.
-
W tej koszuli wyglądasz bardzo przystojnie. - Powiedziała Laura do
swojego chłopaka zapinając guziki jego górnej części stroju.
-
Dobrze, że nie jesteś moją stylistką, bo nie mógłbym zrobić
tego. - Rzekł i pocałował wybrankę swojego serca, co ona
oczywiście odwzajemniła.
-
Możemy porozmawiać na osobności? - Zapytała, na co chłopak nie
odpowiedział tylko pociągnął ją w odległe miejsce. Wyszli na
balkon. Przed nimi rozpościerał się nocny krajobraz Paryża. Nocna
iluminacja Wieży Eiffla jeszcze bardziej nadawała romantyzm tej
chwili. - Ross, ja... - Powiedziała, jednak przerwała w połowie
zdania. Stali w blasku lamp, więc doskonale widzieli swoje wyrazy
twarzy. - Muszę ci coś powiedzieć. - Powiedziała nieśmiało. Nie
chciała, aby coś przerwało tą chwilę, bowiem w końcu chciała
wyznać prawdę. Bez żadnych komplikacji, przerywników czy
przeszkód. Chciała po prostu zdradzić chłopakowi jaka jest
prawda. - Ja... - W tej chwili głos jej stanął w gardle. Nie mogła
wykrztusić ani słowa. Ross widząc jej zakłopotanie postanowił
przerwać tą niezręczną ciszę.
-
Który to miesiąc ciąży? - Zapytał co ewidentnie zszokowało
szatynkę, bo aż spojrzała mu prosto w oczy z pełnym zaskoczeniem.
-
Skąd wiesz? Kto ci powiedział? - Zapytała wciąż oszołomiona.
-
Ty sama, w samolocie do Rzymu. - Powiedział i uśmiechnął się, a
19-latkę nagle olśniło. Przypomniało się jej jak szepnęła mu,
że jest w ciąży, ale nie sądziła, że ten to usłyszał, że
dowiedział się o tym. - Ale wolałem abyś powiedziała mi to
prosto w oczy. - Powiedział lekko rozczarowany. - Myślałaś, że
się nie ucieszę i cię zostawię? Serio za takiego mnie
masz? - Dokończył z wyraźnym smutkiem.
-
Rossy, to nie tak. - Rzekła i podeszła do niego bliżej. - Po
prostu nie miałam odwagi, a jak już ją zdobyłam to zawsze coś
stawało mi na drodze lub przerywało, przepraszam. - Chłopak nic
nie odpowiedział tylko pocałował ją w policzek. - A odpowiadając
na twoje pytanie, to czwarty miesiąc. Będziemy mieli syna. -
Dokończyła po chwili.
-
Będę ojcem. - Powiedział zadowolony. - Będę ojcem!!! -
Powtórzył, tym razem wykrzykując tak głośno, że w okolicy
rozniosło się echo.
-
Spokojnie. - Powiedziała Laura ledwo panując na śmiechem. Ross,
czując, że jego serce i dusza przepełnia się radością,
przytulił ją mocno do siebie i podniósł kręcąc dookoła siebie.
Nastolatka wcześniej oplotła ręce wokół jego szyi. Oboje bardzo
cieszyli się z takiego obrotu sytuacji.
-
Pokaż mi tego maluszka. - Powiedział postawiwszy dziewczynę na
balkonowych kafelkach. Dziewczyna lekko podwinęła luźną koszulkę
odsłaniając tym samym swój lekko większy niż kilka miesięcy
wcześniej brzuch, a blondyn delikatnie przejechał po nim swoją
ciepłą dłonią. - Za kilka miesięcy będziemy szczęśliwymi
rodzicami. - Powiedział zadowolony i pocałował dziewczynę w usta.
Jego radość była jak najbardziej szczera, bowiem cieszył się, że
będzie miał potomka. Tym bardziej, że będzie to męski potomek.
Nie żeby nie chciał mieć córki, ale wiadomo jak jest z facetami.
Jak chcą mieć dziecko to zazwyczaj troszkę bardziej liczą na
syna. Para objęła się i wróciła do reszty zespołu, gdyż zaraz
miał zacząć się koncert. Postanowili jeszcze nie mówić reszcie
o ciąży, przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili. Stanęli za
kurtyną i czekali aż Ryland skończy rozgrzewać publiczność. -
Chciałbym Laura żebyś tutaj stanęła. Będę cię widział ze
sceny, a wtedy mi się lepiej śpiewa, dobrze? - Powiedział Ross do
szatynki i pokazał jej miejsce, w którym miała stanąć.
-
Dobrze, powodzenia. - Powiedziała i pocałowała swojego chłopaka w
policzek, po czym oboje się przytulili.
-
Nie chcę wam przeszkadzać gołąbeczki, ale Ross, za kilka sekund
wchodzimy. - Powiedział Rocky pojawiając się przy zakochanych po
kilku minutach. I faktycznie, w tle dało się słyszeć piosenkę
„We are family” co oznaczało, że po jej zakończeniu powinni
wbiec na scenę i przywitać publiczność. Para odsunęła się od
siebie i stanęli na wprost siebie. Po chwili cały zespół wszedł na
scenę i zaczęło się show. Publiczność bawiła się świetnie, a
zespół dawał z siebie wszystko. Zaśpiewali kilka piosenek z
najnowszego albumu oraz kilka z pierwszego
krążka. Laura w tym samym czasie stała za kulisami i patrzyła z
miłością jak jej ukochany tańczy i śpiewa dając z siebie
wszystko. Wiedziała, że muzyka jest dla blondyna wszystkim, że
będąc na scenie daje z siebie sto jeden procent, całe serce,
duszę. Teraz, gdy Ross dowiedział się o ciąży, czuła jeszcze
większą euforię. Od razu wyobraziła sobie ich idących z czwórką
dzieci przez miasto, szczęśliwych, emanujących miłością i
radością. Chciała z nim być już na zawsze, bo wiedziała, że
nawet u schyłku jej życia, nadal będzie go kochać, wciąż
niezmiennie. Wsłuchiwała się w każde słowo wydobywające się z
jego ust. Zamknąwszy oczy poczuła, że odpływa. Znalazła się
zupełnie w innym miejscu. Z Rossem, z dala od reszty świata.
-
Lau... - Usłyszała nagle za sobą głos, który przebił powłokę
jej myśli. Gwałtownie zeszła na ziemię i odwróciła się przodem
do rozmówcy. Stał przed nią Ryland. - Wszystko w porządku? -
Zapytał.
-
Tak RyRy, lepiej być nie mogło. - Odpowiedziała i rozczochrała
ciemne włosy nastolatka. Ten szybko je poprawił i objął
dziewczynę. Oboje w takiej pozycji oglądali koncert w zupełnym
milczeniu. Show było wręcz fenomenalne, każdy się świetnie
bawił. Jednakże w ostatnich sekundach koncertu wydarzyło się coś
kompletnie nieoczekiwanego, nieprzewidywalnego. Ross podszedł do
każdego z członków zespołu i szepnął im coś na ucho. Po chwili
podszedł do keyboardu i usiadł przed nim. Reszta zespołu usiadła
na podeście i z zaciekawieniem patrzyli na nastolatka. Wokół
panowała kompletna, niczym niezmącona cisza. Nikt do końca nie
wiedział o co chodzi, poza samym Rossem.
-
Chciałbym wam przedstawić piosenkę mojego autorstwa. Napisałem ją
dla pewnej dziewczyny, która zawładnęła moim sercem już dość
dawno, ale chciałbym pokazać jej co czuję. - Przemówił do
publiczności i zaczął grać. Po chwili w sali rozległ się
również jego czysty, delikatny głos.
I've
just come to realize the fire in your eyes for me And
baby all these little sparks ignite until I just can't breathe
And
time and time and time and time and time again I'm
lying in the dark, and wondering where you are I'm
tryna, tryna, tryna find the medicine Straight
into my heart, it's tearing me apart
I'm
screaming, "Doctor, doctor" Bottle
it up I'm
a believer, believe me This
love is a drug I'm
dying, I can't get enough I'm
screaming, "Doctor, doctor" Bottle
it up
I
haven't slept a couple nights Been
staring at the ceiling again The
side effect I know too well I'm
addicted to the feeling
W
pewnej chwili zespół postanowił pomóc chłopakowi i stanęli przy
swoim instrumentach. Rydel zajęła miejsce Rossa, a ten stanął na
środku sceny. Patrzył cały czas we wzruszone oczy swojej
dziewczyny. Będąc coraz dalej końca piosenki zaczął do niej
powoli podchodzić. Będąc już tuż obok niej złapał ją za rękę
i delikatnie pociągnął na scenę. Ta, choć oszołomiona, oddała
się mu. Po chwili oboje stali już na scenie, a publiczność
krzyczała i klaskała w niebo głosy ze szczęścia. Zespół także
był bardzo wzruszony tym widokiem. Rossa tańczył przy Laurze
śpiewając kolejne wersy tekstu.
And
time and time and time and time and time again I'm
living in a dream, or somewhere in between I'm
tryna, tryna, tryna find the medicine It's
everything I need, you're the remedy
I'm
screaming, "Doctor, doctor" Bottle
it up I'm
a believer, believe me This
love is a drug I'm
dying, I can't get enough I'm
screaming, "Doctor, doctor" Bottle
it up
Doctor,
doctor, bottle it up I'm
a believer, believe me, this love is a drug I'm
dying, I can't get enough Doctor,
doctor
I'm
screaming, "Doctor, doctor" Bottle
it up I'm
a believer, believe me This
love is a drug I'm
dying, I can't get enough I'm
screaming, "Doctor, doctor" Bottle
it up *
Ostatnie
słowo zaśpiewał mając twarz tuż przed jej. - To było piękne. -
Powiedziała wzruszona szatynka ledwo powstrzymując łzy szczęścia
i przytuliła kochanego.
-
Lau, chcę żebyś tę chwilę zapamiętała do końca życia.
Zasługujesz na to co najlepsze, a ja chcę ci to dać. Wiesz, że
nie umiem bez ciebie żyć. Moje serce bez ciebie krwawi. Teraz gdy
nasza miłość przetrwała tak wiele przeszkód, wiem, że niczego
bardziej nie pragnę niż spędzić z tobą resztę mojego życia. -
Powiedział i uklęknąwszy na jedno kolano wyjął z kieszeni małe
granatowe pudełeczko i otworzył je pokazując zszokowanej
dziewczynie jego zawartość. - Laura Marie Marano, czy uczynisz mnie
najszczęśliwszym facetem na świecie i wyjdziesz za mnie? - Szatynka
wciąż oszołomiona patrzyła na niego. Nie wiedziała co
powiedzieć, zaskoczył ją. Wokół nich nikt się nie odezwał
choćby słowem, nikt nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Wszyscy
z zaciekawieniem i zainteresowaniem patrzyli na parę i oczekiwali
odpowiedzi dziewczyny. Tymczasem ona toczyła wewnętrzną walkę z
samą sobą.
CIĄG DALSZY
NASTĄPI...
*
- Piosenka „Doctor, Doctor” - R5.
****************** Hej wam, w końcu udało mi się wstawić rozdział. To już setka, dlatego taki zwrot akcji i rozdział podzielony jest na dwie części. Jak wam się podoba? Dodatkowo dziękuje wam, że byliście ze mną przez cały ten czas i nie opuściliście gdy było ciężko. Piszcie komentarze.
Obudził
mnie przeraźliwy dźwięk budzika, który informował, że pora
wstawać. Spojrzałam nieprzytomnym wzrokiem na zegarek – była
3:40, więc nacisnęłam na wyłącznik i weszłam z przygotowanymi
wczoraj rzeczami do łazienki. Zamknąwszy za sobą drzwi zrzuciłam
z siebie piżamę i weszłam pod prysznic. Czując jak smugi wody
oblewają moje ciało rozmarzyłam się o trasie R5. Przed oczami
miałam mnie i Rossa spacerujących ulicami Rzymu trzymając się za
ręce. Otulona ręcznikiem podeszłam do lustra i dwoma ruchami
machnęłam pod oczami czarne kreski. Do tego pomalowałam sobie
rzęsy czarnym tuszem do rzęs, pomalowałam powieki niebieskim
cieniem i usta musnęłam malinowym błyszczykiem. Następnie
wytarłam swoją wilgotną skórę puchowym ręcznikiem i
przebrałam się w przygotowane ciuchy. Miałam na sobie granatowe
jeansy, biały sweter oraz jeansową kurtkę. Od razy rozczesałam
sobie włosy i wyszłam ze szczotką z pokoju czystości. Przyrząd
do włosów schowałam do torby wraz z aparatem, o którym
poprzedniego dnia zupełnie zapomniałam. Byłam już prawie gotowa,
więc założyłam jeszcze drobną biżuterię i wyjęłam z szafy
moją czarną skórzaną kurtkę i położyłam ją na łóżku wraz
z torbami i walizkami. Na koniec szybko wyjęłam z szafy moje
czarno-niebieskie adidasy i szybkim ruchem założyłam je na stopy
oraz zawiązałam sznurówki. Zegarek wskazywał 4:00, więc Ross,
któremu wcześniejszego dnia dałam klucze do mieszkania, aby pomógł
mi z bagażami, powinien być lada moment. Usiadłam na fotelu obok
łóżka i poprawiłam fryzurę wpatrując się w drzwi i oczekując
pojawienia się w nich ukochanego. Już po chwili usłyszałam ciche
pukanie, na które odpowiedziałam krótkim „Proszę”. W ułamku
sekundy w pomieszczeniu pojawiła się postać bardzo dobrze mi
znana. Blondyn ubrany był w czarne rurki z dziurami na kolanach,
białą koszulę zapiętą 3/4 oraz czarną skórzaną kurtkę. Do
tego miał na stopach białe adidasy. Był przystojny, a jeszcze
dzięki temu uśmiechowi jakim mnie obdarzył poczułam, że tracę
grunt pod nogami.
-
Gotowa? - Zapytał podchodząc do mnie. Siedziałam na takiej
wysokości, że miałam centralnie na wysokości wzroku jego w
połowie odsłoniętą klatę. Nie szło się na niczym skupić, a
jeszcze spotęgował wszystko zapach perfum blondyna. Czułam, że
odlatuję. Skupiłam jednak wszystkie swoje siły i przeniosłam
wzrok na twarz nastolatka. Na szczęście udało mi się.
-
Tak. - Wydukałam tylko nie mogąc nic więcej rzec. Po prostu czułam
jakby wielka gula stanęła mi w gardle i przez to nie mogłam
wypowiedzieć choćby słowa. Zupełnie tak jak wtedy gdy odkryłam,
że kocham go nad życie.
-
To świetnie. - Powiedział całując mnie w usta na powitanie. -
Rocky i Riker już idą, więc pomogą mi z walizkami, a ty idź na
dół i wejdź do busa. My zaraz dołączymy. -Powiedział. Nie chciałam się
sprzeciwiać, więc wykonałam polecenie blondyna. Zgarnęłam z
łóżka torbę i kurtkę i zeszłam na dół witając się na
schodach z Rikerem i Rockym całując każdego z nich w policzek.
Takie już mieliśmy powitanie. Tylko z Rossem witałam się inaczej,
z wiadomych powodów. Po kilku minutach znalazłam się na powietrzu
i weszłam do pojazdu stojącego po drugiej stronie ulicy.
-
Hej. - Przywitałam siedzących w busie: Rydel, Ella, Rylanda i
państwo Lynch po czym zajęłam wolne miejsce obok Rydellington
najbliżej tyłu.
-
Witaj, Lau. - Odpowiedzieli mi niczym grecki chór. Po chwili na
dworze pojawili się pozostali i włożyli moje bagaże do bagażnika
po czym zajęli swoje miejsca. Ross usiadł obok mnie wręczając mi
klucze do mojego mieszkania, a jego bracia usiedli na samym początku.
Najstarszy z rodzeństwa zajął miejsce jako kierowca. Drzwi się
zamknęły, zapięliśmy pasy, a pojazd po chwili mknął ulicami Los
Angeles. Wtuliłam się w Rossa czując na policzkach jego skórę
oraz wdychając jednocześnie słodki zapach jego perfum. Ten objął
mnie ramieniem mocniej przytulając do siebie. Dzięki temu słyszałam
jak bije jego serce. Zamknęłam oczy, jednak nie odpłynęłam.
Zamiast tego myślałam o tym jak powiedzieć Rossowi, że zostanie
ojcem. Coraz bardziej ciążyła mi ta tajemnica. Wiele razy szukałam
sposobności, aby wyznać mu prawdę, ale za każdym razem nie
dawałam razy. Jednakże teraz definitywnie postanowiłam, że powiem
mu o wszystkim w czasie trasy. Dowie się prawdy, gdy tylko nadarzy
się dobra do tego chwila. Gdy będzie odpowiedni moment. Nim się
zreflektowałam zdążyliśmy dojechać do lotniska. Przed oczami
zobaczyłam wielką półprzezroczystą kopułę z napisem „Los
Angeles Airport”. Riker zaparkował tuż przy budynku, a my
odpięliśmy pasy. Po chwili pojawili się obok nas dwaj panowie,
którzy zapakowali nasze bagaże na specjalny samochód i pomknęli w
stronę pasa startowego. Ross pomógł mi wysiąść i razem z jego
rodziną weszliśmy do budynku. Od razu przeszliśmy na pas gdzie
wsiedliśmy do samolotu. Tamci panowie akurat skończyli wpakowywać
nasze rzeczy. Weszliśmy do szybowca i zajęliśmy wyznaczone
miejsca. Na samym początku siedziała pani Stormie z mężem. Zaraz
za nimi usadowili się Rocky, Riker oraz Ryland. Dalej siedziało
Rydellington, a na samym końcu oczywiście ja i Ross. Usiadłam od
strony okna, a następnie spojrzałam przez nie. Właśnie się
wzbiliśmy. Teraz widziałam nasze ukochane miasto z lotu ptaka. Było
piękne. Przyłożyłam twarz do okienka i zachwycałam się
widokiem. W pewnej chwili poczułam, że ktoś obejmuje mnie w pasie
i przyciąga do siebie. Był to rzecz jasna mój ukochany. Oddałam
mu się i po zaledwie sekundzie znalazłam w jego ciepłych, silnych
ramionach.
-
Czeka nas 18 godzin długiego lotu. - Powiedział, a ja spojrzałam
mu w oczy. Moje serce przyspieszyło, poczułam się jak księżniczka,
która po latach rozłąki znów zobaczyła swojego księcia. Oddałam
mu się bez reszty. Położyłam głowę na torsie nastolatka i
odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
Młoda,
drobna nastolatka powoli otworzyła zaspane oczy, gdyż z błogiego snu
zbudziły ją promienie słoneczne urządzając taniec towarzyski na
jej bladej, zmęczonej twarzy. Dziewczyna powoli wstała z łóżka i
poprawiła swój długi warkocz energicznie zarzucając go na plecy.
Poprawiwszy pogniecioną piżamę weszła do łazienki i wzięła
długą, odprężającą kąpiel w wannie. Dopiero po godzinie wyszła
przebrana w świeższe ubranie i z kokiem na głowie. Zeszła
delikatnie stąpając po schodach bosymi stopami. Po chwili znalazła
się w kuchni i zjadła płatki z mlekiem. Gotowa założyła na nogi
klapki i opuściła posesję. Jej nogi wiedziały gdzie iść.
Automatycznie poprowadziły ją do domu naprzeciwko. Chciała bowiem
wyznać swojemu ukochanemu, że jest z nim w ciąży. Uznała, że
teraz jest idealny moment. Wiedziała, że w jego domu nie ma nikogo
poza nim, więc będzie łatwiej jej wszystko powiedzieć. Stanęła
przed drzwiami, jednak zawahała się. Długo zastanawiała się czy
jednak to zrobić. - Teraz albo nigdy. - Powiedziała w końcu pod
nosem podejmując szybką decyzję i bez zastanowienia drżącą ręką
nacisnęła dzwonek do drzwi. Po sekundzie w domu rozległ się
dobrze znany jej dźwięk, a chwilę potem w progu domu stanął nie
kto inny jak Ross. Był zaskoczony wizytą Laury o tak wczesnej porze
aczkolwiek bardzo się cieszył, że znów ją zobaczył. Ta nic nie
powiedziała tylko minęła go w progu i milcząc udała się do
salonu gdzie usiadła wygodnie na kanapie. Ross nadal zaskoczony
zamknął drzwi i uczynił to samo co ukochana zajmując miejsce obok
niej. Patrzył na nią przez cały czas czekając aż się odezwie,
jednak ona wciąż milczała patrząc w jeden martwy punkt na
ścianie przed nią. Blondynowi zaczęła ciążyć ta niezręczna cisza, jednak
milczał oczekując wyjaśnień.
-
Laura, możesz w końcu coś powiedzieć? - Powiedział po dłuższej
chwili. - Milczysz odkąd tu weszłaś, a ja nie lubię niezręcznej
ciszy, dobrze o tym wiesz. - Rzekł mając nadzieję, że dziewczyna
wyjaśni całe zajście, ta jednak milczała. Chłopak poddając się
wstał z kanapy i już chciał iść do kuchni kiedy stało się coś
zupełnie nieoczekiwanego.
-
Jestem w ciąży. - Powiedziała patrząc na plecy chłopaka i
spuściła głowę nie chcąc patrzeć w jego oczy. Blondyn odwrócił
się zszokowany i nie wiedział co powiedzieć. W swojej głowie
szukał jakichkolwiek sensownych zdań dobrze pasujących do
zaistniałem sytuacji, jednak nie mógł odpowiednio spleść słów.
Po chwili oprzytomniał i podszedł do dziewczyny. Przytulił ją i
robiąc głęboki, znaczący wdech otworzył usta wydobywając z
siebie głos...
W
tej chwili się obudziłam, było mi niezmiernie przykro, że
nastąpiło to akurat w tym momencie, ponieważ przez to nie
dowiedziałam się co było dalej. I zapewne nigdy się już nie
dowiem. Podniosłam lekko głowę i spojrzałam na Rossa. Spał
wyglądając tak słodko. - Zostaniesz tatą, Rossy. - Wyszeptałam
niemal niesłyszalnie patrząc jak jego długa blond grzywka upada mu
na opalone czoło. Po chwili oderwałam od niego wzrok i spojrzałam
przez okienko samolotowe. Znajdowaliśmy się gdzieś nad oceanem.
Wyciągnęłam z torby książkę i zaczęłam ją czytać co jakiś
czas podziwiając USG, które do niej włożyłam. Po chwili
znalazłam się w innym, wyimaginowanym, książkowym świecie.
*****
-
Ale tu jest pięknie. - Powiedziała Rydel rozglądając się wokoło
stojąc przed budynkiem lotniska. Przed 9-osobową grupą
rozpościerał się widok na Rzym.
-
Uwielbiam Włochy. - Rzekła Laura stając obok blondynki. - Są
najpiękniejsze na świecie. - Dodała.
-
Hotel jest niedaleko stąd, może się przejdziemy. - Zaproponował
Mark na co wszyscy się zgodzili. Ich bagaże właśnie odjechały
samochodem w stronę owego hotelu, więc ruszyli fotografując co
jakiś czas atrakcje, które ich jakoś szczególnie zainteresowały.
Wszystkie pary szły trzymając się za rękę. Tylko Riker, Rocky i
Ryland szli zupełnie samotnie, jednakże trzymali się w trójkę.
Do hotelu dotarli po pół godzinie. Miła recepcjonistka wręczyła
każdemu klucze i Lynchowie, Laura oraz Ratliff weszli na czwarte, a
zarazem najwyższe piętro budynku. Tam okazało się, że Mark
zarezerwował 3 pokoje. Jeden dla chłopaków, drugi dla dziewczyn, a
trzeci dla niego i jego żony. Każdy wszedł do przydzielonego sobie
pokoju, a tam czekały już na nich bagaże. W każdym pokoju były
dwie łazienki, a ponieważ Ross zaproponował Laurze zwiedzanie
Rzymu, dziewczyna szybko umyła się, przebrała i biorąc małą,
podręczną torebkę, w której miała telefon, portfel, chusteczki i
aparat, wyszła z pokoju. Po chwili dołączył do niej Ross i oboje
wyszli z hotelu. Zobaczyli m.in. Panteon, Plac Navona czy Schody
Hiszpańskie. Na sam koniec zostawili sobie Koloseum. Laura zrobiła
selfie jak się całują, po czym, gdy ten chciał iść dalej, zatrzymała go.
-
Ross... - Zaczęła nieśmiało przyciągając go do siebie. - Muszę
ci coś powiedzieć. - Rzekła, a blondyn skupił na niej całą
swoją uwagę. - Wiem, że to nie jest idealna chwila na to, ale
musisz wiedzieć, że... - Nie dane było jej jednak skończyć, gdyż
nagle rozległ się dźwięk telefonu. Była to komórka młodej
Marano. Vanessa do niej dzwoniła. Dziewczyna, choć lekko
niezadowolona, odebrała połączenie i odeszła kawałek od
chłopaka. - Van, co chcesz? - Zapytała z początku oschle, jednak
po chwili opanowała nieco ton.
-
Jak tam w Rzymie? - Zapytała nie zwracając uwagi na zdenerwowanie
siostry.
-
Dobrze, ale muszę kończyć, bo Ross musi iść na próbę. -
Powiedziała i nie czekając na odpowiedź po prostu się rozłączyła
po czym wróciła do Rossa. - Chodź. - Rzekła i pociągnęła go w
stronę hotelu. Była dopiero 12:35, a od wyjazdu z L.A. minął jeden
dzień. Po kilku minutach R5 i reszta zjedli obiad i udali się do
klubu, w którym mieli mieć dzisiaj występ. Dotarli tam dokładnie
o 15:00. Weszli na pustą jeszcze scenę w klubie i rozpoczęła się
próba. Laura usiadła z Rylandem naprzeciwko nich i nie spuszczała
wzroku ze swojego chłopaka. Gdy zespół śpiewał Smile, najmłodszy
Lynch objął przyjacielsko szatynkę ramieniem i uboje kołysali się
w rytm muzyki. Po chwili zaczęli także cicho śpiewać wygłupiając
się przy tym. Próba minęła im szybko i spokojnie, a ok. godziny
17 zaczęły się zbierać fani, którzy wykupili Meet&Greet.
Każdy zrobił sobie zdjęcie z zespołem i otrzymał worek z
prezentami od nich, a następnie ustawiał się powoli pod sceną.
Co niektórzy kupili sobie rzeczy z zespołem w sklepiku R5. Po
jakieś godzinie zespół pojawił się na scenie i pierwsi fani
zaczęli zadawać im pytania. Ross jedyny stał na scenie i nic nie
mówił. Grał za to solówkę na swojej gitarze elektrycznej będąc
jakby w transie. Jego wyraz twarzy nie mówił nic. Laura siedziała
za kulisami i patrzyła na niego próbując domyśleć się co myśli,
jednak bezskutecznie. Gdyby ktoś czytał mu w myślach bardzo by się
wzruszył, bowiem tematem jego refleksji była ważna dla niego osoba
– Laura. Podejmował wiele decyzji w myślach, jednak tuż przed
występem przestał myśleć i oddał się muzyce. Sala była pełna
wzdłuż i wszerz. R5 dali świetny koncert, emocji i śpiewów było
co niemiara. Ok. 23 skończył się koncert, więc R5 wrócili do
hotelu. Cała grupa umyła się i poszła spać bowiem następnego
dnia czekał ich wylot do kolejnego miasta na liście – Werony.
Zasnęli z uśmiechami na ustach śniąc o wielu rzeczach.
*************
W końcu udało mi się wstawić nowy rozdział. Jeszcze chwila, a będzie seteczka. Jak wam się podoba? Jak myślicie, co będzie dalej?
Następnego dnia jako pierwsza obudziła
się Laura. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na zegarek, który
wskazywał dopiero 5:00, jednak nie czuła zmęczenia. Nie miała też
siły leżeć bez ruchu na łóżku ukochanego, więc wstała nie
chcąc go budzić szybko opuściła jego pokój. Już po chwili
cicho pokonując schody znalazła się w kuchni. Nalała sobie trochę
soku pomidorowego i wypiła zawartość szklanki jednym tchem.
Odłożywszy szklankę do zmywarki spojrzała na świat przez okno.
Momentalnie zapragnęła znaleźć się po drugiej stronie szyby więc
wyszła przez szklane drzwi na końcu domu na taras, z którego
skręcało się na basen. Usiadła na zimnych cementowych schodach
podkulając nogi i splatając je rękami. Patrząc przed siebie
myślała. Właściwie to o czym? Trudno jednoznacznie określić.
Jej myśli wypełniało wiele rzeczy m.in. było to jej przyszłe
dziecko oraz Ross. Tak naprawdę bała się powiedzieć mu, że jest
w ciąży. Czemu? Sama nie wiedziała dlaczego, ale bała się, że
chłopak przestraszy się odpowiedzialności i zwyczajnie ją
zostawi. Mimo iż wiedziała, że Lynch nie jest taki to w głębi
duszy ogromnie obawiała się jego reakcji. Odwlekała w czasie
powiedzenie mu prawdy chociaż zdawała sobie sprawę, że nie jest
to słuszne. Za każdym razem wymyślała coraz to nowy powód, przez
który nie podzieliła się z ojcem jej dziecka tak ważną
informacją. Tym ostatnim było to, iż nie chciała chłopaka
dodatkowo stresować przed trasą koncertową. - „Już i tak ma
dużo na głowie.” - Usprawiedliwiała swoje poczynania. Tak
naprawdę nikt oprócz niej samej nie wiedział o przyszłym
potomstwie, co bardzo jej ciążyło, bo chciała się komuś
zwierzyć ze swoich obaw, problemów, ale nie wiedziała jak i z kim
rozpocząć takową rozmowę. Wtem jakby za dotknięciem magicznej
różdżki, poczuła przyjemne ciepło spadające na jej ramiona. Po
chwili zreflektowała się, że owym ciepłem jest po prostu koc,
którym ktoś ją przykrył. Szybko odwróciła głowę, by dostrzec
swojego wybawiciela, którym okazała się być Stormie – mama
Rossa. - Co tak sama siedzisz, Lau? - Zapytała kobieta siadając
obok nastolatki.
- Nie mogę spać. - Powiedziała
zatajając resztę prawdy.
- Laura, widzę, że coś cię od
jakiegoś czasu gryzie. Możesz mi zaufać i się zwierzyć. Jeśli
nie chcesz to nie powiem Rossowi o naszej rozmowie, nie musisz się o
to bać. - Starała się przekonać nastolatkę.
- Sama nie wiem. - Zawahała się nie
chcąc niepotrzebnie martwić kobiety.
- Lau, daj sobie pomóc. - Brnęła
dalej w swoje przekonania. Laura poczuła, że ta nie odpuści. W
głębi duszy cieszyło ją zmartwienie mamy jej chłopaka i czuła,
że nie wytrzyma trzymając tego dłużej w sobie. Postanowiła więc
zwierzyć się kobiecie ze wszystkiego.
- Ja... - Zaczęła, jednak zawahała
się przez chwilę. - Jestem w ciąży. - Powiedziała szybko niczym
karabin maszynowi. - Nikt o tym nie wie, nawet Ross. Ja... nie
wytrzymuję dłużej ukrywając to. - Wydusiła spuszczając głowę
jednocześnie ukrywając ją w dłoniach. Starsza blondynka spojrzała
na jej zasłoniętą twarz nie mając pojęcia co może powiedzieć.
Szybko przeanalizowała słowo po słowie wydobyte przed z chwilą z
ust nastolatki nie wiedząc co z tą wiedzą zrobić. Była w szoku,
tak wielkim, że czuła jak paraliż przeszywa całe jej ciało.
Uznała, że w tej sytuacji najlepsze będzie milczenie.
- Który to miesiąc, tydzień? -
Rzekła w końcu, a dziewczyna na te słowa podniosła głowę i
spojrzała brązowookiej w oczy.
- Trzeci tydzień. - Powiedziała z
ewidentnymi łzami w oczach.
- Będę babcią. - Powiedziała
rozanielona chcąc podnieść dziewczynę na duchu. - Powinnaś
powiedzieć o tym Rossowi. - Dokończyła przytulając nastolatkę. -
I swoim rodzicom rzecz jasna. - Dodała szybko dla pewności. Laura
zdziwiona jej gestem przytuliła się do niej, jednakże dopiero po
chwili. Momentalnie poprawił jej się humor, bo wiedziała, że ma
na kogo liczyć.
- Dziękuję, że mnie pani wysłuchała.
- Powiedziała uśmiechając się do niej.
- Nie ma sprawy, w końcu Ross cię
bardzo kocha, a więc jesteś dla nas jak rodzina. - Rzekła czyniąc
to samo co jej przedmówczyni.
- To ja może pójdę na górę. -
Wyszeptała nieśmiało.
- Jasne, idź. - Odpowiedziała
odsuwając się by nastolatka mogła spokojnie przejść. Dziewczyna
podniosła się i otulając kocem weszła z powrotem do rezydencji.
Powoli stąpając po podłodze weszła na piętro, a stamtąd weszła
do pokoju przedostatniego Lyncha. Powoli podeszła do łóżka
chłopaka i stanęła przy jego krawędzi poprawiając poduszkę.
- Gdzie byłaś? - Zapytał Ross mając
początkowo zamknięte oczy. Przestraszyło to nastolatkę, gdyż
myślała, że chłopak jeszcze śpi.
- Poszłam się napić. - Odpowiedziała
po czym uśmiechnęła się chcąc uwiarygodnić swoją wersję
zdarzeń. Ten tylko podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał
na nią zaspanymi oczami. Dopiero teraz oboje zreflektowali się, że
jest zaledwie 5:45. Chłopak przez chwilę milczał, aż nagle złapał
ją za dłonie i pociągnął w swoją stronę, a gdy znajdowała się
już wystarczająco blisko objął ją szybko w talii i przerzucił
delikatnie na łóżko tak, że po chwili znajdował się nad nią
podpierając swoje ciało rękami. Dziewczyna patrzyła na niego z
iskierkami w oczach. Nikomu z nich nie chciało się spać. Wręcz
przeciwnie, byli rozbudzeni samym patrzeniem na siebie.
- Kocham cię. - Powiedział zbliżają
twarz do ukochanej.
- Ja ciebie też kocham. -
Odpowiedziała i pocałowała usta chłopaka. Ten jedną ręką
odgarnął kosmyk włosów, który opadł szatynce na lewe oko, a
drugą podpierał się przemieszczając ciężar ciała na lewą rękę.
Laura z kolei lekko się podniosła i pocałowała chłopaka, co ten
rzecz jasna odwzajemnił.
<Kilka godzin później>
Rodzina Lynch oraz Ratliff i Laura
jedli obiad śmiejąc się przy tym i żartując. Rozmawiali głównie
o trasie, ale nie obyło się też bez drobnych dygresji. Pani Lynch
tym razem zrobiła kurczaka z pure i brokułami. Każdy nałożył
sobie po garści, jednak Laura za dyskretną namową Stormie nałożyła
sobie więcej warzyw, gdyż jak wiadomo wpływa to lepiej na rozwój
dziecka. Nastolatka w końcu czuła się dobrze, nie bała się. Po
rozmowie ze starszą, doświadczoną kobietą wiedziała, że ma na
kim polegać i nie jest sama w tym wszystkim. Po skończonym posiłku
Ross porwał swoją wybrankę za rękę i zaprowadził do własnego
pokoju. Tam para usiadła na łóżku i przytulili się do siebie. -
Ross... - Zaczęła nieśmiało nastolatka.
- Tak? - Zapytał spoglądając na nią.
- Chciałbyś mieć ze mną dzieci? -
Wypaliła nagle nie przemyślawszy tego.
- Lau, oczywiście, że tak, ale
jeszcze młodzi jesteśmy. Mamy dużo czasu. Kiedyś w przyszłości,
kto wie, może będziemy mieli kilkanaście małych potomków. A
czemu pytasz? - Mówił nie zdając sobie sprawy, iż tymi słowami
rani swą ukochaną. Gdyby wiedział jaka jest prawda nigdy nie
poszczyciłby się na takie słowa.
- A nic. Tak jakoś mnie wzięło. -
Powiedziała czując smutek, jednak uśmiechnęła się by ukryć
przed chłopakiem ból. Chciała wykrzyczeć w tej chwili, że jest w
ciąży, że blondyn będzie ojcem, ale coś jej na to nie pozwalało.
Jakaś wewnętrzna siła jakby trzymała ją za gardło i zabraniała
zabrać głos, wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo. Dziewczyna
jednak nic nie zrobiła poza przytuleniem się do ukochanego.
Wtuliła głowę w jego tors i cicho, bezgłośnie zaszlochała,
jednak po chwili otarła łzy, tak że nie było po nich jakiegokolwiek
śladu.
<Kilka dni później>
Ostatni dzień wolności, jutro
początek trasy. Dzisiaj był wyjątkowo zabiegany dzień. Ostatnie
pakowanie, ćwiczenia oraz wiele, wiele innych. I dla samej Laury ten
dzień był bardzo stresujący. Ross zaproponował jej, aby poszli do
kina tego ostatniego dnia przed wyjazdem, jednak dziewczyna odmówiła
mówiąc, że musi załatwić bardzo ważną sprawę. Umówili się więc na następny dzień tuż przed wyjazdem.
Młoda Marano opowiedziała o ciąży swojej rodzinie. Ci, ku jej
zdziwieniu, zaczęli jest gratulować i cieszyć się z kolejnego
dziedzica. - „Więc został tylko Ross.” - Przeszło szatynce
przez myśl po konfrontacji z rodzicami i siostrą. - „I jego
rodzina, rzecz jasna.” - Sprostowała po chwili. Dzisiaj była
umówiona z lekarzem, aby zrobić badania kontrolne i sprawdzić czy
ciąża rozwija się prawidłowo. Zabrała ze sobą Vanessę, która
bardzo chciała dotrzymać jej towarzystwa. Siostry już o 11:50
znalazły się pod gabinetem. Po chwili zjawił się również
lekarz. Laura kazała starszej siostrze poczekać, a sama weszła do
pomieszczenia wraz z lekarzem.
- Proszę się położyć i podwinąć
bluzkę. - Poprosił lekarz, a 19-latka szybko wykonała polecenie.
Ten posmarował jej brzuch przezroczystą gęstą substancją i
przejechał po skórze rączką od maszyny USG. Z zaciekawieniem i w
milczeniu spoglądał w monitor patrząc co się na nim wyświetla.
Po chwili skończył myjąc rączkę i dając nastolatce papier, aby
wytarła swój brzuch. Ta uczyniła to po czym usiadła zrzucając
nogi z łóżka.
- I jak, panie doktorze? - Zapytała w
końcu czując, że cisza panująca w gabinecie jest wręcz nie do
zniesienia.
- Wszystko jest w jak najlepszym
porządku. Pani ciąży nic nie zagraża. - Odpowiedział zapisując
dane w papierach.
- Czy ja mogę prosić o zdjęcia z USG? - Zapytała nieśmiała podchodząc do biurka lekarza.
- Oczywiście, proszę chwilę
poczekać. - Powiedział i wyszedł na chwilę z gabinetu. Wrócił
po kilku minutach ze wspomnianymi zdjęciami. - Oto pani syn. - Dodał
wręczając jej fotografie.
- Syn? Ojciec dziecka bardzo się
ucieszy. - Rzekła zadowolona. - I ja też. - Dodała szybko i
schowała zdjęcia do torebki. - Panie doktorze? - Zapytała
przypominając sobie o istotnej sprawie. - Czy mogę jutro jechać z
moim chłopakiem w trasę? Nie zaszkodzi to dziecku? - Zapytała.
- Nie widzę przeciwwskazań. -
Powiedział po chwili zastanowienia. - Tylko proszę na siebie
uważać, nie przemęczać się i ograniczać. - Dokończył naprędce.
- Dobrze, czy to już wszystko?
- Tak, może pani iść, gdyby się coś
działo proszę dzwonić.
- Dobrze, do widzenia.
- Do widzenia. - Nastolatka szybko
zniknęła za drzwiami pomieszczenia witając się z siostrą.
Opowiedziała jej o wszystkim i ruszyły w stronę domu. Laura będąc
już w pokoju sprawdziła czy spakowała wszystko co najistotniejsze.
Dołożyła tylko paszport z biletem do Włoch, a konkretniej Rzymu,
bo tam R5 rozpoczynało swoją europejską trasę, oraz swoją
ulubioną książkę, do której włożyła zdjęcia z USG. Oprócz
tego w torbie podręcznej znalazł się też telefon, portfel,
słuchawki z MP4, chusteczki i kilka innych podręcznych gadżetów.
Tego dnia Laura zdążyła jeszcze spotkać się z Rossem i pójść
z nim na spacer. Pożegnali się długim pocałunkiem i uściskiem.
Nastolatka ok. 21 umyta i przebrana w piżamę weszła pod kołdrę
upewniając się czy ustawiła budzik. Położyła głowę na
poduszce i momentalnie zasnęła, gdyż następnego dnia trzeba było
wstać o 4:00.
************ Jest i on. Nówka sztuka rozdział. Jak wam się podoba? Nie zawiodłam was? Następny nie wiem kiedy się pojawi, ale to dlatego, że muszę nadrobić zaległości z następnymi rozdziałami. Komentujcie śmiało i wyrażajcie swoje opinie.
Został jeszcze tylko jeden tydzień do
trasy R5. Mimo to przygotowania szły w zaparte. Codzienne próby,
telefony to tylko namiastka tego co działo się od kilku dni. Życie
rodziny Lynch było od 21 dni podporządkowane tylko i wyłącznie
trasie. Ciągle jakieś poprawki, dopiski, plany. Temu wszystkiemu
nie było widać końca. I dzisiaj R5 od rana ćwiczyli w garażu
piosenki, które planowali zaśpiewać podczas trasy. W pewnej chwili
do zespołu dołączyła Laura, która nie chcąc im przeszkadzać
usiadła na nieużywanym pudle wzmacniającym i przysłuchiwała się
słowom, które właśnie wydobywały się z ust jej ukochanego. -
You're
looking right in my eyes, And
I know that you're lying When
you say that you're mine And
there's no body else. But
even when we fight, I
can't stop from loving you. -
Zaśpiewał patrząc jej głęboko w oczy. W tej chwili świat
kompletnie przestał istnieć. Widział tylko ją siedzącą na
wprost niego ubraną w piękną zwiewną kwiecistą sukienkę, długi
biały sweter z dużymi kieszeniami oraz trampki w tym samym kolorze.
Patrzyła na niego tymi, według niego, pięknymi brązowymi jak
czekolada oczami. Kochał w nie patrzeć, gdyż widział w nich
olbrzymią miłość jaką darzyła go ukochana. Po tej piosence
akurat mieli przerwę, więc po ostatnim wersie muzyka ucichła, a
każdy przywitał się z Laurą.
- Za tydzień trasa, denerwujesz się?
- Zapytała Laura siadając ukochanemu na kolana, oplatając w tym
samym czasie ręce wokół jego szyi.
- Nie, coś ty? Kocham występować,
więc zero stresu. - Rzekł pewnie i zbliżył się do ukochanej. W
garażu nikogo nie było, więc czuli się bardziej komfortowo.
- Dziękuję, że mogę z tobą jechać.
- Powiedziała uśmiechając się, co chłopak błyskawicznie
odwzajemnił.
- To ja dziękuję, że będę miał
wszystkie najważniejsze dla mnie osoby tuż obok siebie. - Mówił po czym złożył na jej ustach delikatny acz namiętny pocałunek.
- Kocham cię, Rossy. - Powiedziała.
- Kocham cię, Lu. - Patrzyli sobie
głęboko w oczy. Mogliby tak trwać w nieskończoność, jednak
wszystko co dobre i piękne kiedyś niestety musi dobiec końca. I
tak było i tym razem. Laura słysząc zbliżające się kroki wstała
z kolan ukochanego i usiadła na swoim wcześniejszym miejscu. Ten z
kolei podszedł do mikrofonu zakładając na ramię gitarę i
wyczekiwał pozostałych członków zespołu. Ci pojawili się
dosłownie po kilku sekundach. Wszyscy zajęli swoje miejsca i
zaczęli grać bardzo energicznie. Ross cały czas patrzył Laurze w
oczy. Za każdym razem gdy to robił czuł, że jest w stanie zrobić
wszystko. Ta miłość ogromnie uskrzydlała zarówno jego jak i ją.
- Rocky, co ty robisz?! Graj na
akordach do „Smile”, a nie „One Last Dance”!!! - Wygarnął
Riker młodszemu bratu.
- Człowieku nie bulwersuj się tak.
Jeden akord mi się pomylił, a ty od razu pretensje!!! - Wściekł
się szatyn.
- Ej, Riker, Rocky spokojnie! Po prostu
zagrajmy to jeszcze raz i tyle, a nie robicie niepotrzebną spinę. -
Uspokajał ich Ross czując rozgoryczenie zaistniałą sytuacją.
- Ross ma rację, pokażcie, że
jesteście dorośli, a nie zachowujecie się jak dzieci. - Przyznała
rację blondynowi jego starsza siostra – Rydel wstydząc się przed
przyjaciółką za braci.
- No dobra, przepraszam. - Powiedział
nieśmiało najstarszy wyciągając do długowłosego rękę.
- Ja też przepraszam. - Odpowiedział
ściskając dłoń brata na zgodę. Zespół po chwili skupił się
na graniu i śpiewaniu zupełnie zapominając o wcześniejszym
niekomfortowym wydarzeniu. Grali do południa, a po próbie każdy
poszedł coś załatwić. Rydel udała się z Ellingtonem na zakupy,
Rocky i Riker pojechali do kina, a Ryland z kolei pojechał do
kolegi. Nawet rodzice rodzeństwa wybrali się na randkę do
wykwintnej restauracji. Ross, korzystając z nieobecności rodziny,
postanowił wraz z Laurą, że zostaną u niego w domu. Para już po
chwili znalazła się w salonie i usiedli na kanapie przed 50 calowym
telewizorem. Wybrali film „Zakochani w Paryżu”. Laura ustawiała
seans w czasie gdy młody Lynch robił w kuchni popcorn.
- Kochanie, co chcesz do picia? -
Krzyknął blondyn z kuchni.
- Sok pomarańczowy! - Odkrzyknęła
szatynka siedząc już na sofie. Z fotela obok zgarnęła koc i
przykryła się nim chcąc zakryć swoje ciało. Sama nie wiedziała
czemu, ale odkąd dowiedziała się, że jest w ciąży starała się
jak najbardziej zakryć swój brzuch. Czuła, że wszyscy patrzą na,
jej zdaniem, coraz większy brzuch, a przecież w prawie 1 miesiącu
nic nie było widać. Ross już po chwili powrócił do ukochanej z
tacką, na której ustawił dwie miski z popcornem i dwie szklanki
soku pomarańczowego.
- Zimno ci? - Zapytał troskliwie,
odstawiając tackę i siadając obok dziewczyny.
- Nie, tak tylko się przykryłam. -
Sprostowała uśmiechając się przy tym po czym położyła
chłopakowi na ramieniu głowę, a ten objął ją silną ręką.
Oboje poczuli się jak w niebie. Blondyn włączył film i po chwili
oboje wgłębili się w puszczony seans zapominając o bożym
świecie.
*Ross*
Po skończonym filmie dostrzegłem, że
Lau zasnęła w moich ramionach. Powoli więc wstałem i biorąc ją
na ręce ostrożnie udałem się z nią w kierunku mojego pokoju. Tam
ułożyłem ją na łóżku i przykryłem kołdrą po czym zamknąłem
drzwi i zszedłem do salonu. Tam posprzątałem i zaniosłem wszystko
do kuchni. Szybko pozmywałem i wróciłem do pomieszczenia z
telewizorem. Zająłem wygodne miejsce na kanapie i włączyłem TV.
Akurat załapałem się na jakiś film, więc oglądałem go bez
większych emocji, gdyż nic innego mnie nie zaciekawiło. Patrząc w
zmieniające się obrazy w telewizorze jakoś wzięło mnie na
refleksje. Zastanawiało mnie co by się stało gdybym właściwie
nie zamieszkał w LA. Nie zagrałbym w A&A przez co nie byłbym
sławny, nie poznałbym tych ludzi co teraz, nie zaszedłbym tak
daleko i – co najważniejsze – nie poznałbym Laury. Mojej
kochanej Lau, dla której jestem w stanie oddać wszystko, nawet
życie. Zdecydowanie moje życie byłoby o wiele gorsze niż teraz.
Kto wie, czy nie stoczyłbym się psychicznie albo, co gorsze, nie
poznałbym jakiegoś złego towarzystwa, które przeciągnęłoby
mnie na złą stronę. Ewidentnie Laura pomogła mi uwierzyć w
miłość na wieki i uczyniła mój świat piękniejszym. Jest tą
jedyną, z którą chciałbym być do końca mych dni. Chcę dzielić
z nią każdy dzień, każdą godzinę, minutę, sekundę mojego
życia. Chcę widzieć jak dorastają nasze dzieci, słuchać jak
opowiadają o pierwszych miłościach, pocałunkach, randkach. Chcę
dzielić się z nimi cząstką siebie. Miłość moja i Laury jest na
tyle silna, że wierzę, iż na bank przetrwa jeszcze wieki.
Spotkaliśmy na swej drodze już tyle przeszkód, murów, ale mimo
wszystko zawsze wychodziliśmy w tego cało, choć czasem po dłuższym czasie,
ale za każdym razem silniejsi i mądrzejsi kochając się coraz
bardziej. Gdy na nią parzę wiem, że jest najlepszym co mnie w
życiu spotkało i nie wyobrażam sobie żeby miało jej pewnego dnia
zabraknąć. Chcę by była ze mną do śmierci, a nawet dłużej,
najlepiej całą wieczność. Wiem, że to właśnie ona jest moją
pierwszą, a zarazem ostatnią prawdziwą i szczerą miłością.
Moje przemyślenia przerwała owa
pięknooka szatynka, która jakby na zawołanie pojawiła się na
schodach niedaleko mnie i patrzyła swoim ślicznymi ślepiami na
mnie w zupełnej ciszy. - Ross... - Zaczęła nieśmiało, a ja
zerwałem się z kanapy i powoli podchodziłem do niej. - Mogę u
ciebie dzisiaj zanocować? - Zapytała tonem jakby zapytała o
najgorszą rzecz.
- Jasne, kochanie. - Powiedziałem
będąc już tuż obok niej po czym pocałowałem ją w czoło. -
Przynieść ci z domu jakieś rzeczy? - Zapytałem.
- Jakbyś mógł. - Poprosiła. - Jakąś
piżamę, kosmetyki, ciuchy na jutro itd. - Powiedziała wręczając
mi klucze do swojego mieszkania.
- Dobrze, kotku, a ty lepiej idź się
umyć, bo widzę, że zmęczona jesteś, a ja za chwilkę przyjdę. -
Rzekłem schodząc po stopniach.
- Dobrze, tylko wracaj szybko. -
Odpowiedziała po chwili znikając za ścianą. Po chwili opuściłem
moją rezydencję i po chwili znalazłem się po drugiej stronie mało
ruchliwej dziś ulicy. Włożyłem odpowiedni klucz do zamka i
przekręciłem go. Po chwili znalazłem się w środku.
- Dzień dobry. - Powiedziałem widząc
panią Ellen schodzącą po schodach.
- Witaj Ross, a gdzie Laura? - Zapytała
stojąc już na wprost mnie.
- U mnie. Dzisiaj u mnie nocuje,
oczywiście jeśli nie mają państwo nic przeciwko.
- Ależ nie ma problemu. - Powiedziała
uśmiechając się.
- Dobrze, dziękuję. To ja wezmę
tylko jej rzeczy i już mnie nie ma. - Powiedziałem wymijając
rodzicielkę mojej dziewczyny i udałem się na górę. Już po
chwili znalazłem się w pokoju ukochanej i spakowałem do torby z
szafy potrzebne jej rzeczy. Zamknąłem torbę rozglądając się czy
aby na pewno wszystko zabrałem. Gdy upewniłem się, że mam
wszystko wyszedłem z pokoju i krzycząc krótkie „Do widzenia!”
opuściłem dom. Po chwili znalazłem się z powrotem w mojej willi.
Wszedłem na piętro gdzie znajdowała się łazienka i zapukałem.
- Proszę. - Usłyszałem cichy, niemal
nie słyszalny głos. Nacisnąłem klamkę i po chwili znalazłem się
w pomieszczeniu. Zobaczyłem tam Laurę, która w szlafroku,
należącym do niej (kiedyś go zostawiła) stała przed lustrem i suszyła swoje mokre włosy
ręcznikiem. Gdy tylko dostrzegła mnie w lustrze uśmiechnęła się
do mnie. Postawiłem torbę z jej własnością przy drzwiach
zamykając je wcześniej po czym zacząłem się do niej zbliżać.
Kiedy byłem już wystarczająco blisko zsunąłem lekko
szlafrok z jej prawego ramienia i
złożyłem na jej delikatnej i ciepłej jeszcze szyi pocałunek.
Laura od razu po tym odchyliła lekko głowę bym mógł czynić to
dalej. Tak też zrobiłem. Już po chwili całowałem całą jej
szyję po czym przeszedłem w stronę ramion zsuwając przy tym jej szlafrok jeszcze bardziej. - Uwielbiam gdy doprowadzasz mnie do takiego stanu. -
Powiedziała jęcząc nieco z rozkoszy jednocześnie odwracając się
do mnie przodem. Oplotła ręce wokół mojej szyi i delikatnie wpiła
się w moje usta. To był nieśmiały, acz namiętny i czuły
pocałunek. Po chwili złapałem ją za uda i posadziłem na umywalce. Całowaliśmy się jeszcze bardziej namiętnie. Szatynka rozchyliła lekko nogi bym mógł stanąć pomiędzy nimi. Wsunąłem dłonie pod jej szlafrok zatrzymując się na plecach. Po chwili dziewczyna pozbyła się większości mojego stroju. Miałem na sobie tylko dolną jego część. Po chwili się od niej odsunąłem.
- Przebierz się i wróć do mojego
pokoju. Przygotuję ci dodatkową poduszkę. - Powiedziałem i jak
gdyby nigdy nic wyszedłem z „pokoju czystości”. Wróciłem do
własnego królestwa i wyjąłem spod łóżka dwie duże poduszki i
koc jakby Laurze było w nocy zimno. Po tej czynności zszedłem na
dół, aby nalać sobie wody do szklanki, gdyż nagle zaczęło mnie
suszyć w gardle. Będąc w kuchni postawiłem na blacie pustą
butelkę i napełniłem ją przezroczystą cieczą krojąc dodatkowo dwa plastry świeżo umytej cytryny. Nie przepadałem nigdy
za suchym smakiem samej wody, więc zawsze wzbogacałem
ją o cytrynę, ogórka czy sok lub syrop. Napój wypiłem jednym
duszkiem i odstawiłem puste naczynie do zmywarki, a plastry cytrusa
wrzuciłem do śmietnika. W tej samej chwili usłyszałem jak
frontowe drzwi domu się otwierają, więc wyjrzałem zza framugi. To
moja rodzina właśnie wróciła do mieszkania.
- Hej. - Powiedziałem tylko gdy mnie
dostrzegli.
- Cześć. - Przywitali się niemal w
tym samym czasie. Jako pierwszy do kuchni wszedł Rocky, który jako
„wiecznie głodny człowiek” niemal rzucił się na bezbronną
lodówkę i wyjął z niej kilka wczorajszych tostów i sok jabłkowy.
Po chwili dołączył do niego Riker, który uczynił to samo co
rodzony brat. Ostatnia weszła do pomieszczenia mama.
- Mamo... - Zacząłem, a gdy ta na
mnie spojrzała kontynuowałem. - Laura dzisiaj u mnie nocuje,
dobrze? - Zapytałem dla formalności, gdyż doskonale wiedziałem
jaka będzie odpowiedź mojej rodzicielki.
- Nie ma sprawy, synku. - Powiedziała
czochrając moje niedawno ułożone włosy i wyszła z kuchni
zabierając wcześniej jabłko. Szybko poprawiłem swoją
blond-czuprynę i wróciłem na górę, jednakże zamiast iść od
razu do pokoju, skręciłem do łazienki w celu umycia się.
Wykonałem wszystkie „formalności” i przebrany w piżamę z
napisem „Superman” na klacie wszedłem do mojego pokoju. Zastałem
tam Laurę oglądającą kolekcję naszych zdjęć na szafce przy
oknie. Stała do mnie tyłem, więc postanowiłem to wykorzystać.
Cicho niczym snajper podszedłem do niej i pocałowałem w policzek
przytulając ją od tyłu.
- Co tak długo? Tęskniłam. -
Powiedziała wtulając się we mnie.
- Obowiązki. - Zażartowałem i
przytuliłem ją jeszcze mocniej do siebie. Nasze ciała idealnie do
siebie przylegały. Po chwili ją puściłem i okręciłem w swoją
stronę. - Nie jesteś zmęczona? - Zapytałem patrząc szatynce w
oczy.
- Jestem. - Powiedziała ziewając.
Pociągnąłem ją w stronę łóżka, że już po sekundzie
leżeliśmy na nim oboje. Młoda Marano położyła mi głowę na
torsie a ja objąłem ją ramieniem przykrywając nasze ciała
kołdrą.
- Kocham cię. - Wyszeptałem po chwili
do jej ucha, jednak ona mi już nie odpowiedziała. Zasnęła, a po
chwili i ja dołączyłem do niej.
*********
Jest drugi rozdział. Jak wam się podoba? Piszcie w komentarzach swoje opinie, bo lubię mieć motywację.