Była sobie 16 - letnia dziewczyna
imieniem Laura Marano. Była to urocza, niska szatynka o brązowych oczach. Miała ona najlepszego przyjaciela - Rossa Lyncha. Był to wysoki blondyn o pięknych brązowych oczach. Połączyła ich pasja - miłość do muzyki, a może nawet do siebie. Kto wie? Rozumieli się bez słów, a ich przyjaźń trwała przez lata.
Uwielbiali się razem wygłupiać i pisać do późnej nocy. Każdy
mówił, że do siebie pasują, ale oni tak nie uważali. Może i
mieli takie same charaktery, zainteresowania i w wyglądzie byli
podobni, ale nigdy nie pomyśleli nawet, że mogliby kiedyś być
razem. Było tak przynajmniej do pewnego dnia. Wtedy wszystko
zmieniło się już na zawsze. Laura siedziała w swoim pokoju i
jak co dzień pisała z Rossem. Ich rozmowa niczym nie różniła
się od poprzednich, poleciały serduszka i czułe słówka, ale w
pewnej chwili chłopak napisał coś co złamało dziewczynie serce,
choć jeszcze o tym nie wiedziała.
"Słuchaj, zakochałem się.
Wcześniej to wypierałem, ale teraz już wiem, że było to błędem.
Jestem zakochany na zabój."
Laura, gdy to przeczytała
poczuła jak łzy napływają jej do oczu. Nie wiedziała dlaczego,
ale zaczęła płakać z bólem i rozpaczą. Napisała, że to
świetnie i musi kończyć po czym z żalem rzuciła się na łóżko.
Przypomniały jej się wszystkie chwile spędzone z Rossem, to uczucie jak się
przytulali, jak go zauważała, jak z nim pisała. To było wręcz
nie do opisania. Przed oczami wciąż miała sceny z ich wspólnych
spotkań i wyjść we dwoje lub w większym towarzystwie. W tej
chwili wszystko stało się jasne - dziewczyna zakochała się na
zabój w swoim najlepszym przyjacielu. Przestraszyła się. Jej
największym strachem była utrata tego chłopaka, który znaczył dla niej cholernie dużo, zniszczenie tej
mocnej więzi przez to uczucie, które w tej chwili nazwała
"głupim". Płakała całą noc, najbardziej bała się
spojrzeć chłopakowi w oczy, powstrzymać łzy i powiedzieć, że
wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bała się tego, że nie da
rady i zniszczy wszystko wyznając prawdę. Postanowiła jednak
kłamać, okłamywać chłopaka i samą siebie. W końcu uważała to za najlepsze wyjście i jedyny sposób, aby go nie stracić.
Następnego dnia, dziewczyna od rana
unikała chłopaka, nie chciała spojrzeć w jego hipnotyzujące ją
brązowe oczy. Nie chciała też, aby zauważył, że coś się
dzieje, więc w ogóle z nim nawet nie miała kontaktu wzrokowego.
Udawało jej się to do zakończenia lekcji. Dziewczyna szybko wyszła
ze szkoły i szła w kierunku swojego domu. On od początku wiedział,
że coś jest nie tak, ale za każdym razem jak chciał podejść ona
uciekała i udawała, że go nie zna. Chciał wiedzieć o co chodzi,
czuł, że to coś poważnego, bo Laura nigdy się tak nie
zachowywała. Poszedł, więc za nią. Dogonił ją po kilku
minutach, złapał delikatnie za biodra i odwrócił w swoim
kierunku, po czym spojrzał jej głęboko w oczy. - Co się stało?
Czemu się tak zachowujesz? - Zapytał, ale nie otrzymał
odpowiedzi.
- Jak? - Zapytała po kilku minutach ciszy.
- Unikasz mnie, nie rozmawiasz, nie patrzysz, udajesz, że mnie nie znasz. O co chodzi? - Rzekł ze zmartwieniem.
- To wszystko zniszczy. Nie chcę
tego. Nie chcę zniszczyć naszej przyjaźni. Zbyt wiele dla mnie
znaczy, ona jak i ty. - Powiedziała po chwili, a pojedyncza łza spłynęła po
jej delikatnym poliku. Lynch starł ją opuszkiem palca i
kontynuował.
- Nie ma takiej siły, która
zniszczy naszą przyjaźń. Nie pozwolę na to. - Dziewczyna już
wiedziała co zrobić. Musiała powiedzieć chłopakowi prawdę,
przecież na nią zasługiwał. Nie chciała go stracić, ale
uważała, że zasłużył na szczerość. Wzięła głęboki wdech i
wyrwała się z objęć chłopaka.
- Ty nic nie rozumiesz!!! -
Wykrzyczała mu prosto w twarz. - Kocham cię, ale ty kochasz
inną. Nie chcę niszczyć tego, ale jak widać nie ma innego wyjścia.
Cześć. - Dokończyła i odwróciła się do chłopaka plecami. Znów kilka pojedynczych łez spłynęło po jej delikatnej skórze. Blondyn nie dał za wygraną i gwałtownie odwrócił ją z powrotem
łapiąc za nadgarstki. Od razu wpił się w jej usta z miłością i
pożądaniem. Ona na początku zdezorientowana, po chwili
odwzajemniła pocałunek. On czuł do niej to samo i gdy się
oderwali powiedział jej te magiczne słowa „Kocham cię.”..........
I żyli długo i szczęśliwie........
Morał z tego taki: „Nigdy nie
okłamuj samego siebie, bo to tylko sprawia, że przestajesz ufać
innym.”
************* Joł, joł, joł. :D Mam dla was one shot'a, bo jak na razie to jedyne co udało mi się napisać. Podoba wam się? Rozdział się piszę, powoli, ale mimo wszystko. Od teraz tak mogę zapełniać przerwy pomiędzy rozdziałami, co wy na to? Podoba się wam owa idea?
„Wiedziałam,
że jest źle, ale nie wiedziałam, że aż tak. Straciłam wszystko,
czego od zawsze pragnęłam, przez te głupie wyniki.” - Laura
Marano.
*Oczami narratora.*
Ten dzień z pozoru wydawał się być
jednym z lepszych, ale nie dla Laury i Rossa. On poprzedniego dnia
stracił głos i nie wiedział co zrobić, aby go odzyskać, a
przecież już dzisiaj miał się odbyć koncert R5, a ją
poprzedniego dnia zawieźli do szpitala i po zrobieniu jej
szczegółowych badań oczekiwali na ich wyniki, które miały
zdiagnozować jej dolegliwości. Szatynka od 5 rano leżała w sali
segregacji i starała się być cierpliwa. Rodzice siedzieli razem z
nią. Chcieli dzwonić po Rossa, ale Laura im zabroniła mówiąc, że
sama to zrobi w odpowiednim momencie. - Wy też idźcie do domu,
poradzę sobie. - Zwróciła się do rodziców.
- Kochanie, nie zostawimy cię tutaj. -
Powiedział ojciec dziewczyny.
- Jedźcie do domu. Jestem już
dorosła, poradzę sobie. - Nadal próbowała postawić na swoim. W
końcu po kilku minutach przekonała małżeństwo do powrotu do
domu. Po kilku minutach w sali pojawił się lekarz i pokazał
nastolatce wyniki badań. - Ale to przecież niemożliwe, to musi być
jakaś pomyłka. - Powiedziała, mając w oczach łzy.
- To żadna pomyłka pani Marano,
bardzo mi przykro, ale niestety jest pani chora na białaczkę, ale
spokojnie, zrobimy co w naszej mocy, aby była pani zdrowa. -
Powiedział lekarz, jednak to wcale nie pocieszyło szatynki. Wyszedł
z sali segregacji, a dziewczyna schowała twarz w poduszkę i zaczęła
gorzko płakać. - Co teraz będzie? Ross mnie zostawi, bo przecież
nikt nie będzie z chorą dziewczyną. - Powiedziała płacząc. Całe
jej dotychczasowe życie w tym momencie przeszło jej przed oczyma.
Przypomniała się jej każda chwila spędzona z Rossem. Jej
największym strachem było to, że on ją zostawi, a nie samo
oblicze tej choroby. Zakazała lekarzowi cokolwiek mówić rodzicom i
przyjaciołom, a ten jako, że jest ona pełnoletnia, musiał się
zgodzić na jej warunki. W tym samym czasie niczego nieświadomy Ross
szedł wraz z zespołem na plac, na którym miał się odbyć
wyczekiwany przez wszystkich festiwal. Głos mu jeszcze nie powrócił,
ale mimo to zespół zdecydował się wystąpić. Postanowili, że w
razie czego, Ross będzie tylko grał, a oni będą śpiewać i grać.
W kulisach za sceną byli już o 12, a koncert miał się zacząć o
14. Ross musiał odpoczywać, aby były większe szanse na odzyskanie
jego głosu, ale niestety, tak się nie stało. Minuty mijały, a z
głosem Rossa nie było nawet o mały procencik lepiej.
- Panie i panowie, przed wami zespół
R5. - Powiedział w końcu kierujący całą uroczystością. Zespół
wszedł na scenę, a Ross był chyba najbardziej zestresowany. Zajęli
swoje miejsca i gdy mieli już zacząć grać, nagle ten sam głos
powiedział. - R5, może dacie teraz Rossowi solówkę, tak dawno nie
śpiewał sam. - Zaproponował, a to wszystko to był pomysł
Cody'ego, który stał pod sceną i rozmawiał z kierownikiem, który
okazał się być jego krewnym. Chciał, aby Ross ośmieszył się
publicznie. Tłum zaczął skandować imię blondyna, a ten nie
wiedział co zrobić.
- Wie pan, Ross.... - Zaczęła Rydel,
ale Ross przerwał jej ruchem ręki. Wziął do rąk gitarę i stanął
na samym środku sceny, a przed sobą postawił mikrofon. - Ross, co
ty......? - Zaczęła blondynka, ale tym razem przerwał jej Cody.
- Kochana, Ross wie co robi. -
Powiedział i uśmiechnął się do niej cwaniaczko.
- Tyyy. Nienawidzę cię, chcesz żeby
się ośmieszył publicznie, prawda? - Powiedziała.
- Co? Nie, ależ skąd? - Powiedział
i odszedł w idealne miejsce do obserwowania klęski Rossa Lyncha na
żywo. Blondyn zaczął powoli grać, aż robił to coraz pewniejszy
siebie. Jego rodzeństwo stało z boku i obserwowało wszystko z
wielkim strachem w oczach, obawiali się tego co się teraz stanie.
Przecież Ross stracił głos. Do końca życia, wszyscy by się z
niego śmiali. Brązowooki nadal grał, a gdy był już coraz bliżej
momentu, w którym powinien zacząć śpiewać, stało się coś
dziwnego. Ross rzucił gitarę do swojego brata – Rocky'ego, a sam
spojrzał na realizatora dźwięku i puścił mu oczko, a ten puścił
muzykę. Po chwili z ust Rossa wydobyły się słowa piosenki. On sam
był w szoku, że udało mu się zaśpiewać, a już nie wspomnę o
jego rodzeństwu i Cody'm, któremu szczęka opadła aż do samej
podłogi z wrażenia. Gdy reszta zespołu się otrząsnęła, podeszli
do swoich instrumentów i zaczęli na nich grać. Zaśpiewali
piosenki ze swojej najnowszej płyty i wszyscy bawili się tam
świetnie. Jednak nagłe uzdrowienie Rossa to nie był koniec
niespodzianek dla niego i jego rodziny. Gdy R5 po swoim koncercie na
festiwalu wchodzili do garderoby, jeden z mężczyzn podszedł do
Rossa i się przedstawił.
- Witaj, jestem Patrick Adams i jestem
dyrektorem najlepszej uczelni wyższej z wydziałem muzycznym w USA.
Wasz koncert był niezwykły, ale najbardziej podobał mi się twój
wokal. On jest idealny do naszej uczelni. Chciałbym ci zaproponować
stypendium abyś mógł się u nas kształcić w kierunku muzyki.
Zgadzasz się do nas dołączyć? - Powiedział, a ta propozycja
momentalnie zwaliła Rossa z nóg. To dla niego życiowa szansa, ale
jeszcze nie wiedział o najgorszym. Przecież, aby osiągnąć
jakikolwiek sukces trzeba wiele poświęcić i wielu się wyrzec i
tak było i w tym przypadku. - Stypendium obejmuje opłacenie
wszystkiego, 4-letnie studia, więc jest to zupełnie darmowe jak dla
ciebie. - Dodał po chwili. Blondyn patrzył na mężczyznę ze
zdziwieniem i zaskoczeniem w oczach. Z jednej strony jeszcze w to nie
dowierzał, a z drugiej nie wiedział co odpowiedzieć. Gdy już miał
coś powiedzieć, mężczyzna wziął głos za niego. - Uczelnia jest
w Nowym Jorku, więc musiałbyś wyjechać i najlepiej jeszcze przed
końcem lutego. - Rzekł i właśnie to sprawiło, że decyzja Rossa
zmieniła się o 180 stopni.
- „To dla mnie wielka szansa i
zapewne jedyna w życiu, ale nie mogę się zgodzić. Mam tutaj
rodzinę, przyjaciół, Laurę.” - Pomyślał i już miał to
powiedzieć, gdy znów przerwał mu dyrektor owej uczelni.
- Wiem, że masz tutaj rodzinę i
przyjaciół, ale pomyśl co mógłbyś robić po tych 4 latach nauki
w naszej uczelni. Twoja szansa na zapamiętanie cię do końca życia,
a nawet dłużej wzrosłaby diametralnie. Nikt już nigdy by o tobie
nie zapomniał i mógłbyś spełniać swoje marzenia bez obawy, że
nikt tego nie doceni. Wiem, że o tym marzysz, bo zawsze w wywiadach
podkreślasz jak ważne jest dążenie do spełnienia marzeń i
realizowanie swoich celów. Nie karzę ci odpowiadać teraz, ale
wiedz, że masz czas do 31 stycznia z decyzją, bo chcę wiedzieć
czy szykować dla ciebie miejsce czy przeznaczyć je dla kogoś
innego. To mój numer telefonu i jak już się zdecydujesz to dzwoń
śmiało. Jak masz pytania to też dzwoń. - Wręczył chłopakowi
wizytówkę i odszedł bez słowa. Brązowooki schował ją do
kieszeni i jakby nic się nie stało udał się do garderoby, w
której to przebrał się i zajął miejsce na widowni obok swojego
rodzeństwa. Wszyscy bawili się tam świetnie, tylko Ross dawał
wrażenie przybitego i tak było, bo nie wiedział co wybrać. Przed
nim było najtrudniejsze pytanie w życiu 'Wyjechać czy zostać?', a
on nie miał pojęcia jaka jest na nie odpowiedź, która mogłaby mu
pomóc. Gdy ktoś zapytał 'Co się stało?' on zawsze odpowiadał,
że nic tylko jest zmęczony. Festiwal skończył się około 24:00.
Rodzeństwo spakowało swoje instrumenty i ubrania i pojechali
samochodem do domu. Riker, który prowadził wyjął klucze ze
stacyjki i razem z rodzeństwem i Ell'em wziął klamoty. Weszli do
domu, zapalili światło i wszystkim poza Rosssem torby spadły z
wrażenia po tym kogo zobaczyli w swoim domu.
*W
następnym rozdziale*
Tajemniczy
gość zostaje u rodziny Lynch na dłuższy czas. Tylko Ross się z
tego cieszy i zaprasza chłopaka do swojego pokoju. Kim jest
tajemniczy gość? Czy pozostali go zaakceptują? Co doprowadziło do
tego, że nastolatek u nich zamieszkał? Odpowiedzi poznacie w
następnym rozdziale 3 sezonu tego opowiadania.
PREMIERA JUŻ WKRÓTCE.
*************
YEAH! W końcu coś wstawiłam!!!! Cieszycie się kochani? Ja bardzo. Wena mi jeszcze jako tako nie wróciła, ale udało mi się coś napisać. Podoba się? Następny rozdział nie wiem kiedy będzie, musicie być cierpliwi, ale tak będzie do wolnego, bo wtedy będę miała więcej czasu na pisanie i takie tam. Postanowiłam zmienić swoje życie, więc i rozdziały będą mam nadzieję częściej.
Witajcie, mam dla was newsa. Założyłam nowego bloga. mam już napisanych kilka rozdziałów, ale zacznę go prowadzić dopiero gdy ta historia się skończy. Jakby co zapraszam:
http://ausllymoimtlenem.blogspot.com/
Całuski :-* Marta Lynch.
„Musisz
się wyleczyć, bo inaczej nici z naszego koncertu. Przecież jesteś
na głównym wokalu. Bez ciebie koncert nie może się odbyć.” -
Rydel Lynch.
*Oczami narratora.*
Nastał kolejny piękny dzień w Los
Angeles. Minęło już kilka dni od ostatnich wydarzeń. Jutro miał
nastać ważny dla wszystkich dzień. Miał się bowiem odbyć
coroczny Festiwal Muzyki w Los Angeles. R5 już od samego rana
przygotowywało się do występu. Wcześniej uznali, że Ross będzie
śpiewał wszystkie piosenki, bo jako jedyny ma odpowiedni głos, a
oni będą służyć za chórki. Chłopak kilka dni wcześniej umówił
swoją dziewczynę – Laurę z kolegą swojego ojca, który jest
lekarzem na wizytę, która miała się odbyć dzisiejszego dnia.
Dziewczyna nie chciała, aby chłopak z nią jechał choć ten
nalegał. Uznała, że woli najpierw się dowiedzieć co z nią jest,
a dopiero potem powiedzieć o wszystkim Rossowi. Około godziny 10 u
progu drzwi rodziny Lynch pojawił się Cody Christian. Ross wpuścił
go do środka i razem przeszli do pokoju prób. Chłopak usiadł na
jednym z krzesełek i patrzył jak gra zespół. Przyjaciele zagrali
kilka piosenek, które oczywiście śpiewał Ross. W pewnej chwili
poczuł się spragniony. - Pójdę się napić. - Powiedział.
- Pójdę z tobą. - Dodał Cody i
razem udali się do kuchni. Ross sobie zrobił sok wiśniowy, który
pomaga przy śpiewaniu, a Cody'emu i reszcie multiwitaminę. Różnica
w kolorze tych cieczy tylko pomogła Cody'emu. Gdy Ross poszedł po
tackę na szklanki, chłopak wyciągnął z kieszeni jakąś
saszetkę, otworzył ją i wsypał jej zawartość do szklanki z
napojem Rossa, po czym wszystko dokładnie wymieszał. Po chwili
wrócił blondyn z tacką i razem ruszyli na górę.
- Jesteśmy. - Powiedział Ross i
rozdał wszystkim po szklance, a sam wziął swoją i wypił jej
zawartość, a Cody w głębi duszy triumfował gdy blondyn wziął
ostatniego łyka. - Ok, możemy grać. - Dodał brązowooki. Wszyscy
zajęli swoje miejsca i zaczęli grać. W końcu dało się też
usłyszeć głos Rossa, który na początku był spokojny, a potem
coraz wyższy. W końcu trafił na najwyższą nutę, ale niestety
zafałszował co mu się nigdy nie zdarza. Po chwili powtórzył to,
ale bez skutku, Ross stracił głos dzień przed występem.
- Ross, co się stało? - Zapytał Cody
z udawanym współczuciem. Tak naprawdę w głębi duszy cieszył się
z kolejnego nieszczęścia Rossa.
- On stracił głos, nie widzisz? Jak
ślepy jesteś to idź do okulisty. - Powiedział zdenerwowany Riker.
- Riker spokojnie. - Powiedział Rocky.
- On nie jest tego wart. - Dodał.
- Właśnie, mamy tu większy problem.
Ross stracił głos. - Potwierdził Ellington.
- Ross.... - Zaczęła Delly i podeszła
do chłopaka. - Musisz
się z tego wyleczyć, bo inaczej nici z naszego koncertu. Przecież
jesteś na głównym wokalu. Bez ciebie koncert nie może się odbyć.
- Powiedziała i przytuliła chłopaka, a ten odwzajemnił jej gest.
Na migi powiedział wszystkim, że ich bardzo przeprasza i udał się
do swojego pokoju, a Cody zadowolony jak zawsze udał się do swojego
domu. Ross czuł, że wszystkich zawiódł, swoich rodziców,
rodzeństwo, przyjaciół i fanów, którzy tak bardzo czekali na ich
koncert. Choć to nie była jego wina, uważał, że tak jest. Usiadł
na łóżku i wyciągnął spod niego pudełko, po czym ściągnął
jego wieczko i wyciągnął z niego zdjęcia. Na każdym z nich był
młodszy Ross i jego rodzina. Były one jeszcze z czasów jak
śpiewali w piwnicy, a potem w wesołym miasteczku. Rossowi od razu
zrobiło się miło na sercu gdy przypomniał sobie te wszystkie
lata z muzyką. Przypomniał mu się także dzień, w którym po raz
pierwszy poszedł do akademii tańca, gdzie zapisał się w wieku 5
lat. Tego dnia towarzyszył mu wielki stres, bo owa szkoła
przyjmowała tylko osoby spełniające określone wymogi. Poziom w
niej był wysoki, ale dzięki swoim umiejętnością, Ross zrobił
olbrzymie wrażenie na jurorach i mógł się zacząć kształcić w
owej placówce. Po dziś dzień wspomina tamto wydarzenie. Każdego
ranka gdy się budzi uświadamia sobie, że muzyka to całe jego
życie i nie przeżyłby bez niej nawet godziny. Teraz gdy stracił
głos, bał się, że potem wszyscy będą wytykać jego rodzinę i
przyjaciół palcami, bo on nie mógł zaśpiewać na Festiwalu
Muzyki w Los Angeles. Wszystkie zdjęcia schował do pudełka gdy
nagle usłyszał dźwięk sms'a. Wziął telefon do rąk i odczytał
ową wiadomość, która była od jego przyjaciela Caluma.
„Dziękuję ci bardzo Ross, że
doradziłeś mi oświadczyć się Raini. Zgodziła się. Chcielibyśmy
abyście z Laurą byli naszymi świadkowymi. Zgadzasz się? Planujemy
się pobrać jeszcze przed końcem stycznia, więc nie ma zbyt wiele
czasu.”
Ross niezwłocznie mu odpisał, że się
zgadza tylko nie wie co z Laurą, ale z nią o tym pogada i da mu
znać. Ten mu tylko odpisał któtkie „OK” i na tym skończyła
się ta refleksja. - Ross, tutaj jesteś. Wszędzie cię szukałam. -
Powiedziała Rydel wchodząc do pokoju młodszego brata. - Masz tu
herbatkę z ziołami. Podobno pomaga w gojeniu się strun głosowych,
więc wypij, a potem się połóż i prześpij, a jutro się zobaczy
jaki będzie twój głos. - Ross jej na migi podziękował i wykonał
polecenia starszej siostry. Po wypiciu owej substancji położył się
spać z nadzieją, że jutro będzie lepiej.
<Tymczasem w domu rodziny Marano.>
Laura właśnie się ubierała, bo za
kilka minut wychodziła na spotkanie z panem doktorem Adamem Voice, u
którego miała umówioną wizytę. Chciała iść tam sama, więc
odmawiała gdy Ross i Vanessa zaproponowali jej, że z nią pójdą.
Gdyby tylko mała Marano wiedziała co ją czeka. Ubrała się w
fioletowe rurki, biało-czarną koszulkę na ramiączkach w poziome
paski, a do tego dobrała różowe baleriny i czarną skórzaną
kurtkę. Była już gotowa, więc zarzuciła torbę na ramię i
pożegnawszy się z rodziną, opuściła rodzinny dom. Udała się do
szpitala i była tam po 40 minutach. W poczekalni czekała 10 minut,
aż lekarz w końcu ją przyjął. - Witaj Laura, Ross mi o tobie
dużo opowiadał. - Powiedział mężczyzna. - To co się z tobą
dzieje? - Zapytał, a Laura usiadła na prost niego.
- Panie doktorze, bo to jest tak, że
ja od kilku dni wymiotuję, kręci mi się w głowie, nie chcę nic
jeść, humor mi się zmienia kilka razy na minutę i ostatnio też
trochę przytyłam. - Wyjaśniła.
- Hmm, dobrze. Połóż się proszę na
łóżku i podwiń koszulkę. - Nakazał lekarz. Dziewczyna wykonała
jego polecenie, a ten zrobił jej UZG. - Dobrze, powiedz mi, czy
myślałaś ostatnio o macierzyństwie? - Zapytał po zakończeniu
badań.
- Ostatnio trochę tak. Niedawno miałam
sen, w którym była pani będąca w ciąży i pchała przed sobą
wózek dziecięcy, ale on był pusty. - Powiedziała. - Panie
doktorze, co to może znaczyć? - Zapytała przestraszona.
- Wiesz, w ciąży nie jesteś, bo
badania by to wykazały, ale skoro masz takie objawy i myślisz dużo
o macierzyństwie, to znaczy, że masz urojoną ciążę. -
Powiedział. - Słyszałaś o tym? - Zapytał.
- Coś obiło mi się o uszy. Ale
podobno mają to tylko kobiety, które bardzo pragną dziecka.
- Owszem, ale wszystko może w tych
czasach się zdarzyć. - Powiedział. - Może gdzieś w głębi duszy
pragniesz mieć dziecko i twój organizm tak się zachowuje. - Dodał.
- Musisz przestać się wszystkim stresować i odpocząć. Najlepiej
nie myśl o ciąży i macierzyństwie, a jak to nie pomoże to pod
koniec miesiąca zgłoś się do mnie. - Doradził, a dziewczyna
podziękowała mu, pożegnała się z nim i opuściła szpital.
Wracała do domu okrężną drogą, bo chciała dotlenić swój
organizm.
- Laura, Laura, zaczekaj!!! - Krzyczał
ktoś z oddali. Dziewczyna odwróciła się w stronę owego głosu i
ujrzała przed sobą Cody'ego.
- Po co mnie wołasz? - Zapytała
oschle. Cody nic nie odpowiedział tylko pociągnął szatynkę za
rękę i prowadził w nieznanym dla niej kierunku. Puścił ją
dopiero gdy znaleźli się w odludnej części parku. Stanął przed
nią i zaczął się do niej zbliżać.
- Ross stracił głos, więc nie
wiadomo czy wystąpi jutro na Festiwalu Muzyki w Los Angeles. -
Powiedział i pogłaskał Laurę po policzku. - Są na to marne
szanse. - Dodał i jeszcze bardziej zbliżył się do dziewczyny.
Przytwierdził ją do ściany, a jej ręce trzymał uniemożliwiając
jej ucieczkę. Jeszcze bardziej się do niej zbliżył, a dziewczyna
próbowała się za wszelką cenę uwolnić, jednak nic jej to nie
dało. Cody był od niej o wiele silniejszy. Christian już miał
pocałować brązowooką, ale ta korzystając z jego nieuwagi, z
całej swojej siły nadepnęła na stopę chłopaka swoim obcasem od
buta. Ten syknął z bólu i złapał za bolącą część ciała.
Laura w tym czasie zdążyła mu dać w twarz z liścia i uciec z
tamtego miejsca. Biegła ile tylko miała sił w nogach, co nie było
dla niej łatwą czynnością, ponieważ miała na stopach 5 cm
szpilki. Po kilkunastu minutach dobiegła pod dom swojego chłopaka.
Podeszła do drzwi i miała już zadzwonić dzwonkiem, gdy nagle
usłyszała dźwięk sms'a. Odblokowała telefon i przeczytała ową
wiadomość, której nadawcą był Cody.
„Nie powiesz mu tego, bo wiesz, że
on ma teraz ważniejsze sprawy na głowie, tak jak utrata głosu. Z
resztą tylko spróbuj, a zrobię wszystko abyście nie byli już
razem. Raz mi się przecież udało.”
Dziewczyna nic mu nie odpisała tylko
schowała telefon do kieszeni. Bardzo chciała powiedzieć o
wszystkim Rossowi, ale za bardzo bała się tego, że przez to go
straci. Powoli wycofała się z chodnika przed ich domem i weszła do
swojego mieszkania. Już od progu przywitała ją rodzina i zaczęła
zasypywać pytaniami. - Wszystko w porządku? Co powiedział lekarz?
- Zapytała dziewczynę mama. Ona chciała już coś odpowiedzieć,
ale nagle zrobiło jej się niedobrze i pobladła. Zaczęło się jej
kręcić w głowie i zemdlała, ale dzięki zwinnemu refleksowi jej
ojca, dziewczyna upadła w jego ramiona. - Jedziemy do szpitala. -
Powiedziała Ellen Marano i razem z mężem zaniosła Laurę do
samochodu. Vanessie kazali zostać w domu i wszystkiego pilnować. Po
kilku minutach samochód odjechał, a nikt nie wiedział co się
dzieje. Jednak już za chwilę wszystko miało się wyjaśnić.
*W
następnym rozdziale.*
Laura jest
poddana szczegółowym badaniom. Wkrótce wszystko staje się jasne,
jednak jest to dla Laury wielki szok. W tym samym czasie R5 próbuje
wszystkiego, aby Ross odzyskał głos. Co wykażą wyniki badań
Laury? Czy to dobra, czy zła nowina? Czy Ross odzyska głos i R5
wystąpi na Festiwalu Muzyki w Los Angeles? Odpowiedzi na te pytania
szukajcie w 6 rozdziale 3 sezonu.
PREMIERA JESZCZE NIE UZGODNIONA.
************ Witajcie znów. Dawno mnie tu nie było. Pamiętacie mnie jeszcze? Mam nadzieję, że tak. Dodaję rozdział, który napisałam dawno, ale jakoś nie mogłam go znaleźć. Następnego jeszcze nie mam bo wena mi nadal nie wróciła. Nie wiem kiedy go wstawię i wgl napiszę, ale musicie być cierpliwi. Mam teraz trochę problemów i nie mam głowy myśleć o blogu. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
Witajcie kochani,
Piszę tą notke z tableta, bo nie mam przy sobie laptopa. Dzisiaj niestety nie będzie rozdzialu bo brat zabral mi kompa nawet mnie nie uprzedzajac. Wiem ze rzadko je wstawiam ale ostatnio coś dziwnego się ze mną dzieje. Nie umiem sie nawet skupić na lekcji, ale nie mam pojecia czemu. Musicie mnie zrozumieć, bo serio nie jest mi latwo. Stracilam pasję do pisania i wszystkiego co kochałam. Nawet do życia. Nie wiem czemu tak jest, ale proszę, wybaczcie mi.
Caluski :* Marta Lynch.
"Wraz z
dzisiejszym pojawieniem się tego chłopaka, zaczęli się bać, że
przez niego Ross się od nich oddali i będzie podobnie jak
wcześniej.” - Marta Lynch.
*Oczami narratora.*
Następnego dnia Ross wstał o 4:00, a
to tylko dlatego, że śnił mu się sen inny niż wszystkie. Było w
nim coś magicznego, a jednocześnie tajemniczego. Śniła mu się
bowiem scena na wzór zdarzenia z przyszłości.
„Ross Lynch ma już kilkadziesiąt lat.
Jest szczęśliwym mężem i kochającym ojcem. Niedawno wziął ślub
ze swoją ukochaną – Laurą Marano, z którą ma uroczą córeczkę
Roxanne w skrócie Roxi. Bardzo je obie kocha i nie wyobraża sobie
żeby mogłoby ich kiedykolwiek zabraknąć. W trójkę mieszkają w
wielkim domu, które codziennie odwiedza rodzina chłopaka i
dziewczyny. Wszystko już jest idealne, ale tylko dla nich. Wszystko
się zmienia gdy......”
W tej chwili owy sen został przerwany
w nienajlepszy sposób. Rocky, który chciał zrobić reszcie kawał,
podłączył gitarę elektryczną do włączonych głośników i
zagrał na niej melodię na full. Wszyscy od razu wstali jak oparzeni
i zeszli zdenerwowani na dół. - Rocky! Co ty najlepszego
wyprawiasz?! - Krzyknęła zdenerwowana Rydel.
- Pogięło cię, czy co?! - Dodał
równie zdenerwowany Riker.
- Chciałem tylko abyście szybciej
wstali. - Wyjaśnił zmieszany Rocky i uśmiechnął się sztucznie.
Ross zszedł po schodach i podszedł do swojego brata. Dziwne było
dla innych to, że on jako jedyny nie był zły na brata.
- Rocky, a jaki jest prawdziwy powód
twojego zachowania? - Zapytał brązowooki zwany Rossem.
- Ross, on przecież chciał nas
zdenerwować. - Powiedział Riker będąc nadal bardzo wkurzonym.
- Rocky, nam możesz powiedzieć
wszystko, przecież wiesz. Jest 4:00, nie zrobiłeś tego żeby nas
zdenerwować tylko abyśmy zwrócili na ciebie uwagę, nieprawdaż? -
Objaśnił Ross, a Rocky aż wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Każde
słowo jego młodszego brata zgadzało się w jego obecnym tokiem
myślenia.
- Czemu sądzisz, że chciałem w ten
sposób zwrócić waszą uwagę? - Zapytał szatyn patrząc młodszemu
bratu w oczy.
- Ja to po prostu wiem, Rocky. - Wyznał
chłopakowi. - A teraz mów co zaprząta twoją głowę. - Rozkazał
blondyn, a chłopak wyjaśnił mu wszystko od początku do końca.
- Po prostu boję się tego koncertu,
bo to podobno dla nas wielka szansa, której nie możemy zmarnować.
Podobno ma tam być jakiś łowca talentów, który prowadzi wpływową
wytwórnię płytową w USA. - Wyznał po czym spuścił ze smutkiem
głowę nie chcąc patrzeć komukolwiek w oczy. Ross za to spojrzał
porozumiewawczo na rodzinę i wzrokiem nakazał im, aby usiedli obok
nich i spróbowali pocieszyć Rocky'ego. Oni oczywiście wykonali
jego prośbę i przytulili szatyna.
- Nie martw się Rocky. Ten koncert
jest jak wszystkie nasze dotychczasowe występy. Jeśli będziemy się
przejmować, nic nam nie wyjdzie. Szansa jak każda i trzeba z niej
skorzystać, bo potem możemy tego żałować. Jeśli nie on to
będzie kolejny właściciel wytwórni płytowej, któremu spodoba
się nasza muzyka, zobaczysz. - Doradził mu Ross, a Rocky nic nie powiedział
tylko go przytulił.
- Dziękuję, Ross. Za wszystko.
Dziękuję, że jesteś. - Wyznał i poklepał młodszego brata po
plecach.
- Nie ma za co. - Odpowiedział blondyn
i przybił z braćmi i siostrą piątki. Potem zjedli w spokoju
śniadanie, a gdy zegarek wskazał 10:00 przeszli do pokoju prób i
zaczęli ćwiczyć. Dzisiaj Ross nie musiał iść do szkoły
ponieważ pani dyrektor ogłosiła, że przez kilka dni szkoła będzie
zamknięta z przyczyn technicznych. Blondyna bardzo cieszyła owa
nowina, bo mógł w spokoju poćwiczyć z zespołem i przygotować
się do koncertu na „Festiwalu Piosenki w Los Angeles”, od
którego podobno dużo zależało. Najpierw zagrali LOUD, a potem
jeszcze kilka najnowszych singli. Wszystko było świetnie do momentu
gdy próg domu Lynchów nie przekroczył pewien chłopak imieniem
Cody.
- Ja przyszedłem do Rossa. -
Powiedział Strormie i za jej pozwoleniem udał się w kierunku sali
prób. - Witaj Ross, przyjacielu. - Powiedział widząc całą grupę.
Blondyn do niego podszedł i przybili sobie piątki. - Może
pójdziemy razem na dzisiejszy mecz hokejowy. - Zaproponował.
- To świetny pomysł, wyszalejemy się
i spędzimy razem czas. - Powiedział Riker nie kryjąc swojej
euforii i razem z innymi udał się w stronę drzwi wyjściowych.
- Ale.. - Zaczął Cody. - Nie obraźcie
się, ale chciałem tam iść z Rossem, bo mam tylko dwa bilety. -
Ogłosił blondyn, a reszcie zrobiło się przykro, bo oni też
chcieli iść na mecz hokeja, a tymczasem okazuje się, że Cody
Christian zabiera im Rossa.
- Ok, to chodźmy. - Powiedział Ross i
porwał Christiana ze sobą. Obaj wyszli z domu Lynchów i udali się
do miejsca, w którym miał się odbyć mecz hokeja.
<Tymczasem w domu rodziny Marano.>
Laura siedziała w swoim pokoju, bo od
rana co chwilę zmieniał się jej humor i była wiecznie głodna.
Nikt nie wiedział co jest tego powodem, nawet ona sama. W pewnej
chwili nastolatka weszła do łazienki ochlapała się letnią wodą.
Potem wytarła swoją twarz ręcznikiem, podeszła do lustra i
zaczęła się malować. Gdy skończyła, jeszcze raz stanęła przy
lutrze, ale tym razem bokiem i podwinęła bluzkę. Robiła tak co
jakiś czas, bo nie chciała zbytnio przytyć. Dzisiaj zauważyła
coś dziwnego, jej brzuch był troszkę większy niż zazwyczaj, a
przecież każdy wie, że Laura jest szczupłą dziewczyną. - Może
idź do lekarza. - Powiedziała Vanessa, która nagle pojawiła się
z uchylonych drzwiach. Jej nagłe przybycie tak przestraszyło
młodszą dziewczynę, że o mało co się nie przewróciła.
- Czemu? - Zapytała Laura i schowała
brzuch.
- Bo może jesteś chora. Ciągle
jesteś głodna, zmieniają ci się nastroje, często boli cię
brzuch i wymiotujesz, to mogę być objawy poważnej choroby. Lepiej
idź do lekarza. - Doradziła Vanessa.
- Masz rację, ale teraz mnie żaden
lekarz nie przyjmie. Musiałabym czekać na wizytę w długiej
kolejce. - Zauważyła szatynka i wyszła z łazienki, a starsza
dziewczyna udała się za nią.
- Mówiłaś o tym Rossowi? - Zapytała
Vanessa.
- Mówiłam mu, ale teraz myśli, że
już nic mi nie jest, bo potem powiedziałam, że wszystko w porządku.
- Powiedziała i usiadła na łóżku w swoim pokoju. Gdy jej telefon
nagle zaczął wibrować, wzięła go do rąk i odblokowała ekran.
Okazało się, że była to wiadomość sms od Rydel. Napisała
Laurze, że jak będzie miała czas to niech do niej zadzwoni, więc
dziewczyna to zrobiła włączając na głośny, aby Vanessa także
mogła wszystko usłyszeć.
- Jak dobrze, że tak szybko
zadzwoniłaś, Laura. - Powiedziała Rydel po odebraniu połączenia.
- Co się stało? - Zapytała Vanessa
zamiast Laury.
- Chodzi o Rossa. On dzisiaj poszedł z
Cody'm na mecz hokejowy, ale boimy się, że on go nam zabierze. -
Wyznała blondynka.
- Czemu tak sądzicie? - Zapytała
Laura.
- Sama nie wiem, Cody mógł się wcale
nie zmienić i teraz może chcieć żeby Ross nas zostawił dla
niego. - Wyżaliła się z łamiącym się głosem dziewczyna.
- Delly, spokojnie. Przecież Ross was
nigdy nie zawiódł. Wie jaki był Cody, bo znają się od małego.
Wiem, że mimo wszystko jest do niego zdystansowany, bo wszyscy wiemy
jak Ross traktuje ludzi, którym jeszcze nie do końca ufa. Nie martw
się na zapas, dobrze? - Doradziła jej starsza z sióstr.
- Masz rację Van, dzięki. -
Powiedziała i się rozłączyła, a Vanessa usiadła obok swojej
młodszej siostry.
- Wiem, że teraz boisz się o to samo
co rodzina Rossa. Chodź tu. - Powiedziała i przytuliła dziewczynę.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - Dodała i jeszcze mocniej ją
przytuliła.
<Tymczasem u Rossa.>
Mecz hokejowy właśnie się skończył,
a Ross wracał właśnie do domu. - Ross, Ross, zaczekaj! - Zawołał
go nagle ktoś z oddali. Chłopak się odwrócił i ujrzał przed
sobą Caluma zmierzającego w jego kierunku. - Widziałem jak
wychodziłeś z lodowiska, więc chciałem cie dogonić, bo muszę ci
coś powiedzieć. Znajdziesz dla mnie chwilkę? - Powiedział Calum.
- Jasne, o co chodzi? - Zapytał Ross.
Przyjaciele ruszyli z miejsca, a w tym czasie rudzielec opowiadał
wszystko brązowookiemu.
- Chcę oświadczyć się Raini. -
Wyznał chłopak.
- To fantastycznie, ale po twoim głosie
i tym, że mnie szukałeś wnioskuję, że się boisz to zrobić,
czy się nie mylę? - Kolejny raz Ross trafił bezbłędnie.
- Tak, nie wiem co mam robić, bo ja
naprawdę ją kocham.
- Ok, rozumiem, ale lepiej mi
odpowiedz. Boisz się jej oświadczyć, czy tego, że może ci
odmówić?
- Yyyy.... tego, że mi odmówi. -
Odpowiedział ze wstydem w głosie.
- Przecież ona cię kocha. Jestem
pewny, że się zgodzi bez wahania.
- Serio tak uważasz?
- Tak, a teraz idź do niej i się jej
oświadcz. - Powiedział i popchnął swojego przyjaciela w stronę
domu wspomnianej dziewczyny, a sam udał się pod dom Laury.
Zadzwonił dzwonkiem i już po chwili ujrzał przed sobą swoją
ukochaną.
- Cześć, kochanie. - Przywitał się
i pocałował wybrankę swego serca w policzek.
- Witaj, wejdź. - Powiedziała i
wpuściła chłopaka do środka. - Rodziców i Vanessy nie ma, bo
pojechali pozałatwiać jakieś ważne sprawy. - Wyjaśniła
chłopakowi i zaprowadziła go do swojego pokoju. Tam usiedli na
łóżku i bez słowa się przytulili. - Ross. - Zaczęła
dziewczyna, a chłopak spojrzał jej w oczy. - Zastanawiałeś się
kiedyś co będzie z nami gdy szkoła się skończy, a my pójdziemy
na studia? - Zapytała szatynka z przejęciem w głosie. Tak naprawdę
bała się, że gdy szkoła się skończy ich drogi się rozejdą i
już się nie spotkają.
- Laura, wiedz, że cię kocham i
cokolwiek się stanie, nie rozstaniemy się. W dniu zakończenia
szkoły, skończymy kolejny etap w swoim życiu, ale jednocześnie
zaczniemy nowy i to wspólnie. - Powiedział według dziewczyny
najromantyczniej na świecie.
- Jak dobrze, że cię mam. -
Powiedziała wzruszona.
- Masz i zawsze będziesz miała, już
ja o to zadbam. - Dodał i ją czule pocałował, a dziewczyna
odwzajemniła jego gest. Całowali się kilka może nawet kilkanaście
sekund. Nie liczyli tego, bo byli zbyt zajęci sobą żeby liczyć
jak długo się całują. W tym pocałunku było dużo namiętności
i pożądania, ale także miłości i pragnienia wzajemnej bliskości.
Ross powoli zaczął obniżać się wraz ze swoją ukochaną, aż ta
znalazła się na pościeli, a on kilka milimetrów nad nią. Nadal
się całowali, ale w pewnej chwili Laura przerwała tą romantyczną
scenę.
- Wybacz Ross, ale nie mogę. Jestem
ostatnio trochę obolała, rozumiesz? - Powiedziała patrząc mu w
oczy.
- Od kiedy tak masz? - Zapytał z
wyczuwalną troską w głosie.
- Od niedawna, Nessa namawiała mnie
abym poszła z tym do lekarza, ale teraz nie ma wolnych terminów.
- Znajomy mojego taty jest lekarzem,
więc mogę ci u niego załatwić wizytę.
- Serio? Zrobiłbyś to dla mnie?
- Dla ciebie wszystko, kochanie. -
Powiedział i ją pocałował, a ona to odwzajemniła. - Dzisiaj do
niego zadzwonię i ci napiszę kiedy ma wolne terminy. - Dodał.
- Dobrze, dziękuję ci bardzo, Rossy.
- Podziękowała i przytuliła uroczego blondyna. Jeszcze jakiś czas
porozmawiali, a Ross przez cały ten czas przytulał młodą Marano i
ją pocieszał. Po 19:00 wyszedł z domu dziewczyny i wrócił do
siebie, bo chciał, aby szatynka odpoczęła. Umył się i przebrany
w piżamę położył się w łóżku. Przykrył się kołdrą i
nawet nie zauważył jak znalazł się w objęciach Morfeusza.
*W
następnym rozdziale.*
Ross umawia
Laurę z kolegą swojego taty, który jest lekarzem, na wizytę. Gdy
mija kilka dni, zespół R5 ma próbę, jednak Ross niespodziewanie
traci głos. W tym samym czasie Laura jest u lekarza i ma badania.
Czy Ross wyzdrowieje do koncertu na „Festiwalu w Los Angeles”,
który jest następnego dnia? Co wykażą badania Laury? Czy to coś
poważnego? Dowiecie się wszystkiego czytając następny rozdział.
PREMIERA JUŻ 2.02.14.
********** Hejka, to znowu ja. Tęskniliście.? Hehe, mam nadzieję, że tak, bo ja tęskniłam. Wybaczcie, że tak rzadko dodaję rozdziały, ale na serio nie mam czasu, aby robić to częściej. Z moją psychiką nie jest ostatnio najlepiej, przez problemy straciłam nawet pasję do pisania i czas na to, ale spokojnie. Pasja mi powróciła i będę pisać i pisać. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie.
„Nie mam
pojęcia co się ze mną dzieje, ale wiem, że to na sto procent jest
coś poważnego.” - Laura Marano.
*Oczami Laury.*
Następnego dnia rano wstałam o 6:00,
ponieważ dzisiaj jest pierwszy dzień szkoły po naszym świątecznym
wolnym. Jeszcze o tym nie wiecie, ale w tym roku uczymy się tylko do
31 stycznia, bo jest to nasz ostatni rok w tej szkole. Chciałam już
podejść do szafy z ubraniami, ale nagle zrobiło mi się niedobrze
i nie zważając na nic wbiegłam do toalety, a tam zwymiotowałam.
Czułam się potwornie, bolał mnie brzuch oraz kręciło mi się w
głowie. - Lauruniu, co się dzieje? - Usłyszałam ciepły matczyny
głos za swoimi plecami.
- Źle się dzisiaj czuję, mamo. -
Odpowiedziałam i stanęłam przed nią. Rodzicielka dotknęła moje
czoło ręką, po czym spojrzała na mnie z powagą.
- Masz gorączkę, połóż się w
łóżku, a ja zadzwonię do szkoły i powiem, że cię dzisiaj nie
będzie. - Rozkazała, a ja posłusznie wykonałam jej polecenie.
Ułożyłam się wygodnie w łóżku i przykryłam swoje ciało
kołdrą. Czułam się naprawdę fatalnie, zupełnie tak jakby coś w
środku mojego ciała chciało mi pokazać, że istnieje. Nigdy się
tak nie czułam.
- Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje, ale
wiem, że to na sto procent jest coś poważnego. - Powiedziałam
sama do siebie, po czym położyłam głowę na poduszce. Powoli
przymknęłam oczy, aż wreszcie po wielkiej walce z bólem, udało
mi się zasnąć. Obudziły mnie dopiero przedzierające się przez
źle zasłoniętą roletę, promienie słoneczne. Powoli podniosłam
ociężałe powieki i ujrzałam nad sobą Rossa. - Co ty tutaj
robisz? - Zapytałam zdziwiona.
- Nie było cię dzisiaj w szkole, więc
zacząłem się martwić. - Wyjaśnił i pocałował mnie w czoło. -
Jesteś rozpalona. - Zauważył. - Co się dzieje? - Dodał.
- Nic takiego, tylko boli mnie głowa i brzuch.
- Powiedział łapiąc się za bolące miejsca.
- Powinnaś iść z tym do lekarza. Nie jestem
jakimś ekspertem w tej dziedzinie, ale wiem, że twoje objawy nie są
bez przyczyny. - Przekonywał mnie, a ja sama gdy tylko spojrzałam w
te jego cudne brązowe oczy, momentalnie zgodziłam się na wszystko.
- Masz rację. - Przytaknęłam. - Ale zrobię
to jak trochę mi się poprawi, bo teraz nie mam nawet siły wstać.
- Dodałam, a Ross jakby czytał w moich myślach i położył się
obok mnie i przytulił do siebie. - Ty zawsze wiesz czego chcę. -
Powiedziałam.
- Jesteś miłością mojego życia, więc
muszę o tobie wiedzieć wszystko. - Odpowiedział, a ja spojrzałam
mu w oczy.
- Serio wiesz o mnie wszystko? - Zapytałam nie
do końca w to wierząc.
- Oczywiście, wiem, że śpiewasz po
prysznicem piosenki mojego zespołu. Wiem, że za każdym razem gdy
oglądasz „Titanica”, płaczesz. Wiem, że kiedyś nie wierzyłaś
w miłość oraz to, że boisz się gdy w czasie nocnej burzy gaśnie
światło, a ty jesteś sama w domu. Znam cię na wylot, a wiesz
czemu? Bo cię kocham. - Powiedział i mnie pocałował. Czułam, że
wszystkie bóle i mdłości opuszczają całe moje ciało, dzięki
temu pocałunkowi od mojego ukochanego. Nie chciałam przerywać tej
magicznej i jedynej w swoim rodzaju, chwili, ale wszystko co fajne,
kiedyś się kończy. Tak samo było z pocałunkiem. Po kilkunastu
sekundach się od siebie oderwaliśmy i spojrzeliśmy prosto w oczy.
- Ja też. - Powiedziałam po chwili.
- Co ty też? - Zapytał blondyn nie wiedząc o
co mi chodzi.
- Też cię kocham. - Powiedziałam i się do
niego promiennie uśmiechnęłam. On od razu odpowiedział mi tym
samym.
- Cieszę się. - Powiedział i mnie przytulił.
Nagle zmorzył mnie sen i zasnęłam w jego ramionach. Czułam się
przy nim tak bezpiecznie i zarazem dobrze.
„Siedzę na kocu na łące pełnej kwiatów i
drzew. Za mną siedzi Ross i opasa mnie swoimi silnymi ramionami.
Jednak nie wyglądam tak jak codziennie. Co się we mnie zmieniło?
Otóż jestem w ciąży. Razem z moim ukochanym blondynem spodziewamy
się dziecka, które będzie owocem naszej wzajemnej i wiecznej
miłości. Nagle jakiś głos odezwał się znikąd. - Twoje życie
oraz twoich najbliższych już niedługo zmieni się na zawsze. -
Powiedział owy głos.
- Co masz na myśli? - Zapytałam.
- Sama zobaczysz. - Odpowiedział.”
Nagle poczułam, że się budzę. Podniosłam
swoje powieki i ujrzałam nad sobą uśmiechającego się do mnie
Rossa. Może to dziwne, ale w tej chwili wszystkie bóle uleciały ze
mnie niczym wiatr. Poczułam za to wielki głód.
- Głodna jestem. - Powiedziałam.
- A na co masz ochotę? - Zapytał.
- Na jakieś duże danie.
- Ok, już ci je robię. - Odpowiedział i
wyszedł. Wrócił po kilku minutach z talerzem pełnym naleśników
polanych sosem malinowym. Posiłek zjadłam z wielkim apetytem.
Potem, gdy mój stan się polepszył, przepisałam od Rossa lekcje z
przedmiotów, na których piszemy całkiem dużo oraz, przy jego
pomocy, nauczyłam się układu tanecznego, który zaczęli dzisiaj
ćwiczyć. Gdy skończyliśmy, była już 21:00. - Mam do ciebie małe
pytanie. - Zaczął Rossa, a ja spojrzałam na niego, aby
kontynuował. - Czy chciałabyś jechać ze mną i R5 w trasę
koncertową po Europie? - Zapytał.
- Jasne. - Powiedziałam i z tego ogarniającego
mnie szczęścia, przytuliłam go z całych swoich sił. Po kilku
minutach się pożegnaliśmy, a ja po umyciu się poszłam spać.
Ułożyłam się wygodnie na łóżku i przykryłam swoje ciało
kołdrą. Zanim położyłam głowę na poduszce, usłyszałam dźwięk
sms'a. Ściągnęłam telefon z szafki nocnej i odblokowałam ekran.
Zauważyłam, że mam jedną nieprzeczytaną wiadomość. Kliknęłam
na nią i przed moimi oczami pojawił się tekst, którego nadawcą
był mój ukochany Rossy.
„Noc
bez ciebie będzie dla mnie jak wieczność. Mam nadzieję, że jutro
się spotkamy, a teraz śpij dobrze moja kochana. Kocham cię.
Twój
Rossy.”
Nie wiem jak on to robi, że zawsze umie
poprawić mi humor. Po prostu w Rossie jest coś takiego, że będąc
przy nim nie umiem zaznać smutku. Uwielbiam jego czuły dotyk i
słowa, jakimi się do mnie zwraca. Kocham jego przepiękne brązowe
oczy i zawsze świetnie ułożoną fryzurę. Kocham go całego i za
wszystko. Szczęśliwa położyłam głowę na poduszce i momentalnie
znalazłam się w objęciach Morfeusza śniąc o mojej wspólnej
przyszłości z Rossem.
*W
następnym rozdziale.*
Laura czuje
się już lepiej, ale ciągle jest głodna i kilkanaście razy w
ciągu godziny zmienia się jej nastrój. W tym samym czasie Ross ma
próbę z zespołem, ale gdy pojawia się Cody, blondyn zaczyna
spędzać z nim więcej czasu niż z resztą, przez co R5 staje się
o niego zazdrosne. Czy zazdrość jest słuszna? Czy tym razem Ross
zostawi rodzinę i przyjaciół dla Cody'ego? Co się dzieje z Laurą?
Jakie będzie miało to skutki? Odpowiedzi poznacie czytając
następny rozdział. NASTĘPNY ROZDZIAŁ JUŻ 26.01.14.
********** Witajcie, dzisiaj krótko, bo muszę lecieć, a rozdział wstawiam na szybko. Mam nadzieję, że wam się podoba. Teraz będę je wstawia co 7-8 dni, bo wcześniej się nie wyrabiam.