piątek, 26 lutego 2016

(100) 26. Miasto miłości & Koncert Cz. 1

*Narrator*
Minęło już kilkanaście długich tygodni od rozpoczęcia trasy. W tym czasie R5 odwiedzili wiele państw europejskich, m.in. Włochy, Portugalię, Hiszpanię, Austrię, Węgry oraz Niemcy, ale także wiele innych. Dzisiaj zawitali do kolejnego na liście miasta nazywanego często „Miastem Miłości” - Paryża. Laura kocha to miasto, więc cieszyła się podwójnie z tej rewelacji. - Ale tu pięknie. - Powiedziała szatynka z zachwytem mijając Wieżę Eiffla. Kroczyła po paryskim bruku trzymając za rękę swojego ukochanego. Było około południa kiedy zameldowali się w hotelu. Po zjedzonym obiedzie i krótkim zwiedzeniu miasta udali się do klubu, w którym miał odbyć się koncert. W ciągu kilkunastu minut w klubie zebrali się fani zespołu. Jak zawsze, Ryland rozgrzewał publiczność przed pojawieniem się na scenie R5. Jednakże wcześniej, na tak zwanym Meet & Greet fani mogli pytać zespół o co tylko chcieli.
- Ross, czy jest coś co bardzo chciałbyś teraz zrobić? - Zapytał fan stojący w pierwszym rzędzie.
- Owszem. - Zaczął. - Chciałbym zjeść lody waniliowe. - Zażartował, jak to zawsze miał w zwyczaju. - A tak na serio to chciałbym dla was zaśpiewać. - Powiedział uśmiechając się do fana na co reszta odpowiedziała mu gromkimi brawami.
- Rydel, jaka jest twoja ikona stylu? - Zapytała po chwili młoda fanka, której blondynka udzieliła głos.
- Trudne pytanie, ale chyba nie mam ikony stylu. Staram się ubierać tak jak chcę i nosić to co mi się podoba i w czym jest mi dobrze. - Rzekła zadowolona.
- Tak, ostatnio, nawet zwinęła mi koszulkę, bo się jej bardzo spodobała. - Dopowiedział Ellington, na co reszta się zaśmiała, a Delly odpowiedziała mu lodowatym spojrzeniem. - Też cię kocham, bejbs. - Szepnął jej do ucha. To sprawiło, że blondynka przytuliła się do niego.
- Riker, czy twoim zdaniem Ell to dobry kandydat na męża dla Rydel? - Zapytała fanka na oko 19-letnia. Ross gdy tylko to usłyszał uśmiechnął się i klepnął przyjacielsko Ratliffa.
- Owszem, a nawet bardzo dobry. - Powiedział Riker.
- Nie powiedziałbym. - Rzekł zabawnie Rocky udając obrażonego.
- Rocky, kochanie, ciebie też kocham. - Zażartował Ratliff głaszcząc przyjaciela po policzku. Wszyscy zebrani nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Nagle w klubie rozległa się melodia co poniektórym doskonale znana. To Ross usiadł przy keyboardzie i grał "Marsz weselny". Wszyscy wybuchli nie pohamowanym śmiechem a Ross jako jedyny starał się zachować kamienny wyraz twarzy, jednak nie wytrzymał zbyt długo. Po kilku sekundach i on się śmiał.
Po Meet & Greet zespół poszedł do garderoby się przebrać i chwilę odpocząć. Mieli bowiem półtorej godziny nim Ryland skończy rozgrzewać publiczność.
- W tej koszuli wyglądasz bardzo przystojnie. - Powiedziała Laura do swojego chłopaka zapinając guziki jego górnej części stroju.
- Dobrze, że nie jesteś moją stylistką, bo nie mógłbym zrobić tego. - Rzekł i pocałował wybrankę swojego serca, co ona oczywiście odwzajemniła.
- Możemy porozmawiać na osobności? - Zapytała, na co chłopak nie odpowiedział tylko pociągnął ją w odległe miejsce. Wyszli na balkon. Przed nimi rozpościerał się nocny krajobraz Paryża. Nocna iluminacja Wieży Eiffla jeszcze bardziej nadawała romantyzm tej chwili. - Ross, ja... - Powiedziała, jednak przerwała w połowie zdania. Stali w blasku lamp, więc doskonale widzieli swoje wyrazy twarzy. - Muszę ci coś powiedzieć. - Powiedziała nieśmiało. Nie chciała, aby coś przerwało tą chwilę, bowiem w końcu chciała wyznać prawdę. Bez żadnych komplikacji, przerywników czy przeszkód. Chciała po prostu zdradzić chłopakowi jaka jest prawda. - Ja... - W tej chwili głos jej stanął w gardle. Nie mogła wykrztusić ani słowa. Ross widząc jej zakłopotanie postanowił przerwać tą niezręczną ciszę.
- Który to miesiąc ciąży? - Zapytał co ewidentnie zszokowało szatynkę, bo aż spojrzała mu prosto w oczy z pełnym zaskoczeniem.
- Skąd wiesz? Kto ci powiedział? - Zapytała wciąż oszołomiona.
- Ty sama, w samolocie do Rzymu. - Powiedział i uśmiechnął się, a 19-latkę nagle olśniło. Przypomniało się jej jak szepnęła mu, że jest w ciąży, ale nie sądziła, że ten to usłyszał, że dowiedział się o tym. - Ale wolałem abyś powiedziała mi to prosto w oczy. - Powiedział lekko rozczarowany. - Myślałaś, że się nie ucieszę i cię zostawię? Serio za takiego mnie masz? - Dokończył z wyraźnym smutkiem.
- Rossy, to nie tak. - Rzekła i podeszła do niego bliżej. - Po prostu nie miałam odwagi, a jak już ją zdobyłam to zawsze coś stawało mi na drodze lub przerywało, przepraszam. - Chłopak nic nie odpowiedział tylko pocałował ją w policzek. - A odpowiadając na twoje pytanie, to czwarty miesiąc. Będziemy mieli syna. - Dokończyła po chwili.
- Będę ojcem. - Powiedział zadowolony. - Będę ojcem!!! - Powtórzył, tym razem wykrzykując tak głośno, że w okolicy rozniosło się echo.
- Spokojnie. - Powiedziała Laura ledwo panując na śmiechem. Ross, czując, że jego serce i dusza przepełnia się radością, przytulił ją mocno do siebie i podniósł kręcąc dookoła siebie. Nastolatka wcześniej oplotła ręce wokół jego szyi. Oboje bardzo cieszyli się z takiego obrotu sytuacji.
- Pokaż mi tego maluszka. - Powiedział postawiwszy dziewczynę na balkonowych kafelkach. Dziewczyna lekko podwinęła luźną koszulkę odsłaniając tym samym swój lekko większy niż kilka miesięcy wcześniej brzuch, a blondyn delikatnie przejechał po nim swoją ciepłą dłonią. - Za kilka miesięcy będziemy szczęśliwymi rodzicami. - Powiedział zadowolony i pocałował dziewczynę w usta. Jego radość była jak najbardziej szczera, bowiem cieszył się, że będzie miał potomka. Tym bardziej, że będzie to męski potomek. Nie żeby nie chciał mieć córki, ale wiadomo jak jest z facetami. Jak chcą mieć dziecko to zazwyczaj troszkę bardziej liczą na syna. Para objęła się i wróciła do reszty zespołu, gdyż zaraz miał zacząć się koncert. Postanowili jeszcze nie mówić reszcie o ciąży, przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili. Stanęli za kurtyną i czekali aż Ryland skończy rozgrzewać publiczność. - Chciałbym Laura żebyś tutaj stanęła. Będę cię widział ze sceny, a wtedy mi się lepiej śpiewa, dobrze? - Powiedział Ross do szatynki i pokazał jej miejsce, w którym miała stanąć.
- Dobrze, powodzenia. - Powiedziała i pocałowała swojego chłopaka w policzek, po czym oboje się przytulili.
- Nie chcę wam przeszkadzać gołąbeczki, ale Ross, za kilka sekund wchodzimy. - Powiedział Rocky pojawiając się przy zakochanych po kilku minutach. I faktycznie, w tle dało się słyszeć piosenkę „We are family” co oznaczało, że po jej zakończeniu powinni wbiec na scenę i przywitać publiczność. Para odsunęła się od siebie i stanęli na wprost siebie. Po chwili cały zespół wszedł na scenę i zaczęło się show. Publiczność bawiła się świetnie, a zespół dawał z siebie wszystko. Zaśpiewali kilka piosenek z najnowszego albumu oraz kilka z pierwszego krążka. Laura w tym samym czasie stała za kulisami i patrzyła z miłością jak jej ukochany tańczy i śpiewa dając z siebie wszystko. Wiedziała, że muzyka jest dla blondyna wszystkim, że będąc na scenie daje z siebie sto jeden procent, całe serce, duszę. Teraz, gdy Ross dowiedział się o ciąży, czuła jeszcze większą euforię. Od razu wyobraziła sobie ich idących z czwórką dzieci przez miasto, szczęśliwych, emanujących miłością i radością. Chciała z nim być już na zawsze, bo wiedziała, że nawet u schyłku jej życia, nadal będzie go kochać, wciąż niezmiennie. Wsłuchiwała się w każde słowo wydobywające się z jego ust. Zamknąwszy oczy poczuła, że odpływa. Znalazła się zupełnie w innym miejscu. Z Rossem, z dala od reszty świata.
- Lau... - Usłyszała nagle za sobą głos, który przebił powłokę jej myśli. Gwałtownie zeszła na ziemię i odwróciła się przodem do rozmówcy. Stał przed nią Ryland. - Wszystko w porządku? - Zapytał.
- Tak RyRy, lepiej być nie mogło. - Odpowiedziała i rozczochrała ciemne włosy nastolatka. Ten szybko je poprawił i objął dziewczynę. Oboje w takiej pozycji oglądali koncert w zupełnym milczeniu. Show było wręcz fenomenalne, każdy się świetnie bawił. Jednakże w ostatnich sekundach koncertu wydarzyło się coś kompletnie nieoczekiwanego, nieprzewidywalnego. Ross podszedł do każdego z członków zespołu i szepnął im coś na ucho. Po chwili podszedł do keyboardu i usiadł przed nim. Reszta zespołu usiadła na podeście i z zaciekawieniem patrzyli na nastolatka. Wokół panowała kompletna, niczym niezmącona cisza. Nikt do końca nie wiedział o co chodzi, poza samym Rossem.
- Chciałbym wam przedstawić piosenkę mojego autorstwa. Napisałem ją dla pewnej dziewczyny, która zawładnęła moim sercem już dość dawno, ale chciałbym pokazać jej co czuję. - Przemówił do publiczności i zaczął grać. Po chwili w sali rozległ się również jego czysty, delikatny głos.

I've just come to realize the fire in your eyes for me
And baby all these little sparks ignite until I just can't breathe

And time and time and time and time and time again
I'm lying in the dark, and wondering where you are
I'm tryna, tryna, tryna find the medicine
Straight into my heart, it's tearing me apart

I'm screaming, "Doctor, doctor"
Bottle it up
I'm a believer, believe me
This love is a drug
I'm dying, I can't get enough
I'm screaming, "Doctor, doctor"
Bottle it up

I haven't slept a couple nights
Been staring at the ceiling again
The side effect I know too well
I'm addicted to the feeling

W pewnej chwili zespół postanowił pomóc chłopakowi i stanęli przy swoim instrumentach. Rydel zajęła miejsce Rossa, a ten stanął na środku sceny. Patrzył cały czas we wzruszone oczy swojej dziewczyny. Będąc coraz dalej końca piosenki zaczął do niej powoli podchodzić. Będąc już tuż obok niej złapał ją za rękę i delikatnie pociągnął na scenę. Ta, choć oszołomiona, oddała się mu. Po chwili oboje stali już na scenie, a publiczność krzyczała i klaskała w niebo głosy ze szczęścia. Zespół także był bardzo wzruszony tym widokiem. Rossa tańczył przy Laurze śpiewając kolejne wersy tekstu.

And time and time and time and time and time again
I'm living in a dream, or somewhere in between
I'm tryna, tryna, tryna find the medicine
It's everything I need, you're the remedy

I'm screaming, "Doctor, doctor"
Bottle it up
I'm a believer, believe me
This love is a drug
I'm dying, I can't get enough
I'm screaming, "Doctor, doctor"
Bottle it up

Doctor, doctor, bottle it up
I'm a believer, believe me, this love is a drug
I'm dying, I can't get enough
Doctor, doctor

I'm screaming, "Doctor, doctor"
Bottle it up
I'm a believer, believe me
This love is a drug
I'm dying, I can't get enough
I'm screaming, "Doctor, doctor"
Bottle it up *

Ostatnie słowo zaśpiewał mając twarz tuż przed jej. - To było piękne. - Powiedziała wzruszona szatynka ledwo powstrzymując łzy szczęścia i przytuliła kochanego.
- Lau, chcę żebyś tę chwilę zapamiętała do końca życia. Zasługujesz na to co najlepsze, a ja chcę ci to dać. Wiesz, że nie umiem bez ciebie żyć. Moje serce bez ciebie krwawi. Teraz gdy nasza miłość przetrwała tak wiele przeszkód, wiem, że niczego bardziej nie pragnę niż spędzić z tobą resztę mojego życia. - Powiedział i uklęknąwszy na jedno kolano wyjął z kieszeni małe granatowe pudełeczko i otworzył je pokazując zszokowanej dziewczynie jego zawartość. - Laura Marie Marano, czy uczynisz mnie najszczęśliwszym facetem na świecie i wyjdziesz za mnie? - Szatynka wciąż oszołomiona patrzyła na niego. Nie wiedziała co powiedzieć, zaskoczył ją. Wokół nich nikt się nie odezwał choćby słowem, nikt nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Wszyscy z zaciekawieniem i zainteresowaniem patrzyli na parę i oczekiwali odpowiedzi dziewczyny. Tymczasem ona toczyła wewnętrzną walkę z samą sobą.
 CIĄG DALSZY NASTĄPI...

* - Piosenka „Doctor, Doctor” - R5.
******************
Hej wam, w końcu udało mi się wstawić rozdział. To już setka, dlatego taki zwrot akcji i rozdział podzielony jest na dwie części. Jak wam się podoba? Dodatkowo dziękuje wam, że byliście ze mną przez cały ten czas i nie opuściliście gdy było ciężko. Piszcie komentarze.
Madame Lynch

niedziela, 7 lutego 2016

(99) 25. Lot & Zwiedzanie

*Laura*
Obudził mnie przeraźliwy dźwięk budzika, który informował, że pora wstawać. Spojrzałam nieprzytomnym wzrokiem na zegarek – była 3:40, więc nacisnęłam na wyłącznik i weszłam z przygotowanymi wczoraj rzeczami do łazienki. Zamknąwszy za sobą drzwi zrzuciłam z siebie piżamę i weszłam pod prysznic. Czując jak smugi wody oblewają moje ciało rozmarzyłam się o trasie R5. Przed oczami miałam mnie i Rossa spacerujących ulicami Rzymu trzymając się za ręce. Otulona ręcznikiem podeszłam do lustra i dwoma ruchami machnęłam pod oczami czarne kreski. Do tego pomalowałam sobie rzęsy czarnym tuszem do rzęs, pomalowałam powieki niebieskim cieniem i usta musnęłam malinowym błyszczykiem. Następnie wytarłam swoją wilgotną skórę puchowym ręcznikiem i przebrałam się w przygotowane ciuchy. Miałam na sobie granatowe jeansy, biały sweter oraz jeansową kurtkę. Od razy rozczesałam sobie włosy i wyszłam ze szczotką z pokoju czystości. Przyrząd do włosów schowałam do torby wraz z aparatem, o którym poprzedniego dnia zupełnie zapomniałam. Byłam już prawie gotowa, więc założyłam jeszcze drobną biżuterię i wyjęłam z szafy moją czarną skórzaną kurtkę i położyłam ją na łóżku wraz z torbami i walizkami. Na koniec szybko wyjęłam z szafy moje czarno-niebieskie adidasy i szybkim ruchem założyłam je na stopy oraz zawiązałam sznurówki. Zegarek wskazywał 4:00, więc Ross, któremu wcześniejszego dnia dałam klucze do mieszkania, aby pomógł mi z bagażami, powinien być lada moment. Usiadłam na fotelu obok łóżka i poprawiłam fryzurę wpatrując się w drzwi i oczekując pojawienia się w nich ukochanego. Już po chwili usłyszałam ciche pukanie, na które odpowiedziałam krótkim „Proszę”. W ułamku sekundy w pomieszczeniu pojawiła się postać bardzo dobrze mi znana. Blondyn ubrany był w czarne rurki z dziurami na kolanach, białą koszulę zapiętą 3/4 oraz czarną skórzaną kurtkę. Do tego miał na stopach białe adidasy. Był przystojny, a jeszcze dzięki temu uśmiechowi jakim mnie obdarzył poczułam, że tracę grunt pod nogami.
- Gotowa? - Zapytał podchodząc do mnie. Siedziałam na takiej wysokości, że miałam centralnie na wysokości wzroku jego w połowie odsłoniętą klatę. Nie szło się na niczym skupić, a jeszcze spotęgował wszystko zapach perfum blondyna. Czułam, że odlatuję. Skupiłam jednak wszystkie swoje siły i przeniosłam wzrok na twarz nastolatka. Na szczęście udało mi się.
- Tak. - Wydukałam tylko nie mogąc nic więcej rzec. Po prostu czułam jakby wielka gula stanęła mi w gardle i przez to nie mogłam wypowiedzieć choćby słowa. Zupełnie tak jak wtedy gdy odkryłam, że kocham go nad życie.
- To świetnie. - Powiedział całując mnie w usta na powitanie. - Rocky i Riker już idą, więc pomogą mi z walizkami, a ty idź na dół i wejdź do busa. My zaraz dołączymy. -Powiedział. Nie chciałam się sprzeciwiać, więc wykonałam polecenie blondyna. Zgarnęłam z łóżka torbę i kurtkę i zeszłam na dół witając się na schodach z Rikerem i Rockym całując każdego z nich w policzek. Takie już mieliśmy powitanie. Tylko z Rossem witałam się inaczej, z wiadomych powodów. Po kilku minutach znalazłam się na powietrzu i weszłam do pojazdu stojącego po drugiej stronie ulicy.
- Hej. - Przywitałam siedzących w busie: Rydel, Ella, Rylanda i państwo Lynch po czym zajęłam wolne miejsce obok Rydellington najbliżej tyłu.
- Witaj, Lau. - Odpowiedzieli mi niczym grecki chór. Po chwili na dworze pojawili się pozostali i włożyli moje bagaże do bagażnika po czym zajęli swoje miejsca. Ross usiadł obok mnie wręczając mi klucze do mojego mieszkania, a jego bracia usiedli na samym początku. Najstarszy z rodzeństwa zajął miejsce jako kierowca. Drzwi się zamknęły, zapięliśmy pasy, a pojazd po chwili mknął ulicami Los Angeles. Wtuliłam się w Rossa czując na policzkach jego skórę oraz wdychając jednocześnie słodki zapach jego perfum. Ten objął mnie ramieniem mocniej przytulając do siebie. Dzięki temu słyszałam jak bije jego serce. Zamknęłam oczy, jednak nie odpłynęłam. Zamiast tego myślałam o tym jak powiedzieć Rossowi, że zostanie ojcem. Coraz bardziej ciążyła mi ta tajemnica. Wiele razy szukałam sposobności, aby wyznać mu prawdę, ale za każdym razem nie dawałam razy. Jednakże teraz definitywnie postanowiłam, że powiem mu o wszystkim w czasie trasy. Dowie się prawdy, gdy tylko nadarzy się dobra do tego chwila. Gdy będzie odpowiedni moment. Nim się zreflektowałam zdążyliśmy dojechać do lotniska. Przed oczami zobaczyłam wielką półprzezroczystą kopułę z napisem „Los Angeles Airport”. Riker zaparkował tuż przy budynku, a my odpięliśmy pasy. Po chwili pojawili się obok nas dwaj panowie, którzy zapakowali nasze bagaże na specjalny samochód i pomknęli w stronę pasa startowego. Ross pomógł mi wysiąść i razem z jego rodziną weszliśmy do budynku. Od razu przeszliśmy na pas gdzie wsiedliśmy do samolotu. Tamci panowie akurat skończyli wpakowywać nasze rzeczy. Weszliśmy do szybowca i zajęliśmy wyznaczone miejsca. Na samym początku siedziała pani Stormie z mężem. Zaraz za nimi usadowili się Rocky, Riker oraz Ryland. Dalej siedziało Rydellington, a na samym końcu oczywiście ja i Ross. Usiadłam od strony okna, a następnie spojrzałam przez nie. Właśnie się wzbiliśmy. Teraz widziałam nasze ukochane miasto z lotu ptaka. Było piękne. Przyłożyłam twarz do okienka i zachwycałam się widokiem. W pewnej chwili poczułam, że ktoś obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. Był to rzecz jasna mój ukochany. Oddałam mu się i po zaledwie sekundzie znalazłam w jego ciepłych, silnych ramionach.
- Czeka nas 18 godzin długiego lotu. - Powiedział, a ja spojrzałam mu w oczy. Moje serce przyspieszyło, poczułam się jak księżniczka, która po latach rozłąki znów zobaczyła swojego księcia. Oddałam mu się bez reszty. Położyłam głowę na torsie nastolatka i odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
Młoda, drobna nastolatka powoli otworzyła zaspane oczy, gdyż z błogiego snu zbudziły ją promienie słoneczne urządzając taniec towarzyski na jej bladej, zmęczonej twarzy. Dziewczyna powoli wstała z łóżka i poprawiła swój długi warkocz energicznie zarzucając go na plecy. Poprawiwszy pogniecioną piżamę weszła do łazienki i wzięła długą, odprężającą kąpiel w wannie. Dopiero po godzinie wyszła przebrana w świeższe ubranie i z kokiem na głowie. Zeszła delikatnie stąpając po schodach bosymi stopami. Po chwili znalazła się w kuchni i zjadła płatki z mlekiem. Gotowa założyła na nogi klapki i opuściła posesję. Jej nogi wiedziały gdzie iść. Automatycznie poprowadziły ją do domu naprzeciwko. Chciała bowiem wyznać swojemu ukochanemu, że jest z nim w ciąży. Uznała, że teraz jest idealny moment. Wiedziała, że w jego domu nie ma nikogo poza nim, więc będzie łatwiej jej wszystko powiedzieć. Stanęła przed drzwiami, jednak zawahała się. Długo zastanawiała się czy jednak to zrobić. - Teraz albo nigdy. - Powiedziała w końcu pod nosem podejmując szybką decyzję i bez zastanowienia drżącą ręką nacisnęła dzwonek do drzwi. Po sekundzie w domu rozległ się dobrze znany jej dźwięk, a chwilę potem w progu domu stanął nie kto inny jak Ross. Był zaskoczony wizytą Laury o tak wczesnej porze aczkolwiek bardzo się cieszył, że znów ją zobaczył. Ta nic nie powiedziała tylko minęła go w progu i milcząc udała się do salonu gdzie usiadła wygodnie na kanapie. Ross nadal zaskoczony zamknął drzwi i uczynił to samo co ukochana zajmując miejsce obok niej. Patrzył na nią przez cały czas czekając aż się odezwie, jednak ona wciąż milczała patrząc w jeden martwy punkt na ścianie przed nią. Blondynowi zaczęła ciążyć ta niezręczna cisza, jednak milczał oczekując wyjaśnień.
- Laura, możesz w końcu coś powiedzieć? - Powiedział po dłuższej chwili. - Milczysz odkąd tu weszłaś, a ja nie lubię niezręcznej ciszy, dobrze o tym wiesz. - Rzekł mając nadzieję, że dziewczyna wyjaśni całe zajście, ta jednak milczała. Chłopak poddając się wstał z kanapy i już chciał iść do kuchni kiedy stało się coś zupełnie nieoczekiwanego.
- Jestem w ciąży. - Powiedziała patrząc na plecy chłopaka i spuściła głowę nie chcąc patrzeć w jego oczy. Blondyn odwrócił się zszokowany i nie wiedział co powiedzieć. W swojej głowie szukał jakichkolwiek sensownych zdań dobrze pasujących do zaistniałem sytuacji, jednak nie mógł odpowiednio spleść słów. Po chwili oprzytomniał i podszedł do dziewczyny. Przytulił ją i robiąc głęboki, znaczący wdech otworzył usta wydobywając z siebie głos...
W tej chwili się obudziłam, było mi niezmiernie przykro, że nastąpiło to akurat w tym momencie, ponieważ przez to nie dowiedziałam się co było dalej. I zapewne nigdy się już nie dowiem. Podniosłam lekko głowę i spojrzałam na Rossa. Spał wyglądając tak słodko. - Zostaniesz tatą, Rossy. - Wyszeptałam niemal niesłyszalnie patrząc jak jego długa blond grzywka upada mu na opalone czoło. Po chwili oderwałam od niego wzrok i spojrzałam przez okienko samolotowe. Znajdowaliśmy się gdzieś nad oceanem. Wyciągnęłam z torby książkę i zaczęłam ją czytać co jakiś czas podziwiając USG, które do niej włożyłam. Po chwili znalazłam się w innym, wyimaginowanym, książkowym świecie.

*****
- Ale tu jest pięknie. - Powiedziała Rydel rozglądając się wokoło stojąc przed budynkiem lotniska. Przed 9-osobową grupą rozpościerał się widok na Rzym.
- Uwielbiam Włochy. - Rzekła Laura stając obok blondynki. - Są najpiękniejsze na świecie. - Dodała.
- Hotel jest niedaleko stąd, może się przejdziemy. - Zaproponował Mark na co wszyscy się zgodzili. Ich bagaże właśnie odjechały samochodem w stronę owego hotelu, więc ruszyli fotografując co jakiś czas atrakcje, które ich jakoś szczególnie zainteresowały. Wszystkie pary szły trzymając się za rękę. Tylko Riker, Rocky i Ryland szli zupełnie samotnie, jednakże trzymali się w trójkę. Do hotelu dotarli po pół godzinie. Miła recepcjonistka wręczyła każdemu klucze i Lynchowie, Laura oraz Ratliff weszli na czwarte, a zarazem najwyższe piętro budynku. Tam okazało się, że Mark zarezerwował 3 pokoje. Jeden dla chłopaków, drugi dla dziewczyn, a trzeci dla niego i jego żony. Każdy wszedł do przydzielonego sobie pokoju, a tam czekały już na nich bagaże. W każdym pokoju były dwie łazienki, a ponieważ Ross zaproponował Laurze zwiedzanie Rzymu, dziewczyna szybko umyła się, przebrała i biorąc małą, podręczną torebkę, w której miała telefon, portfel, chusteczki i aparat, wyszła z pokoju. Po chwili dołączył do niej Ross i oboje wyszli z hotelu. Zobaczyli m.in. Panteon, Plac Navona czy Schody Hiszpańskie. Na sam koniec zostawili sobie Koloseum. Laura zrobiła selfie jak się całują, po czym, gdy ten chciał iść dalej, zatrzymała go.
- Ross... - Zaczęła nieśmiało przyciągając go do siebie. - Muszę ci coś powiedzieć. - Rzekła, a blondyn skupił na niej całą swoją uwagę. - Wiem, że to nie jest idealna chwila na to, ale musisz wiedzieć, że... - Nie dane było jej jednak skończyć, gdyż nagle rozległ się dźwięk telefonu. Była to komórka młodej Marano. Vanessa do niej dzwoniła. Dziewczyna, choć lekko niezadowolona, odebrała połączenie i odeszła kawałek od chłopaka. - Van, co chcesz? - Zapytała z początku oschle, jednak po chwili opanowała nieco ton.
- Jak tam w Rzymie? - Zapytała nie zwracając uwagi na zdenerwowanie siostry.
- Dobrze, ale muszę kończyć, bo Ross musi iść na próbę. - Powiedziała i nie czekając na odpowiedź po prostu się rozłączyła po czym wróciła do Rossa. - Chodź. - Rzekła i pociągnęła go w stronę hotelu. Była dopiero 12:35, a od wyjazdu z L.A. minął jeden dzień. Po kilku minutach R5 i reszta zjedli obiad i udali się do klubu, w którym mieli mieć dzisiaj występ. Dotarli tam dokładnie o 15:00. Weszli na pustą jeszcze scenę w klubie i rozpoczęła się próba. Laura usiadła z Rylandem naprzeciwko nich i nie spuszczała wzroku ze swojego chłopaka. Gdy zespół śpiewał Smile, najmłodszy Lynch objął przyjacielsko szatynkę ramieniem i uboje kołysali się w rytm muzyki. Po chwili zaczęli także cicho śpiewać wygłupiając się przy tym. Próba minęła im szybko i spokojnie, a ok. godziny 17 zaczęły się zbierać fani, którzy wykupili Meet&Greet. Każdy zrobił sobie zdjęcie z zespołem i otrzymał worek z prezentami od nich, a następnie ustawiał się powoli pod sceną. Co niektórzy kupili sobie rzeczy z zespołem w sklepiku R5. Po jakieś godzinie zespół pojawił się na scenie i pierwsi fani zaczęli zadawać im pytania. Ross jedyny stał na scenie i nic nie mówił. Grał za to solówkę na swojej gitarze elektrycznej będąc jakby w transie. Jego wyraz twarzy nie mówił nic. Laura siedziała za kulisami i patrzyła na niego próbując domyśleć się co myśli, jednak bezskutecznie. Gdyby ktoś czytał mu w myślach bardzo by się wzruszył, bowiem tematem jego refleksji była ważna dla niego osoba – Laura. Podejmował wiele decyzji w myślach, jednak tuż przed występem przestał myśleć i oddał się muzyce. Sala była pełna wzdłuż i wszerz. R5 dali świetny koncert, emocji i śpiewów było co niemiara. Ok. 23 skończył się koncert, więc R5 wrócili do hotelu. Cała grupa umyła się i poszła spać bowiem następnego dnia czekał ich wylot do kolejnego miasta na liście – Werony. Zasnęli z uśmiechami na ustach śniąc o wielu rzeczach.
*************
W końcu udało mi się wstawić nowy rozdział. Jeszcze chwila, a będzie seteczka. Jak wam się podoba? Jak myślicie, co będzie dalej?
Madame Lynch

piątek, 15 stycznia 2016

(98) 24. Odliczanie & Dziwna rozmowa

*Narrator*
Następnego dnia jako pierwsza obudziła się Laura. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na zegarek, który wskazywał dopiero 5:00, jednak nie czuła zmęczenia. Nie miała też siły leżeć bez ruchu na łóżku ukochanego, więc wstała nie chcąc go budzić szybko opuściła jego pokój. Już po chwili cicho pokonując schody znalazła się w kuchni. Nalała sobie trochę soku pomidorowego i wypiła zawartość szklanki jednym tchem. Odłożywszy szklankę do zmywarki spojrzała na świat przez okno. Momentalnie zapragnęła znaleźć się po drugiej stronie szyby więc wyszła przez szklane drzwi na końcu domu na taras, z którego skręcało się na basen. Usiadła na zimnych cementowych schodach podkulając nogi i splatając je rękami. Patrząc przed siebie myślała. Właściwie to o czym? Trudno jednoznacznie określić. Jej myśli wypełniało wiele rzeczy m.in. było to jej przyszłe dziecko oraz Ross. Tak naprawdę bała się powiedzieć mu, że jest w ciąży. Czemu? Sama nie wiedziała dlaczego, ale bała się, że chłopak przestraszy się odpowiedzialności i zwyczajnie ją zostawi. Mimo iż wiedziała, że Lynch nie jest taki to w głębi duszy ogromnie obawiała się jego reakcji. Odwlekała w czasie powiedzenie mu prawdy chociaż zdawała sobie sprawę, że nie jest to słuszne. Za każdym razem wymyślała coraz to nowy powód, przez który nie podzieliła się z ojcem jej dziecka tak ważną informacją. Tym ostatnim było to, iż nie chciała chłopaka dodatkowo stresować przed trasą koncertową. - „Już i tak ma dużo na głowie.” - Usprawiedliwiała swoje poczynania. Tak naprawdę nikt oprócz niej samej nie wiedział o przyszłym potomstwie, co bardzo jej ciążyło, bo chciała się komuś zwierzyć ze swoich obaw, problemów, ale nie wiedziała jak i z kim rozpocząć takową rozmowę. Wtem jakby za dotknięciem magicznej różdżki, poczuła przyjemne ciepło spadające na jej ramiona. Po chwili zreflektowała się, że owym ciepłem jest po prostu koc, którym ktoś ją przykrył. Szybko odwróciła głowę, by dostrzec swojego wybawiciela, którym okazała się być Stormie – mama Rossa. - Co tak sama siedzisz, Lau? - Zapytała kobieta siadając obok nastolatki.
- Nie mogę spać. - Powiedziała zatajając resztę prawdy.
- Laura, widzę, że coś cię od jakiegoś czasu gryzie. Możesz mi zaufać i się zwierzyć. Jeśli nie chcesz to nie powiem Rossowi o naszej rozmowie, nie musisz się o to bać. - Starała się przekonać nastolatkę.
- Sama nie wiem. - Zawahała się nie chcąc niepotrzebnie martwić kobiety.
- Lau, daj sobie pomóc. - Brnęła dalej w swoje przekonania. Laura poczuła, że ta nie odpuści. W głębi duszy cieszyło ją zmartwienie mamy jej chłopaka i czuła, że nie wytrzyma trzymając tego dłużej w sobie. Postanowiła więc zwierzyć się kobiecie ze wszystkiego.
- Ja... - Zaczęła, jednak zawahała się przez chwilę. - Jestem w ciąży. - Powiedziała szybko niczym karabin maszynowi. - Nikt o tym nie wie, nawet Ross. Ja... nie wytrzymuję dłużej ukrywając to. - Wydusiła spuszczając głowę jednocześnie ukrywając ją w dłoniach. Starsza blondynka spojrzała na jej zasłoniętą twarz nie mając pojęcia co może powiedzieć. Szybko przeanalizowała słowo po słowie wydobyte przed z chwilą z ust nastolatki nie wiedząc co z tą wiedzą zrobić. Była w szoku, tak wielkim, że czuła jak paraliż przeszywa całe jej ciało. Uznała, że w tej sytuacji najlepsze będzie milczenie.
- Który to miesiąc, tydzień? - Rzekła w końcu, a dziewczyna na te słowa podniosła głowę i spojrzała brązowookiej w oczy.
- Trzeci tydzień. - Powiedziała z ewidentnymi łzami w oczach.
- Będę babcią. - Powiedziała rozanielona chcąc podnieść dziewczynę na duchu. - Powinnaś powiedzieć o tym Rossowi. - Dokończyła przytulając nastolatkę. - I swoim rodzicom rzecz jasna. - Dodała szybko dla pewności. Laura zdziwiona jej gestem przytuliła się do niej, jednakże dopiero po chwili. Momentalnie poprawił jej się humor, bo wiedziała, że ma na kogo liczyć.
- Dziękuję, że mnie pani wysłuchała. - Powiedziała uśmiechając się do niej.
- Nie ma sprawy, w końcu Ross cię bardzo kocha, a więc jesteś dla nas jak rodzina. - Rzekła czyniąc to samo co jej przedmówczyni.
- To ja może pójdę na górę. - Wyszeptała nieśmiało.
- Jasne, idź. - Odpowiedziała odsuwając się by nastolatka mogła spokojnie przejść. Dziewczyna podniosła się i otulając kocem weszła z powrotem do rezydencji. Powoli stąpając po podłodze weszła na piętro, a stamtąd weszła do pokoju przedostatniego Lyncha. Powoli podeszła do łóżka chłopaka i stanęła przy jego krawędzi poprawiając poduszkę.
- Gdzie byłaś? - Zapytał Ross mając początkowo zamknięte oczy. Przestraszyło to nastolatkę, gdyż myślała, że chłopak jeszcze śpi.
- Poszłam się napić. - Odpowiedziała po czym uśmiechnęła się chcąc uwiarygodnić swoją wersję zdarzeń. Ten tylko podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na nią zaspanymi oczami. Dopiero teraz oboje zreflektowali się, że jest zaledwie 5:45. Chłopak przez chwilę milczał, aż nagle złapał ją za dłonie i pociągnął w swoją stronę, a gdy znajdowała się już wystarczająco blisko objął ją szybko w talii i przerzucił delikatnie na łóżko tak, że po chwili znajdował się nad nią podpierając swoje ciało rękami. Dziewczyna patrzyła na niego z iskierkami w oczach. Nikomu z nich nie chciało się spać. Wręcz przeciwnie, byli rozbudzeni samym patrzeniem na siebie.
- Kocham cię. - Powiedział zbliżają twarz do ukochanej.
- Ja ciebie też kocham. - Odpowiedziała i pocałowała usta chłopaka. Ten jedną ręką odgarnął kosmyk włosów, który opadł szatynce na lewe oko, a drugą podpierał się przemieszczając ciężar ciała na lewą rękę. Laura z kolei lekko się podniosła i pocałowała chłopaka, co ten rzecz jasna odwzajemnił.

<Kilka godzin później>
Rodzina Lynch oraz Ratliff i Laura jedli obiad śmiejąc się przy tym i żartując. Rozmawiali głównie o trasie, ale nie obyło się też bez drobnych dygresji. Pani Lynch tym razem zrobiła kurczaka z pure i brokułami. Każdy nałożył sobie po garści, jednak Laura za dyskretną namową Stormie nałożyła sobie więcej warzyw, gdyż jak wiadomo wpływa to lepiej na rozwój dziecka. Nastolatka w końcu czuła się dobrze, nie bała się. Po rozmowie ze starszą, doświadczoną kobietą wiedziała, że ma na kim polegać i nie jest sama w tym wszystkim. Po skończonym posiłku Ross porwał swoją wybrankę za rękę i zaprowadził do własnego pokoju. Tam para usiadła na łóżku i przytulili się do siebie. - Ross... - Zaczęła nieśmiało nastolatka.
- Tak? - Zapytał spoglądając na nią.
- Chciałbyś mieć ze mną dzieci? - Wypaliła nagle nie przemyślawszy tego.
- Lau, oczywiście, że tak, ale jeszcze młodzi jesteśmy. Mamy dużo czasu. Kiedyś w przyszłości, kto wie, może będziemy mieli kilkanaście małych potomków. A czemu pytasz? - Mówił nie zdając sobie sprawy, iż tymi słowami rani swą ukochaną. Gdyby wiedział jaka jest prawda nigdy nie poszczyciłby się na takie słowa.
- A nic. Tak jakoś mnie wzięło. - Powiedziała czując smutek, jednak uśmiechnęła się by ukryć przed chłopakiem ból. Chciała wykrzyczeć w tej chwili, że jest w ciąży, że blondyn będzie ojcem, ale coś jej na to nie pozwalało. Jakaś wewnętrzna siła jakby trzymała ją za gardło i zabraniała zabrać głos, wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo. Dziewczyna jednak nic nie zrobiła poza przytuleniem się do ukochanego. Wtuliła głowę w jego tors i cicho, bezgłośnie zaszlochała, jednak po chwili otarła łzy, tak że nie było po nich jakiegokolwiek śladu.


<Kilka dni później>
Ostatni dzień wolności, jutro początek trasy. Dzisiaj był wyjątkowo zabiegany dzień. Ostatnie pakowanie, ćwiczenia oraz wiele, wiele innych. I dla samej Laury ten dzień był bardzo stresujący. Ross zaproponował jej, aby poszli do kina tego ostatniego dnia przed wyjazdem, jednak dziewczyna odmówiła mówiąc, że musi załatwić bardzo ważną sprawę. Umówili się więc na następny dzień tuż przed wyjazdem. Młoda Marano opowiedziała o ciąży swojej rodzinie. Ci, ku jej zdziwieniu, zaczęli jest gratulować i cieszyć się z kolejnego dziedzica. - „Więc został tylko Ross.” - Przeszło szatynce przez myśl po konfrontacji z rodzicami i siostrą. - „I jego rodzina, rzecz jasna.” - Sprostowała po chwili. Dzisiaj była umówiona z lekarzem, aby zrobić badania kontrolne i sprawdzić czy ciąża rozwija się prawidłowo. Zabrała ze sobą Vanessę, która bardzo chciała dotrzymać jej towarzystwa. Siostry już o 11:50 znalazły się pod gabinetem. Po chwili zjawił się również lekarz. Laura kazała starszej siostrze poczekać, a sama weszła do pomieszczenia wraz z lekarzem.
- Proszę się położyć i podwinąć bluzkę. - Poprosił lekarz, a 19-latka szybko wykonała polecenie. Ten posmarował jej brzuch przezroczystą gęstą substancją i przejechał po skórze rączką od maszyny USG. Z zaciekawieniem i w milczeniu spoglądał w monitor patrząc co się na nim wyświetla. Po chwili skończył myjąc rączkę i dając nastolatce papier, aby wytarła swój brzuch. Ta uczyniła to po czym usiadła zrzucając nogi z łóżka.
- I jak, panie doktorze? - Zapytała w końcu czując, że cisza panująca w gabinecie jest wręcz nie do zniesienia.
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pani ciąży nic nie zagraża. - Odpowiedział zapisując dane w papierach.
- Czy ja mogę prosić o zdjęcia z USG? - Zapytała nieśmiała podchodząc do biurka lekarza.
- Oczywiście, proszę chwilę poczekać. - Powiedział i wyszedł na chwilę z gabinetu. Wrócił po kilku minutach ze wspomnianymi zdjęciami. - Oto pani syn. - Dodał wręczając jej fotografie.
- Syn? Ojciec dziecka bardzo się ucieszy. - Rzekła zadowolona. - I ja też. - Dodała szybko i schowała zdjęcia do torebki. - Panie doktorze? - Zapytała przypominając sobie o istotnej sprawie. - Czy mogę jutro jechać z moim chłopakiem w trasę? Nie zaszkodzi to dziecku? - Zapytała.
- Nie widzę przeciwwskazań. - Powiedział po chwili zastanowienia. - Tylko proszę na siebie uważać, nie przemęczać się i ograniczać. - Dokończył naprędce.
- Dobrze, czy to już wszystko?
- Tak, może pani iść, gdyby się coś działo proszę dzwonić.
- Dobrze, do widzenia.

- Do widzenia. - Nastolatka szybko zniknęła za drzwiami pomieszczenia witając się z siostrą. Opowiedziała jej o wszystkim i ruszyły w stronę domu. Laura będąc już w pokoju sprawdziła czy spakowała wszystko co najistotniejsze. Dołożyła tylko paszport z biletem do Włoch, a konkretniej Rzymu, bo tam R5 rozpoczynało swoją europejską trasę, oraz swoją ulubioną książkę, do której włożyła zdjęcia z USG. Oprócz tego w torbie podręcznej znalazł się też telefon, portfel, słuchawki z MP4, chusteczki i kilka innych podręcznych gadżetów. Tego dnia Laura zdążyła jeszcze spotkać się z Rossem i pójść z nim na spacer. Pożegnali się długim pocałunkiem i uściskiem. Nastolatka ok. 21 umyta i przebrana w piżamę weszła pod kołdrę upewniając się czy ustawiła budzik. Położyła głowę na poduszce i momentalnie zasnęła, gdyż następnego dnia trzeba było wstać o 4:00.
************
Jest i on. Nówka sztuka rozdział. Jak wam się podoba? Nie zawiodłam was? Następny nie wiem kiedy się pojawi, ale to dlatego, że muszę nadrobić zaległości z następnymi rozdziałami. Komentujcie śmiało i wyrażajcie swoje opinie.
Madame Lynch

środa, 30 grudnia 2015

(97) 23. Przygotowania & Plany

<Trzy tygodnie później>
*Narrator*
Został jeszcze tylko jeden tydzień do trasy R5. Mimo to przygotowania szły w zaparte. Codzienne próby, telefony to tylko namiastka tego co działo się od kilku dni. Życie rodziny Lynch było od 21 dni podporządkowane tylko i wyłącznie trasie. Ciągle jakieś poprawki, dopiski, plany. Temu wszystkiemu nie było widać końca. I dzisiaj R5 od rana ćwiczyli w garażu piosenki, które planowali zaśpiewać podczas trasy. W pewnej chwili do zespołu dołączyła Laura, która nie chcąc im przeszkadzać usiadła na nieużywanym pudle wzmacniającym i przysłuchiwała się słowom, które właśnie wydobywały się z ust jej ukochanego. - You're looking right in my eyes,
And I know that you're lying
When you say that you're mine
And there's no body else.
But even when we fight,
I can't stop from loving you. - Zaśpiewał patrząc jej głęboko w oczy. W tej chwili świat kompletnie przestał istnieć. Widział tylko ją siedzącą na wprost niego ubraną w piękną zwiewną kwiecistą sukienkę, długi biały sweter z dużymi kieszeniami oraz trampki w tym samym kolorze. Patrzyła na niego tymi, według niego, pięknymi brązowymi jak czekolada oczami. Kochał w nie patrzeć, gdyż widział w nich olbrzymią miłość jaką darzyła go ukochana. Po tej piosence akurat mieli przerwę, więc po ostatnim wersie muzyka ucichła, a każdy przywitał się z Laurą.
- Za tydzień trasa, denerwujesz się? - Zapytała Laura siadając ukochanemu na kolana, oplatając w tym samym czasie ręce wokół jego szyi.
- Nie, coś ty? Kocham występować, więc zero stresu. - Rzekł pewnie i zbliżył się do ukochanej. W garażu nikogo nie było, więc czuli się bardziej komfortowo.
- Dziękuję, że mogę z tobą jechać. - Powiedziała uśmiechając się, co chłopak błyskawicznie odwzajemnił.
- To ja dziękuję, że będę miał wszystkie najważniejsze dla mnie osoby tuż obok siebie. - Mówił po czym złożył na jej ustach delikatny acz namiętny pocałunek.
- Kocham cię, Rossy. - Powiedziała.
- Kocham cię, Lu. - Patrzyli sobie głęboko w oczy. Mogliby tak trwać w nieskończoność, jednak wszystko co dobre i piękne kiedyś niestety musi dobiec końca. I tak było i tym razem. Laura słysząc zbliżające się kroki wstała z kolan ukochanego i usiadła na swoim wcześniejszym miejscu. Ten z kolei podszedł do mikrofonu zakładając na ramię gitarę i wyczekiwał pozostałych członków zespołu. Ci pojawili się dosłownie po kilku sekundach. Wszyscy zajęli swoje miejsca i zaczęli grać bardzo energicznie. Ross cały czas patrzył Laurze w oczy. Za każdym razem gdy to robił czuł, że jest w stanie zrobić wszystko. Ta miłość ogromnie uskrzydlała zarówno jego jak i ją.
- Rocky, co ty robisz?! Graj na akordach do „Smile”, a nie „One Last Dance”!!! - Wygarnął Riker młodszemu bratu.
- Człowieku nie bulwersuj się tak. Jeden akord mi się pomylił, a ty od razu pretensje!!! - Wściekł się szatyn.
- Ej, Riker, Rocky spokojnie! Po prostu zagrajmy to jeszcze raz i tyle, a nie robicie niepotrzebną spinę. - Uspokajał ich Ross czując rozgoryczenie zaistniałą sytuacją.
- Ross ma rację, pokażcie, że jesteście dorośli, a nie zachowujecie się jak dzieci. - Przyznała rację blondynowi jego starsza siostra – Rydel wstydząc się przed przyjaciółką za braci.
- No dobra, przepraszam. - Powiedział nieśmiało najstarszy wyciągając do długowłosego rękę.
- Ja też przepraszam. - Odpowiedział ściskając dłoń brata na zgodę. Zespół po chwili skupił się na graniu i śpiewaniu zupełnie zapominając o wcześniejszym niekomfortowym wydarzeniu. Grali do południa, a po próbie każdy poszedł coś załatwić. Rydel udała się z Ellingtonem na zakupy, Rocky i Riker pojechali do kina, a Ryland z kolei pojechał do kolegi. Nawet rodzice rodzeństwa wybrali się na randkę do wykwintnej restauracji. Ross, korzystając z nieobecności rodziny, postanowił wraz z Laurą, że zostaną u niego w domu. Para już po chwili znalazła się w salonie i usiedli na kanapie przed 50 calowym telewizorem. Wybrali film „Zakochani w Paryżu”. Laura ustawiała seans w czasie gdy młody Lynch robił w kuchni popcorn.
- Kochanie, co chcesz do picia? - Krzyknął blondyn z kuchni.
- Sok pomarańczowy! - Odkrzyknęła szatynka siedząc już na sofie. Z fotela obok zgarnęła koc i przykryła się nim chcąc zakryć swoje ciało. Sama nie wiedziała czemu, ale odkąd dowiedziała się, że jest w ciąży starała się jak najbardziej zakryć swój brzuch. Czuła, że wszyscy patrzą na, jej zdaniem, coraz większy brzuch, a przecież w prawie 1 miesiącu nic nie było widać. Ross już po chwili powrócił do ukochanej z tacką, na której ustawił dwie miski z popcornem i dwie szklanki soku pomarańczowego.
- Zimno ci? - Zapytał troskliwie, odstawiając tackę i siadając obok dziewczyny.
- Nie, tak tylko się przykryłam. - Sprostowała uśmiechając się przy tym po czym położyła chłopakowi na ramieniu głowę, a ten objął ją silną ręką. Oboje poczuli się jak w niebie. Blondyn włączył film i po chwili oboje wgłębili się w puszczony seans zapominając o bożym świecie.
*Ross*
Po skończonym filmie dostrzegłem, że Lau zasnęła w moich ramionach. Powoli więc wstałem i biorąc ją na ręce ostrożnie udałem się z nią w kierunku mojego pokoju. Tam ułożyłem ją na łóżku i przykryłem kołdrą po czym zamknąłem drzwi i zszedłem do salonu. Tam posprzątałem i zaniosłem wszystko do kuchni. Szybko pozmywałem i wróciłem do pomieszczenia z telewizorem. Zająłem wygodne miejsce na kanapie i włączyłem TV. Akurat załapałem się na jakiś film, więc oglądałem go bez większych emocji, gdyż nic innego mnie nie zaciekawiło. Patrząc w zmieniające się obrazy w telewizorze jakoś wzięło mnie na refleksje. Zastanawiało mnie co by się stało gdybym właściwie nie zamieszkał w LA. Nie zagrałbym w A&A przez co nie byłbym sławny, nie poznałbym tych ludzi co teraz, nie zaszedłbym tak daleko i – co najważniejsze – nie poznałbym Laury. Mojej kochanej Lau, dla której jestem w stanie oddać wszystko, nawet życie. Zdecydowanie moje życie byłoby o wiele gorsze niż teraz. Kto wie, czy nie stoczyłbym się psychicznie albo, co gorsze, nie poznałbym jakiegoś złego towarzystwa, które przeciągnęłoby mnie na złą stronę. Ewidentnie Laura pomogła mi uwierzyć w miłość na wieki i uczyniła mój świat piękniejszym. Jest tą jedyną, z którą chciałbym być do końca mych dni. Chcę dzielić z nią każdy dzień, każdą godzinę, minutę, sekundę mojego życia. Chcę widzieć jak dorastają nasze dzieci, słuchać jak opowiadają o pierwszych miłościach, pocałunkach, randkach. Chcę dzielić się z nimi cząstką siebie. Miłość moja i Laury jest na tyle silna, że wierzę, iż na bank przetrwa jeszcze wieki. Spotkaliśmy na swej drodze już tyle przeszkód, murów, ale mimo wszystko zawsze wychodziliśmy w tego cało, choć czasem po dłuższym czasie, ale za każdym razem silniejsi i mądrzejsi kochając się coraz bardziej. Gdy na nią parzę wiem, że jest najlepszym co mnie w życiu spotkało i nie wyobrażam sobie żeby miało jej pewnego dnia zabraknąć. Chcę by była ze mną do śmierci, a nawet dłużej, najlepiej całą wieczność. Wiem, że to właśnie ona jest moją pierwszą, a zarazem ostatnią prawdziwą i szczerą miłością.
Moje przemyślenia przerwała owa pięknooka szatynka, która jakby na zawołanie pojawiła się na schodach niedaleko mnie i patrzyła swoim ślicznymi ślepiami na mnie w zupełnej ciszy. - Ross... - Zaczęła nieśmiało, a ja zerwałem się z kanapy i powoli podchodziłem do niej. - Mogę u ciebie dzisiaj zanocować? - Zapytała tonem jakby zapytała o najgorszą rzecz.
- Jasne, kochanie. - Powiedziałem będąc już tuż obok niej po czym pocałowałem ją w czoło. - Przynieść ci z domu jakieś rzeczy? - Zapytałem.
- Jakbyś mógł. - Poprosiła. - Jakąś piżamę, kosmetyki, ciuchy na jutro itd. - Powiedziała wręczając mi klucze do swojego mieszkania.
- Dobrze, kotku, a ty lepiej idź się umyć, bo widzę, że zmęczona jesteś, a ja za chwilkę przyjdę. - Rzekłem schodząc po stopniach.
- Dobrze, tylko wracaj szybko. - Odpowiedziała po chwili znikając za ścianą. Po chwili opuściłem moją rezydencję i po chwili znalazłem się po drugiej stronie mało ruchliwej dziś ulicy. Włożyłem odpowiedni klucz do zamka i przekręciłem go. Po chwili znalazłem się w środku.
- Dzień dobry. - Powiedziałem widząc panią Ellen schodzącą po schodach.
- Witaj Ross, a gdzie Laura? - Zapytała stojąc już na wprost mnie.
- U mnie. Dzisiaj u mnie nocuje, oczywiście jeśli nie mają państwo nic przeciwko.
- Ależ nie ma problemu. - Powiedziała uśmiechając się.
- Dobrze, dziękuję. To ja wezmę tylko jej rzeczy i już mnie nie ma. - Powiedziałem wymijając rodzicielkę mojej dziewczyny i udałem się na górę. Już po chwili znalazłem się w pokoju ukochanej i spakowałem do torby z szafy potrzebne jej rzeczy. Zamknąłem torbę rozglądając się czy aby na pewno wszystko zabrałem. Gdy upewniłem się, że mam wszystko wyszedłem z pokoju i krzycząc krótkie „Do widzenia!” opuściłem dom. Po chwili znalazłem się z powrotem w mojej willi. Wszedłem na piętro gdzie znajdowała się łazienka i zapukałem.
- Proszę. - Usłyszałem cichy, niemal nie słyszalny głos. Nacisnąłem klamkę i po chwili znalazłem się w pomieszczeniu. Zobaczyłem tam Laurę, która w szlafroku, należącym do niej (kiedyś go zostawiła) stała przed lustrem i suszyła swoje mokre włosy ręcznikiem. Gdy tylko dostrzegła mnie w lustrze uśmiechnęła się do mnie. Postawiłem torbę z jej własnością przy drzwiach zamykając je wcześniej po czym zacząłem się do niej zbliżać. Kiedy byłem już wystarczająco blisko zsunąłem lekko
szlafrok z jej prawego ramienia i złożyłem na jej delikatnej i ciepłej jeszcze szyi pocałunek. Laura od razu po tym odchyliła lekko głowę bym mógł czynić to dalej. Tak też zrobiłem. Już po chwili całowałem całą jej szyję po czym przeszedłem w stronę ramion zsuwając przy tym  jej szlafrok jeszcze bardziej. - Uwielbiam gdy doprowadzasz mnie do takiego stanu. - Powiedziała jęcząc nieco z rozkoszy jednocześnie odwracając się do mnie przodem. Oplotła ręce wokół mojej szyi i delikatnie wpiła się w moje usta. To był nieśmiały, acz namiętny i czuły pocałunek. Po chwili złapałem ją za uda i posadziłem na umywalce. Całowaliśmy się jeszcze bardziej namiętnie. Szatynka rozchyliła lekko nogi bym mógł stanąć pomiędzy nimi. Wsunąłem dłonie pod jej szlafrok zatrzymując się na plecach. Po chwili dziewczyna pozbyła się większości mojego stroju. Miałem na sobie tylko dolną jego część. Po chwili się od niej odsunąłem.
- Przebierz się i wróć do mojego pokoju. Przygotuję ci dodatkową poduszkę. - Powiedziałem i jak gdyby nigdy nic wyszedłem z „pokoju czystości”. Wróciłem do własnego królestwa i wyjąłem spod łóżka dwie duże poduszki i koc jakby Laurze było w nocy zimno. Po tej czynności zszedłem na dół, aby nalać sobie wody do szklanki, gdyż nagle zaczęło mnie suszyć w gardle. Będąc w kuchni postawiłem na blacie pustą butelkę i napełniłem ją przezroczystą cieczą krojąc dodatkowo dwa plastry świeżo umytej cytryny. Nie przepadałem nigdy za suchym smakiem samej wody, więc zawsze wzbogacałem ją o cytrynę, ogórka czy sok lub syrop. Napój wypiłem jednym duszkiem i odstawiłem puste naczynie do zmywarki, a plastry cytrusa wrzuciłem do śmietnika. W tej samej chwili usłyszałem jak frontowe drzwi domu się otwierają, więc wyjrzałem zza framugi. To moja rodzina właśnie wróciła do mieszkania.
- Hej. - Powiedziałem tylko gdy mnie dostrzegli.
- Cześć. - Przywitali się niemal w tym samym czasie. Jako pierwszy do kuchni wszedł Rocky, który jako „wiecznie głodny człowiek” niemal rzucił się na bezbronną lodówkę i wyjął z niej kilka wczorajszych tostów i sok jabłkowy. Po chwili dołączył do niego Riker, który uczynił to samo co rodzony brat. Ostatnia weszła do pomieszczenia mama.
- Mamo... - Zacząłem, a gdy ta na mnie spojrzała kontynuowałem. - Laura dzisiaj u mnie nocuje, dobrze? - Zapytałem dla formalności, gdyż doskonale wiedziałem jaka będzie odpowiedź mojej rodzicielki.
- Nie ma sprawy, synku. - Powiedziała czochrając moje niedawno ułożone włosy i wyszła z kuchni zabierając wcześniej jabłko. Szybko poprawiłem swoją blond-czuprynę i wróciłem na górę, jednakże zamiast iść od razu do pokoju, skręciłem do łazienki w celu umycia się. Wykonałem wszystkie „formalności” i przebrany w piżamę z napisem „Superman” na klacie wszedłem do mojego pokoju. Zastałem tam Laurę oglądającą kolekcję naszych zdjęć na szafce przy oknie. Stała do mnie tyłem, więc postanowiłem to wykorzystać. Cicho niczym snajper podszedłem do niej i pocałowałem w policzek przytulając ją od tyłu.
- Co tak długo? Tęskniłam. - Powiedziała wtulając się we mnie.
- Obowiązki. - Zażartowałem i przytuliłem ją jeszcze mocniej do siebie. Nasze ciała idealnie do siebie przylegały. Po chwili ją puściłem i okręciłem w swoją stronę. - Nie jesteś zmęczona? - Zapytałem patrząc szatynce w oczy.
- Jestem. - Powiedziała ziewając. Pociągnąłem ją w stronę łóżka, że już po sekundzie leżeliśmy na nim oboje. Młoda Marano położyła mi głowę na torsie a ja objąłem ją ramieniem przykrywając nasze ciała kołdrą.
- Kocham cię. - Wyszeptałem po chwili do jej ucha, jednak ona mi już nie odpowiedziała. Zasnęła, a po chwili i ja dołączyłem do niej.
*********
Jest drugi rozdział. Jak wam się podoba? Piszcie w komentarzach swoje opinie, bo lubię mieć motywację.
Madame Lynch

(96) 22. Kolacja & Strach

*Laura*
Obudziłam się dopiero następnego dnia. Czułam się już lepiej, ale nadal byłam w szoku po wczorajszej informacji. Powoli przeciągnęłam się na łóżku i wstałam. Wzięłam ciuchy i bieliznę i weszłam do łazienki. Nabrałam wody do wanny i ściągając ubrania weszłam do niej. Położyłam się czując jak przyjemne ciepło oblewa mnie z każdej strony. Położyłam głowę na oparciu i odpłynęłam. Nie myślałam w tej chwili o niczym. Kąpiąc się czułam jak zmywa się ze mnie każde zmartwienie, stres, strach. Wyszłam z wanny w dobrym humorze i nadzieją na dobre czasy. W głębi duszy po raz pierwszy od czasu wyników badań zaczęłam się cieszyć z tego, że jestem w ciąży. Mam 19 lat, ale mimo to cieszę, że za 9-10 miesięcy zostanę mamą. Muszę tylko powiedzieć o tym Rossowi. Ubrałam bieliznę i ubrania i wyszłam z łazienki. Udałam się do kuchni, a tam zrobiłam sobie kanapki i herbatę. Szybko spożyłam posiłek i wyszłam z domu. Już po chwili byłam po drugiej stronie ulicy i podeszłam do drzwi domu państwa Lynch. Zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi, a już po chwili pojawiła się w nich pani Stormie. - Dzień dobry. - Przywitałam się.
- Witaj Laura. - Odpowiedziała uroczo. - Ross siedzi w ogrodzie. - Dodała wiedząc o co mi chodzi. Podziękowałam, weszłam do mieszkania i udałam się w kierunku ogrodu wcześniej witając się z Rylandem i panem Markiem, którzy w kuchni nalewali picie do dzbanka. Po chwili znalazłam się za domem. Akurat w ogrodzie siedziała cała rodzina. Rydel siedziała na huśtawce wtulając się w Ellingtona. Obok niej siedział Rocky. Riker siedział przy grillu na fotelu ogrodowym, a Ross na wprost niego dzięki czemu był do mnie ustawiony plecami. Oprócz tego były wolne jescze trzy miejsca – dwuosobowa kanapa i pojedynczy fotel. Dałam przyjaciołom znak, aby nic nie mówili blondynowi i powoli podeszłam do niego i od tyłu dłońmi zakryłam mu oczy.
- Zgadnij kto to. - Powiedziałam zmieniając nieco głos.
- Laura. - Powiedział i bez zbędnych słów po prostu odwrócił się do mnie i łapiąc w talii pociągnął w swoją stronę tak, że w ułamku sekundy wylądowałam na jego kolanach. Nawet nie zdążyłam zareagować. Spojrzałam mu w oczy, a ten delikatnie musnął moje usta. Podkuliłam nogi i położyłam głowę na jego piersi. Ten za to oplótł swoje ręce wokół mojej tali.
- Jesteście słodcy, aż mi się rzygać chce. - Powiedział Rocky i zaczął się śmiać z Rikerem, na co wytknęłam mu język sprawiając, że ten się uciszył od razu. Słyszałam tylko jak Rydel zaśmiała się cicho. Po chwili wrócili do nas państwo Lynch i Ryland. Postawili na stoliku poncz w dzbanku wraz z szklankami oraz ciastka. Nalałam do dwóch szklanek ponczu i wzięłam na talerzyk kilka ciastek. Z tym zestawem wróciłam do Rossa i usiadłam mu na kolanach wręczając szklankę z napojem i kładąc sobie talerzyk na brzuchu. Piłam poncz zagryzając ciastkami patrząc jak Rocky, Riker i Ryland wygłupiają się w rytm puszczonej muzyki. Wywijali przy tym nieźle bioderkami. Gdy nasze naczynia się opróżniły odstawiłam je na stolik i wtuliłam się w tors mojego chłopaka. Potrzebowałam tego ciepła. Mimowolnie nawet nie zauważyłam kiedy lego dłoń wylądowała na moim brzuchu. Przeszedł mnie wtedy przyjemny dreszczyk, bo przypomniałam sobie o moim przyszłym potomstwie, które z każdym dniem coraz bardziej we mnie rośnie. Cieszy mnie bardzo ta wiadomość, jednak nadal zwlekałam z poinformowaniem Rossa. Wolałabym poczekać aż będziemy zupełnie sami. Wtedy będzie bardziej stosownie.
- Kocham cię. - Wyszeptał mi do ucha.
- Ja ciebie też. - Odpowiedziałam i wtuliłam się w niego mocniej.
- Dasz się zaprosić dzisiaj na kolację? - Powiedział słodko. Spojrzałam mu w oczy jakbym szukała w nich potwierdzenia przed chwilą usłyszanych słów.
- Oczywiście, że tak, kochanie. - Powiedziałam i przytuliłam go co oczywiście odwzajemnił. Podczas grilla bawiliśmy się świetnie. Nie obyło się bez żartów i wygłupów. Do domu wróciłam dopiero o 19, lecz tylko na chwilę by się przebrać. Ubrałam niedawno kupioną błękitną sukienkę, czarną skórzaną kurtkę i czarne baletki. Lekko się pomalowałam a włosy związałam w dobieranego z tyłu kłosa. Spojrzałam w lustro psikając się ulubionymi perfumami i wyszłam z pokoju chowając do kieszeni pieniądze oraz telefon. Rzuciłam rodzicom krótkie „idę” i wyszłam z domu. Przed budynkiem już czekał na mnie blondyn. Był bardzo przystojny. Miał na sobie czarne rurki, białą koszulę, czarne conversy i czarną skórzaną kurtkę. Szybko do niego podbiegłam i wpiłam się w jego usta. Ten przyciągnął mnie bliżej do siebie i ze zdwojoną mocą oddał gest.
- Pięknie wyglądasz. - Powiedział lustrując mnie wzrokiem.
- Ty też niczego sobie. - Odpowiedziałam śmiejąc się, na co blondyn uczynił to samo. Objęliśmy się i udaliśmy do restauracji, w której Ross zarezerwował nam stolik. Byliśmy tam po kilku minutach. Zajęliśmy miejsca i zamówiliśmy posiłek. Ja zdecydowałam się na naleśniki ze szpinakiem i latte, a Ross kurczaka z pure i latte. Dania były wyborne.
- Kotek, spróbuj tego. - Powiedział zgarniając na widelec odrobinę kurczaka i ziemniaków zbliżając go w moim kierunku szybko otworzyłam usta i wzięłam kęs.
- Mmm, świetne. - Skomentowałam. - A spróbuj to. - Powiedziałam podając mu kawałek mojego dania.
- Pyszne. - Powiedział. Gdy zjedliśmy, a kelner odniósł puste talerze Ross złapał mnie za ręce i położył je na stole.
- Lau, mamy za miesiąc trasę po Europie. Pojedziesz z nami? - Zaproponował nagle, co mnie z początku zdziwiło, ale po chwili ucieszyła mnie ta propozycja.
- Oczywiście, Rossy. - Odpowiedziałam nachylając się nad stolikiem w stronę chłopaka.
- W końcu nie będziemy musieli się rozstawać. - Rzekł i uczynił to co ja składając na moich ustach słodki acz czuły pocałunek. Randka była świetna, aż zupełnie zapomniałam o tym co powinnam powiedzieć Lynchowi. Jeszcze mam na to czas. Wracając ciągle przytulaliśmy się do siebie nie odrywając naszych ciał od siebie ani na moment. - Lau..? - Zaczął niepewnie chłopak zatrzymując się i patrząc mi w oczy.
- Co jest? - Zapytałam zaniepokojona.
- To dla ciebie – Powiedział wręczając mi małe granatowe pudełeczko. Aż zaniemówiłam. Otworzyłam je i wyciągnęłam zawartość. Był to piękny złoty naszyjnik z napisem „Ross”. - Żebyś pamiętała, że zawsze będę przy tobie. - Dokończył.

- Jest piękny, dziękuję. - Powiedziałam wzruszona i mocno wtuliłam się w chłopaka. Ten, gdy tylko się od siebie odsunęliśmy, założył mi go na szyję i pocałował w policzek. Czułam się jak w niebie. Wokół nas panowała ciemność, ale mimo to byłam w stanie dostrzec pojawiający się na jego twarzy uśmiech. Do domów wracaliśmy wyjątkowo długo. Może dlatego, że wcale nam się nie spieszyło i często zatrzymywaliśmy się po drodze. Dopiero grubo po godzinie 22 znalazłam się pod drzwiami własnego domu. Pożegnałam się z ukochanym czułym pocałunkiem i weszłam do domu. Wszyscy już spali, więc zamknęłam drzwi wejściowe na zamek i po cichu weszłam na górę. Umyłam się i przebrana w piżamę weszłam do łóżka. Po kilku minutach zasnęłam z szerokim uśmiechem na ustach.
********
Zabijcie mnie. Wróciłam po długiej nieobecności. Dodatkowo korzystając z okazji chciałabym wam życzyć wszystkiego najlepszego w 2016 roku. Spotkania świetnych ludzi, spełnienia marzeń i czego tam sobie zapragniecie. Za chwilę dodam następny rozdział, bo chyba tak lepiej. A wy jak sądzicie? Wolicie żebym rzadziej wstawiała rozdziały, a po dwa? Czy częściej po jednym?
Madame Lynch

poniedziałek, 30 listopada 2015

(95) 21. Cała prawda & Rozwiązanie

*Narrator*
Laura obudziła się dopiero po 30 minutach od utracenia przytomności. Z początku nie wiedziała gdzie się znajduje, ale szybko zreflektowała się, że jest to szpital. Od razu zaczęła sobie przypominać co się właściwie stało. Pamiętała wszystko, nagły ból brzucha, zawroty głowy i utrata przytomności. Nadal nie czuła się za dobrze, ale mimo to poprawiła szpitalną kołdrę i usiadła na łóżku. Po chwili do sali wszedł lekarz. - Pani Marano, dobrze, że odzyskała pani przytomność. Dobrze się pani czuje? - Zapytał doktor stając koło łóżka.
- Już lepiej, panie doktorze. - Powiedziała nastolatka i poprawiła szpitalną kołdrę.
- Pamięta pani co się stało?
- Tak, byłam z przyjaciółmi na zakupach i idąc parkiem nagle się słabo poczułam i zemdlałam. - Streściła pokrótce brązowowłosa.
- Dobrze. Mam dla pani pewną wiadomość. Ale musi mi pani najpierw odpowiedzieć na pytanie.
- Dobrze, proszę więc pytać.
- Wymiotowała pani ostatnio i była głodniejsza niż zwykle?
- Tak, ale co to może znaczyć panie doktorze?
- Znaczy to tyle, że jest pani w 1 tygodniu ciąży. - Poinformował ją lekarz i wyszedł z sali. Dziewczyna była szoku. W ciąży? Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad potomkami. Wiedziała, że ma jeszcze na to czas. A tymczasem zaszła w ciąże? Laura odkryła nakrycie łóżka i odsłoniła swój brzuch. Delikatnie go pogłaskała po czym westchnęła. Znów przykryła się kołdrą i przytuliła się do niej. Następnie położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Choć nie była zmęczona, zasnęła błyskawicznie. Obudziła się dopiero gdy do sali wszedł lekarz. - Ja tylko na chwilę, myślałem, że pani nie śpi. - Tłumaczył się mężczyzna.
- Coś się stało? - Zapytała niepewnie.
- Nie, ależ skąd? Mam tylko wypis dla pani. - Powiedział i wręczył Marano kartkę. - Proszę się zgłosić do mnie za 3 tygodnie. Wtedy będę mógł wykonać niezbędne badania. - Powiedział.
- Dobrze, dziękuję. - Odpowiedziała dziewczyna i powoli wstała udając się z rzeczami do łazienki. Ubrała tą samą bluzę co wcześniej tylko zamiast jeansów włożyła na siebie czarne kupione wcześniej leginsy. Było jej tak o wiele wygodniej. Nowe ubrania wpakowała do torby, którą kupiła zostawiając tylko 2 reklamówki z butami. Poprawiła fryzurę i wyszła z ubikacji. Na korytarzu zastała nadal czekających Rydel i Ellingtona. Dziewczyna, gdy tylko spostrzegła szatynkę, zerwała się z miejsca i podbiegłszy do niej mocno przytuliła, co nastolatka szybko odwzajemniła. Po chwili podszedł do nich Ratliff i przytulił obie dziewczyny.
- Boże, już się obawiałam, że coś ci się stanie. Ross nigdy by mi tego nie wybaczył. - Powiedziała blondynka mając w oczach łzy.
- Spokojnie Delly, już jest dobrze. - Odpowiedziała dziewczyna. - Możecie mnie odprowadzić do domu? Muszę się zdrzemnąć. - Dodała.
- To może przyjdziesz co nas? - Zaproponował Ell.
- Dziękuję, ale nie. Zmęczona jestem i potrzebuję ciszy i spokoju. - Powiedziała i poszła w stronę drzwi. Para po chwili do niej dołączyła. Laura przez całą drogę milczała. Rydellington chcieli już coś powiedzieć, ale uznali, że jest zmęczona i pewnie dlatego nic nie mówi. Młoda Marano cały czas myślała o maleńkiej istocie, która powoli w niej rosła. Zastanawiała się jak powiedzieć to Rossowi, bo przecież musiał wiedzieć. Obiecała mu, że nigdy więcej go nie okłamie. Zaczęło do niej docierać dlaczego od tygodnia chodziła głodna, przytyła, mdlała i miała wahania nastroju. To wszystko, bo była w ciąży. Wiedziała, że teraz będzie częściej miewała poranne mdłości, będzie osłabiona i z miesiąca na miesiąc coraz więcej ważyła. Nim się spostrzegła doszła do domu. Pożegnała się z przyjaciółmi i weszła do domu. Pozostali mieszkańcy zdążyli już wrócić z zakupów. Laura bez słowa pobiegła na górę i zamknęła się w pokoju. Rzeczy rzuciła w kąt pomieszczenia. Nawet bez przebierania się wskoczyła do łóżka i momentalnie zasnęła.
<Tymczasem u Rossa>
Prawie najmłodszy Lynch siedział w swoim pokoju. Niedawno wrócił z galerii handlowej. Był tam nie bez przyczyny. Od dawna polował na pewien prezent dla swojej wybranki aż w końcu udało mu się go pozyskać. Nie był najtańszy, ale dla niego nie liczyła się gotówka tylko uśmiech na twarzy ukochanej. Schował go głęboko w szafie, bo chciał go dać w odpowiednim momencie. Istotnie ważną rzeczą było również dla niego, aby nikt tego nie znalazł. Zamknął dobrze mebel i wyszedł z pokoju. Po chwili znalazł się w kuchni. Ponieważ był głodny, zrobił sobie kanapki i przygotował zieloną herbatę z maliną. Z tym daniem udał się do salonu. Był sam w pomieszczeniu. Spokojnie usiadł na kanapie i zaczął spożywać posiłek kiedy nagle do pokoju wbiegł Rocky i Ratliff.
- Ross jedz to szybko, za 5 minut mamy próbę. - Powiedział uradowany Rocky.
- Już idę. - Powiedział. Przyjaciele zeszli do sali prób, a Ross szybko zjadł posiłek i jeszcze szybciej wypił napój. Już po kilku minutach znalazł się w pomieszczeniu i wziął do ręki gitarę. Wszyscy stanęli przed mikrofonami i grając na sprzętach zaczęli śpiewać. Próba trwała dość długo, bo oprócz śpiewania zespół omawiał także sprawy nadchodzącej trasy koncertowej. Doszli do wniosku, że skoro Ross nigdzie nie wyjeżdża dobrym pomysłem będzie pojechać w kolejną trasę. Ustalili, że już jutro ją ogłoszą, a odbędzie się za miesiąc. Wszystko mieli już doskonale zaplanowane – miasta jakie odwiedzą, daty koncertów. Wszystko udało im się załatwić w przeciągu pół dnia. Ross w końcu zrobił się senny, więc wszedł się umyć i w piżamie poszedł spać. Po chwili zasnął.
**************
Rozdział jako tako się klei. Co myślicie? Jak bardzo słaby jest? Pewnie się tego spodziewaliście nieprawdaż? Zapraszam was ciepło do komentowania.
Madame Lynch

(94) 20. Dziwne zachowanie & Niewiedza

*Laura*
Dzień po ślubie wszyscy odprowadziliśmy nasze małżeństwo na lotnisko, bo stamtąd wybierają się na Hawaje na miesiąc miodowy. Gdy odlecieli wróciliśmy do domów. Dopiero późnym wieczorem ok. 22 znalazłam się umyta we własnym łóżku. Położyłam się i spokojnie zasnęłam. Jednakże w środku nocy zbudził mnie ogromny ból brzucha. Zrobiło mi się strasznie niedobrze, więc szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki. Tam zwymiotowałam. Czułam się potwornie. Bolał mnie brzuch, głowa i do tego jeszcze wymiotowałam. - „Może się czymś zatrułam.” - Pomyślałam. - „Albo zaszkodziła mi zbyt duża ilość jedzenia.” - Przeszło mi przez myśl. Gdy wymioty ustąpiły spłukałam wodę i wróciłam po cichu do pokoju zgarniając po drodze miskę w razie ewentualnych nawrotów wymiotów. Gdy położyłam się do łóżka zreflektowałam się, że jest 6:25, a wydawało mi się, że jest dopiero grubo po północy. Położyłam głowę na poduszce i przykrywszy się kołdrą zamknęłam oczy. Po chwili odpłynęłam do krainy Morfeusza. Obudziłam się dopiero o 10:00. Spojrzałam na telefon, a tam 1 nieodebrany sms. Szybko weszłam w aplikacje sms'ową i odczytałam wiadomość.
- „Lau, pojechaliśmy po zakupy. Chcieliśmy cię wziąć ze sobą, ale jeszcze spałaś. Miałaś miskę przy łóżku, więc pewnie w nocy wymiotowałaś. Weź może idź z tym do lekarza, bo to może być coś poważnego. Miłego dnia, córeczko.” - Napisała moja mama. Wiem, że z tym wymiotowaniem to nic takiego, więc po co mam iść i tracić czas u lekarza, skoro wiem, że powiedziałby to samo co ja? Zrobię sobie ciepłą ziołową herbatę, zjem śniadanie i na pewno samo przejdzie. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Weszłam do kuchni i przygotowałam napój oraz jajecznicę. W końcu usiadłam przy stole i szybko skonsumowałam posiłek oraz wypiłam herbatę. Przez te poranne wymioty byłam wykończona, więc też byłam głodna. Zjadłam jeszcze 2 tosty z serem i kawałek pizzy z lodówki. Gdy się już najadłam wróciłam do pokoju i przebrałam się w ubrania na wyjście, bo umówiłam się z Rydel i jej chłopakiem do kawiarni. Miał iść z nami też Ross, ale musiał odebrać jakieś ważne papiery. Postanowiłam ubrać się w zwykłą szarą bluzę z nadrukiem i czarne rurki. Do tego dopasowałam białe krótkie converse i czarne solarki. Włosy związałam w dobieranego warkocza z tyłu głowy i zrobiłam małe czarne kreski pod oczami. Spojrzałam na zegarek, trzeba było już wychodzić, więc schowałam do kieszeni telefon, portfel i chusteczki. Wyszłam z domu i zamknęłam go na klucz, po czym schowałam je do kieszeni spodni. Spokojnym krokiem podążyłam w stronę umówionej kawiarni. Nosiła ona nazwę Starbuck. Picie było tam nie do opisania. Uwielbiam spotykać się tam ze znajomymi. To idealne miejsce do rozmów i spotkań. Gdy byłam już przed drzwiami kawiarni, dostrzegłam przez witrynę Ella i Rydel. Weszłam do środka i podeszłam do nich.
- Hej. - Powiedziałam. Oboje wstali. Rydel do mnie podeszła i przywitałyśmy się całusem w policzek. Tak samo było z Ellingtonem. Usiadłam na wprost pary i zamówiłam mój ulubiony napój, czyli frappucino. - Jak tam wam się układa? - Zapytałam ciekawa.
- A dobrze. - Opowiedziała Delly i się uśmiechnęła.
- Lepiej być nie mogło. - Dopowiedział Ratliff i objął swoją dziewczynę. Wyglądali razem tak słodko. Zupełnie jak ja i Ross. Szkoda, że go tutaj nie ma. Tęsknię za nim chociaż nie widziałam go zaledwie od wczoraj. Rozmawiałam z Rydellington o wielu sprawach. Poruszaliśmy wiele różnych tematów. Świetnie mi się z nimi rozmawiało. Na moment nie myślałam o Rossie. Gdy wszystko wypiliśmy, zapłaciliśmy z zamówienia, a ja pociągnęłam ich w stronę pobliskiej galerii handlowej, ponieważ nagle naszła mnie ochota na zakupy. Przyjaciele zgodzili się bez problemu. Rydel powiedziała nawet, że i tak miała przy okazji kupić sobie nowe buty i sukienkę. Całą trójką poszliśmy do najbliższego sklepu. Ellington usiadł na kanapie, bo jak twierdził nie chciał nic kupować. Jednak Rydel w końcu przekonała go żeby chociaż zobaczył co jest ciekawego. Nie myliła się, po chwili chłopak wszedł do przebieralni z kilkoma ubraniami. Mi bardzo spodobały się błękitne baletki i czarne koturny oraz czarna sukienka, zielone rurki, kwiecista luźna tunika i niebieska bluza. Poszłam do przebieralni i kolejno przymierzałam każdy z ciuchów. Co dziwne nie mogłam wejść w wybrane rurki. Ściągnęłam je i popatrzyłam na dolne kończyny i przejrzałam się w lustrze.
- Dziwne, kiedy ja przytyłam? - Powiedziałam do siebie i zaczęłam się zastanawiać. Po chwili doszło do mnie, że przecież ostatnio jem bardzo dużo i na pewno to się odbiło na mojej wadze. Tyle, że to nie moja wina, że jestem wiecznie głodna. - Od jutro muszę zacząć dbać o siebie. - Rzekłam cicho. Spodnie odłożyłam na krzesło, a przymierzyłam resztę. Po kilku minutach zdecydowałam się na dwie pary butów, kwiecistą tunikę i niebieską bluzę. Z wybranymi ubraniami wyszłam z przymierzalni i zauważyłam, że wyszli także moi przyjaciele. Odwiesiłam niepotrzebne ubrania i podeszłam do kasy zgarniając jeszcze czarne leginsy. Przy ladzie udało mi się jeszcze dorzucić świetną jasnobrązową dużą torbę, czarny lakier i złoty naszyjnik ze znakiem nieskończoności. Zapłaciłam za wszystko i trzymając w rękach torby czekałam na ławce przed sklepem na Rydellington.
- O widzę, że ktoś tu był na zakupach. - Powiedział jakiś głos z kpiną. W tej samej chwili ujrzałam przed sobą... Cody'ego.
- A ty nadal w L.A.? Czego ode mnie chcesz? - Powiedziałam zdenerwowana wstając.
- Od ciebie nic, po prostu uwielbiam wkurzać ludzi. - Zaśmiał się cwaniacko.
- Super, a teraz idź stąd. - Zdenerwowałam się jeszcze bardziej. Cody bez słowa odszedł, nie wiedziałam jak mam to odebrać. Z jednej strony cieszyło mnie, że bez większej kłótni po prostu sobie poszedł, ale z drugiej obawiałam się, że może coś wymyślić, bo mimo wszystko wiedziałam, że do wielu jest zdolny. Moje myśli przerwali Rydel i Ellington, którzy wyszli ze sklepu. Ryd miała 4 torby, a jej ukochany 2. Ustaliliśmy, że pójdziemy odnieść zakupy do domów. Szliśmy spacerkiem przy ruchliwych ulicach Los Angeles. Nie śpieszyło nam się. Chcieliśmy nacieszyć się swoim towarzystwem. Ratliff wziął od Delly dwie torby i złapał za rękę. Para szła tuż obok mnie.
- Lu? - Zapytała nagle Rydel wychylając się zza swojego chłopaka. Spojrzałam na nią. - Co sobie ciekawego kupiłaś? - Dodała.
- Kwiecistą tunikę, niebieską bluzę, błękitne baletki, czarne koturny, czarne leginsy, czarny lakier, złoty naszyjnik i torbę. A wy? - Odpowiedziałam.
- Ja dwie sukienki, jedną niebieską, drugą różową, niebieskie szpilki, brązowe koturny, czarną torbę, jeansy i złotą tunikę. - Rzekła dumnie.
- A ja trzy koszule, dwie pary spodni i zegarek. - Powiedział Ellington i pocałował Rydel w policzek. Szliśmy właśnie parkiem. Rozkoszowałam się świeżym powietrzem. Czułam jak delikatne podmuchy wiatru lekko rozwiewają moje włosy. Uśmiech widniał na mojej twarzy, jednak w pewnej chwili nagle znikł. Zaczęło kręcić mi się w głowie. Czułam jak nagle świat zaczyna wirować. Ostatnie co pamiętam to, że straciłam przytomność, a potem widziałam już tylko ciemność.
*Narrator*

Rydel i Ellington nagle spostrzegli, że z ich przyjaciółką nie dzieje się najlepiej. Ledwo szła i się chybotała. Już chcieli zapytać czy czuje się dobrze, kiedy nagle dziewczyna zemdlała. Ellington zdążył ją złapać i wziąć na ręce. Rydel chwyciła wszystkie ich torby i para udała się z dziewczyną do szpitala. Martwili się o Laurę i nie chcieli, by coś złego się jej stało. Już po dziesięciu minutach znaleźli się w placówce. Młoda Marano nadal nie odzyskiwała przytomności, więc lekarz postanowił przewieść ją na sale i jak najszybciej zrobić wszystkie potrzebne badania. Para natomiast niecierpliwie usiadła w poczekalni rejestrując nastolatkę. Ich zmartwienie rosło coraz bardziej, a najgorsze było dla nich to, że nie mogą być teraz przy niej i wspierać. Rydel wymyślała wszystkie najgorsze scenariusze m.in. o powrocie choroby, ale Ellington starał się ją uspokoić. Oboje wyczekiwali na ciąg dalszy sprawy.
**************
Witajcie, ale dawno mnie tu nie było. Przepraszam was, ale miałam ogromny zawrót głowy. W ogóle pamiętacie jeszcze o mnie? Mam dla został rekompensatę w formie dwóch rozdziałów. Kolejny za chwilkę. Co sądzicie o rozdziale? Podoba się? 
Madame Lynch