piątek, 18 października 2013

(53) 17. Zawody & Wielkie rozczarowanie.

„Razem z pojedynczą łzą spłynęła także nadzieja, nadzieja, którą chłopak miał głęboko w swoim sercu, nadzieja, że jego przyjaciele jeszcze się pojawią.” - Marta Lynch.
*Oczami narratora.*
Dzisiaj jest, jak zwykle piękny, dzień w Los Angeles. Temperatura w cieniu przekracza 20 stopni celsjusza. Wszystko wskazuje na to, że ten dzień należy do najpiękniejszych, ale jednak kryje się za tym wszystkim coś więcej. Nikt nawet nie przypuszcza, że ten z pozoru udany dzień zmieni relacje całej czwórki naszych głównych bohaterów. Ross wstał o 6:00 i zadowolony podszedł do szafy. Był to bowiem jeden z najważniejszych dni w jego życiu, bo to właśnie dzisiaj miały się odbyć zawody karate, w których oczywiście brał udział. Wybrał odpowiednie ubrania i przebierając się wcześniej w łazience zszedł do kuchni zrobić sobie kanapkę. Ze zrobionym posiłkiem wszedł z powrotem do swojego królestwa, ponieważ wolał ominąć pouczającej rozmowy ze strony rodziców, której tematem byłoby na 100% jego wczorajsze zachowanie. Szybko zjadł swoje śniadanie i wziął do rąk nową gitarę, ponieważ miał jeszcze ponad godzinę do wyjścia, więc mógł to zrobić w spokoju. Od kilku dni po jego głowie chodziła jedna melodia, ale nie miał czasu jej zagrać, więc dlatego zrobił to dzisiaj. Po chwili łącznie z muzyką można było usłyszeć także melodyjny śpiew chłopaka. Ross od zawsze miał tak, że gdy miał już gotową melodię znacznie łatwiej szło mu z tekstem. Może to dlatego, że wtedy już wiedział jakiej będzie ona tonacji. Wbrew jego nastrojowi napisał wesołą balladę. Jej tekst oczywiście zapisał w śpiewniku. Gdy schował zeszyt do szuflady biurka była już 7:25, więc chwycił plecak z książkami i zszedł na dół. Widok tam zastany wcale go nie zaskoczył, ale też nie zadowolił. O tuż, przy stole w jadalni razem z jego rodziną siedział nie kto inny jak Cody. - Może niech go jeszcze adoptują. - Szepnął z wyczuwalną ironią w głosie. Nikt z rodziny go nie zauważył, bo każdy był zajęty prowadzeniem, według nich, ciekawej konwersacji na temat aktorstwa i muzyki, którą tworzy „R5” z gościem ich domu. Ross korzystając z okazji niepostrzeżenie wyszedł z domu i zapukał do drzwi wejściowych do domu Laury. Już po chwili pojawiła się przed nim szatynka. - Hej, idziemy? - Zapytał uśmiechając się promiennie.
- Tak. - Odpowiedziała dziewczyna i odwzajemniła jego gest. - Ross? - Zaczęła w czasie drogi, a chłopak na nią spojrzał. - Kiedy możemy przećwiczyć piosenkę na lekcję muzyki? - Zapytała z wyczuwalnym zaciekawieniem w głosie.
- Może być jutro, bo dzisiaj o 17 mam zawody?
- Ok, to przećwiczymy ją jutro, a dzisiaj masz zawody z karate?
- Tak i to jest dla mnie bardzo ważne, więc chciałbym, abyś ty, Calum i Raini na nie przyszli, bo moja rodzina o tym nie wie i lepiej będzie jak się nie dowie.
- Ok, na sto procent przyjdziemy i będziemy cię wspierać. - Powiedziała i pocałowała swojego chłopaka w policzek. Nie zauważyli nawet, że dotarli już do szkoły. Weszli do budynku, wyciągnęli potrzebne książki z szafek i ruszyli na pierwszą lekcję jaką była historia muzyki. Na następnej przerwie Ross i Laura szukali swoich przyjaciół, aby przekazać im nowinę. Znaleźli ich dopiero na ganku przy szkole gdzie siedzieli na ławce pod drzewem i przytulali się do siebie. Blondyn pewnym krokiem podszedł do nich, a jego dziewczyna uczyniła to samo.
- Cześć. - Powiedział brązowooki. - Dzisiaj o 17 w dojo „Czarne Smoki” w centrum odbędą się zawody karate, w których będę brał udział. To jest dla mnie bardzo ważne i dlatego chciałbym, abyście na nie przyszli. Czułbym się wtedy pewniej, a wy przy okazji zobaczylibyście na co mnie stać. To co, przyjdziecie?
- Jasne. - Odpowiedzieli jednocześnie, a chłopak ze szczęścia ich przytulił. Całą czwórką poszli na lekcje, ale nawet nie wiedzieli, że całą tą rozmowę słyszał największy manipulant w szkole, a oczywiście mowa tu o Cody'm Christianie. - „To dla ciebie jeden z najważniejszych dni, prawda? Skoro tak to ja sprawię, że nigdy go nie zapomnisz.” - Pomyślał i uśmiechając się cwaniacko ruszył na kolejną lekcję jaką była gra na instrumentach. Dalsze lekcje trwały bez większych przygód. Dla Rossa było dziwne, że Cody nie odezwał się do niego nawet jednym złośliwym słowem, ale prawda była taka, że on w myślach obmyślał plan ośmieszenia blondyna. Brązowooki wrócił do domu z dodatkowych zajęć o 15:30, a w domu zastał swojego wroga, który tego dnia kończył lekcje godzinę wcześniej niż on. Ross nie chcąc kłopotów, wziął z pokoju torbę i wyszedł z domu bez słowa. Po drodze kupił sobie wodę mineralną niegazowaną i bułkę w sklepie spożywczym, aby mieć siły na zawody. Po kilku minutach przekroczył próg dojo „Czarne smoki”. W oddali zobaczył swojego sensei'a Ryana rozmawiającego z Olivią i Leo.
- Ross, jak dobrze, że jesteś. - Powiedział mężczyzna gdy ten znalazł się obok nich. - Przebierz się w to kimono i coś zjedz. Widzimy się tutaj za dziesięć minut. - Powiedział i wręczył mu strój. On go wziął i poszedł się przebrać. Na podkoszulkę założył górę, a na dół spodnie. Górę przewiązał swoim czarnym pasem. W całości prezentował się doskonale. Wyjął z torby jeszcze wcześniej kupione produkty i zaczął konsumować bułkę i popijać ją wodą. Zjadł pieczywo, a wodę wypił do połowy. Butelkę zakręcił i wyszedł z nią z przebieralni. Z powrotem podszedł do Ryana.
- Jestem gotowy. - Rzekł
- To świetnie, teraz się rozgrzej, bo za 40 minut zaczynają się zawody, ktoś przyjdzie cię wspierać?
- Tak, moi przyjaciele obiecali, że przyjdą. - Powiedział i zaczął się rozgrzewać.

<Tymczasem przed domem Laury.>
Calum i Raini przyszli po swoją przyjaciółkę o 16:20. Z domu dziewczyny do dojo idzie się spacerkiem około 15-20 minut, a chcieli jeszcze porozmawiać z chłopakiem, więc woleli być tam przed czasem niż się spóźnić. Calum w imieniu wszystkich napisał Rossowi SMS'a obwieszczającego, że właśnie są w drodze na zawody. Szli ciągle przy tym rozmawiając. W pewnej chwili podszedł do nich Cody, który zrobił to tylko dlatego, że nie chciał dopuścić, aby trójka stojących przed nim nastolatków dotarła na zawody. - Hej wam. - Powiedział zaskakująco miło.
- Raczej nie powinniśmy z tobą rozmawiać. - Powiedział Calum, a dziewczyny przyznały mu rację. Bez dalszych refleksji odeszli od niego, jednak ten ich zatrzymał.
- Wiem, że Ross opowiedział wam o mnie te wszystkie okropieństwa, ale ja już nie chcę taki być. Chcę się zmienić i móc się z wami zaprzyjaźnić. - Powiedział i posmutniał. Każdy kto go znał wiedział doskonale, że właśnie w tej chwili kłamie. Przyjaciele, jednak nie zdążyli poznać go zbyt dobrze i mu uwierzyli. Chociaż nawet nie wiedzieli, że popełnili największy błąd, za który przyjdzie im w może nie tak dalekiej przyszłości zapłacić. Dali się nabrać na skruszony i z pozoru szczery smutek, który tak naprawdę jest tylko „dobrą miną do złej gry”.
- Skoro tak to ci pomożemy, ale nie nie dzisiaj, bo teraz się spieszymy. - Wyjaśniła wyraźnie wzruszona Laura.
- Wiem, że idziecie wspierać Rossa, ale jest dopiero 16:30, a stąd do dojo idzie się 5 minut, więc może pójdziemy na chwilę do kawiarni. - Cody doskonale wiedział, że przyjaciele jego wroga mają miękkie serce, więc prędzej czy później zgodzą się na jego propozycję.
- No nie wiem. - Powiedzieli jednocześnie.
- Nie dajcie się prosić, to tylko dziesięć minut, a potem was puszczę. - Dalej próbował ich przekonać, a oni w końcu mu ulegli.
- Ok. - Powiedzieli jednocześnie. Weszli do kawiarni stojącej obok centrum handlowego. Usiedli przy jednym z wolnych stolików i już po kilku minutach delektowali się szarlotką i sokiem owocowym. Całej czwórce rozmawiało się tak dobrze, że zupełnie stracili poczucie czasu. Przez cały ten czas Cody robił wszystko, aby tylko nie spojrzeli na zegarek. Laura, Calum i Raini nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że w tej samej chwili kilka metrów dalej w dojo „Czarne Smoki” ich najlepszy przyjaciel traci zmysły, bo oni jeszcze się nie pojawili. Był smutny, ale też jednocześnie zdenerwowany zawodami. Dojo do którego Ross zaledwie kilka dni temu wrócił, pokładało w nim wielkie nadzieje. Wiedzieli, że chłopak ich nie zawiedzie i pokona wszystkich swoich przeciwników. Teraz Ross nie mógł od nikogo usłyszeć słów otuchy. Faktem jest, że Leo, Olivia, Ryan i kilka innych osób życzyło mu powodzenia, ale dla niego to nie to samo. On wolał usłyszeć to od swoich najlepszych przyjaciół, którzy jeszcze do niedawna nie wiedzieli o jego talencie do sztuk walki. Z każdą minutą, która przybliżała wszystkich do rozpoczęcia zawodów, Ross czuł coraz większy strach, wywołany brakiem przyjaciół. - „A co jeśli coś im się stało? - Przeszło mu przez myśl, ale po chwili całkowicie usunął ją ze swoich myśli. - Nawet tak nie mów, nic im nie jest, pewnie się spóźnią, w końcu nigdy cię nie zawiedli. Na pewno przyjdą. Na pewno.” - Wmawiał sobie, ale za każdym kolejnym razem gdy to sobie powtarzał powoli przestał w to wierzyć. Myślał, że cały ten strach zniknie wraz z rozpoczęciem się zawodów, ale tak się nie stało. Razem z pojedynczą łzą spłynęła także nadzieja, nadzieja którą chłopak miał głęboko w swoim sercu, nadzieja, że jego przyjaciele jeszcze się pojawią. Nigdy się nie spóźniali, więc Ross wiedział, że już nie przyjdą. - „To dla mnie jeden z najważniejszych dni w życiu, a oni tak porostu mnie wystawili? Nie chcę ich znać.” - Pomyślał i próbując się otrząsnąć wstał z ławki i skierował się w stronę maty, bo właśnie miał walczyć z jakimś ciemnoskórym chłopakiem. Karate wymaga całkowitego skupienia, więc Ross pozostawił wszystkie zmartwienia i żal poza matą, a skupiając się na walce wygrał pierwszą walkę. Wygrana go jednak wcale nie cieszyła, bardziej zastanawiał się na tym gdzie mogą być jego przyjaciele. Zawody trwały jeszcze do 19:00. Ross miał powód do świętowania, bo wygrał każdą walkę i dostał za to medal. On jednak zaraz po przebraniu się w ubrania, w których przeszedł i zarzuceniu torby przez ramię wyszedł z dojo przybity. Wyszedł z centrum handlowego i nadal ze spuszczoną głową szedł przed siebie. W pewnym momencie na chwilę podniósł głowę i tak jakoś wyszło, że spojrzał w swoją lewą stronę. To co tam zobaczył sprawiło, że poczuł, że jego oczy się zaszkliły, jednak za wszelką cenę próbował powstrzymać się od płaczu. Za szybą przy jednym ze stolików zobaczył bowiem swoich przyjaciół, całych i zdrowych, jednak byli oni w towarzystwie Cody'ego. - „Najpierw obiecali, że przyjdą, a potem się nie pojawiają. Gdy ja się o nich martwię, oni siedzą sobie w kawiarni kilka metrów od dojo w towarzystwie JEGO. Ale czy ja się smucę? Nie, ależ skąd.” - Pomyślał. Spojrzał jeszcze raz na przyjaciół, którzy byli wyraźnie zajęci rozmową z wrogiem ich przyjaciela i pogrążając się w smutku wrócił do domu. Dopiero gdy upadł na swoje łóżko dał upust zbierającym się od kilku minut pod powiekami łzom. Najbardziej bolało go to, że jego przyjaciele dali się nabrać na zagrania Cody'ego. - „Pewnie słyszał moją rozmowę z przyjaciółmi o zawodach i stąd się o tym dowiedział. Jestem pewien, że zrobił to wszystko specjalnie.” - Przeszło mu przez myśl. Jego przemyślenia przerwał SMS. Jak się potem okazało od Laury. - Super, teraz sobie o mnie przypomnieli? - Szepnął sam do siebie z nutką ironii w głosie. Mimo wszystko otworzył wiadomość i przeczytał umieszczony w niej tekst. „Ross, bardzo cię przepraszamy, że nie było nas na zawodach, które były dla ciebie bardzo ważne. W czasie drogi do dojo weszliśmy na chwilę do kawiarni i była jakaś awaria, że nie można było otworzyć drzwi i nie było też zasięgu.” - Aha i jeszcze kłamią, no ładnie. - Powiedział do siebie i szybko odpisał na wiadomość. „Aha, czyli Cody pomagał wam znaleźć zasięg. No popatrz, a myślałem, że on tego nie umie. Po co wam te kłamstwa? Hm? Już i tak wystarczająco cierpię, bo zostawiliście mnie w ten bardzo ważny dla mnie dzień, a wy mi jeszcze dokładacie. Ale nie martwcie się, Cody na pewno was przyjmie z otwartymi ramionami. Możecie się śmiało z nim przyjaźnić, bo ja już nie chcę was znać.” Po wysłaniu wiadomości wyłączył telefon i znów dał się ponieść uczuciom. Łzy spływały po jego policzkach niczym rwący potok. W tej chwili czuł się bezbronny i niechciany. Przez czyny jednej osoby cierpiał bardziej niż gdy dowiadywał się, że wszystkie jego dziewczyny go zdradziły z tą samą osobą, która nim gardziła i poniżała na każdym kroku. Blondyn nie wiedział jednak, że to dopiero początek jego cierpienia. Prawdziwe piekło dopiero się zbliża. Po kilku godzinach płaczu usnął z wycieńczenia nawet się wcześniej nie myjąc.
*W następnym rozdziale.*
Calum, Laura i Raini próbują wszystkiego, aby Ross im wybaczył, jednak on za bardzo cierpi. Tego samego dnia Cody mówi rodzinie chłopak o kradzieży, której dopuścił się Ross. Czy Ross ucierpi jeszcze bardziej? Czy Cody mówił prawdę? Odpowiedzi pojawią się w następnym rozdziale.
**********
Hejka, to ja. Tęskniliście? Heh. Dzisiaj mam wyśmienity humor, bo dostałam super dwie 5 i jedną 5-, choć myślałam, że zasługuję ledwo na tróję. Jak widać życie potrafi zaskakiwać. Nie przedłużając, mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu, bo już nie długo stanie się coś spektakularnego.
Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Następny rozdział w poniedziałek (21.10.13)

wtorek, 15 października 2013

(52) 16. Przeprowadzka & Niespodzianka.

„Już wolę wpaść pod pędzący pociąg niż go nieszczerze przeprosić.” - Ross Lynch.
*Oczami narratora.*
Dziś już nadszedł czas na przeprowadzkę rodziny Lynch. Wszystkie ich rzeczy były spakowane, a nowe meble kupione i postawione w nowym domu. Nikt z rodzeństwa nie wiedział dokładnie jak będzie wyglądał ich pokój, ale zdali się na gust rodziców. Ross był chyba tym wszystkim najbardziej zestresowany, ciągle chodził nerwowy po pokoju, albo nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. W końcu nadeszła wyczekiwana przez wszystkich godzina (9:00). Wszystkie rzeczy były już spakowane do zamówionej trzy dni temu ciężarówki, która właśnie przed chwilą odjechała wraz z Rikerem i ojcem dzieci - Markiem. Reszta rodziny pojechała samochodem, który prowadziła Stormie. Dystans nie był jakiś długi, bo było to zaledwie kilkaset metrów, ale prawie wszyscy uparli się, aby jechać samochodem. Na miejsce dotarli po pięciu minutach. Podjechali pod całkiem duży dom, który miał jedno piętro i parter. Weszli do niego i już od progu zdołali wypowiedzieć jedynie krótkie „wow!”. Każdy poszedł we wskazany przez rodziców kierunek, w którym miał swój pokój. Rydel miała białe ściany, Riker czerwono-białe, Ross niebiesko-białe, Ryland czerwone, a Rocky szaro-białe. Każdemu z nich podobał się ich pokój. Wzięli do rąk kartony i zaczęli się rozpakowywać. Skończyli po 2 godzinach. Ross jako, że był ciekawy co jeszcze kryje jego nowy dom, otworzył drzwi obok tych przez, które wychodzi ze swojego pokoju i ujrzał po drugiej stronie ustronną łazienkę. Był pod wrażeniem. - „Teraz już nie muszę czekać aż moje rodzeństwo skończy się myć.” - Pomyślał. Zadowolony zszedł na dół do salonu, a tam zastał swoich rodziców.
- I jak Ross, podoba ci się nowy dom? - Zapytała Stormie.
- Bardzo. - Odpowiedział blondyn.
- A to jeszcze nie wszystko Ross, chodź, musisz coś zobaczyć. - Powiedział Mark i razem ze swoją żoną zaprowadził brązowookiego w głąb domu. Tam w trójkę podeszli do drzwi, których chłopak wcześniej nie zauważył. Mark otworzył je i weszli po schodach. Na górze było małe pomieszczenie, a w ścianie na wprost drzwi była duża szyba, z kolei obok nich znajdowały się kolejne drzwi. Małżeństwo pokazało chłopakowi, aby je otworzył, więc on tak zrobił. Gdy znalazł się w środku wręcz oniemiał. Bez słowa wrócił do rodziców i ich mocno uściskał. Zadowoleni wrócili do salonu gdzie byli już pozostali. Wspólnie usiedli na kanapie i oglądali „Marzenia i sny”. Mniej więcej w połowie seansu po całym domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Rossowi jako jedynemu chciało się wstać, więc to właśnie on otworzył drewniane wrota. Po drugiej stronie dostrzegł Laurę i jej rodzinę.
- Dzień dobry, razem z moją rodziną chciałam was powitać w...... Ross, ale co ty tutaj robisz? - Zapytała zaskoczona szatynka.
- No, mieszkam. To jest ta niespodzianka, o której ci wczoraj pisałem. - Powiedział blondyn jakby to było oczywiste.
- To super, teraz mamy do siebie o wiele bliżej.
- Tak...... zapraszam do nas. - Blondyn otworzył szerzej drzwi, aby goście mogli wejść, a oni tak uczynili. Jego rodzina przywitała się z rodziną Marano, a Ross i Laura nie chcieli im przeszkadzać, więc poszli do nowego pokoju blondyna.
- Wow, ale się tutaj urządziłeś. - Powiedziała szatynka podziwiając pomieszczenie.
- Wiem, mi też się tutaj podoba. - Laura jeszcze przez jakiś czas podziwiała pokój brązowookiego. Była nim tak zauroczona, że nawet nie zauważyła, że jej chłopak usiadł na kanapie i był mocno przybity. Dopiero po dłuższej chwili to zauważyła.
- Co się stało Ross? - Zapytała stając przed nim i patrząc mu w oczy. On na początku nic nie odpowiedział tylko złapał brązowooką w tali i posadził na swoich kolanach. Tym razem zdobył się na odwagę i powiedział Laurze co czuje.
- Laura spójrz mi w oczu i powiedz czy mnie kochasz.
- Ross, ale o co chodzi? - Zapytała.
- Nie pytaj tylko zrób to, proszę.
- Ok. - Dziewczyna spojrzała mu w oczy i rzekła zupełnie szczerze i w pełni świadoma swoich słów. - Kocham cię i nie mogę bez ciebie żyć. Wiem, że jesteśmy bardzo młodzi, ale czuję, że to właśnie ty jesteś miłością mojego życia.
- To słodkie, że tak mówisz. - Powiedział blondyn i czule pocałował wybrankę swego serca.
- Ale widzę, że nadal coś cię gryzie. - Powiedziała gdy skończyli się całować. - Nie musisz mi o tym mówić, ale wiedz, że mi możesz powiedzieć wszystko........ Chodzi o Cody'ego?
- Tak, on wczoraj przyszedł do mojego domu gdy byłem u ciebie i podał się za mojego przyjaciela. Owinął sobie moją rodzinę wokół palca do tego stopnia, że mi nie uwierzyli. Jeszcze w dodatku umówili się z nim na jutro w moim domu, a ja muszę go znosić, bo kazali mi jutro tu zostać.
- Spokojnie Ross, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. - Rzekła szatynka i na pocieszenie go przytuliła. On sam też odwzajemnił ten gest. Rodzina Marano gościła u państwa Lynch do 21:00. Gdy opuścili ich dom, Ross szybko się umył i jeszcze szybciej położył się na łóżko. - „Jutro muszę znów spotkać się ze swoim największym wrogiem, czy może być jeszcze gorzej?” - Z tą właśnie myślą zasnął.
*Oczami Rossa.*
Następnego dnia obudziłem się wyjątkowo szybko, nawet jak na mnie, bo już o 5:00. Zwykle, nawet w weekendy, wstaję o 6:00, a najpóźniej o 6:30. Dzisiaj będę musiał stanąć oko w oko z moim największym wrogiem Cody'm. Boję się tylko, że przez niego znów będę cierpieć. Dzisiejszego ranka wstałem dość niechętnie, co było do mnie nie podobne, bo zazwyczaj wstaję z łóżka rześki i gotowy do życia, ale dzisiaj było zupełnie inaczej. Na samą myśl o tym fałszywym draniu, krew mnie zalewa. Jeszcze będę musiał dzisiaj siedzieć przy tym samym stole co on i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. No, ale cóż, zrobię to dla rodziny, która i tak mi nie wierzy, ale trudno, postaram się jakoś przeżyć i może sami przejrzą na oczy, że Cody jest fałszywym manipulantem. Kończąc moje refleksje na temat jego osoby, podszedłem do szafy i wybrałem ubrania na dzisiaj. Trzymając je w rękach wszedłem do mojej nowej łazienki. Tam wziąłem dłuższy, ale orzeźwiający prysznic i przebrałem się w wybrany ubiór. Po wykonaniu tych wszystkich czynności, łącznie z umyciem zębów, zszedłem na dół. Szybkim krokiem wszedłem do kuchni i zrobiłem sobie kanapkę z serem i pomidorem. Miałem jeszcze dużo czasu, bo reszta mojej rodziny w weekend na ogół wstaje mniej więcej o 7:30, a teraz jest 5:30. Zjadłem śniadanie i posprzątałem po sobie. Z braku jakiegokolwiek normalnego zajęcia poszedłem wypróbować studio nagraniowe. Gdy skończyłem była 7:00, więc zaraz wszyscy powinni wstać. Szybko poszedłem do salonu i usiadłem na kanapie. Po 30 minutach siedzieli obok mnie wszyscy członkowie mojej jakże szalonej rodzinki, nawet Ellington zdążył już przyjść. - Ross, mam nadzieję, że będziesz się zachowywał odpowiednio gdy przyjdzie do nas Cody. - Powiedziała nagle moja mama, a mi na samo wspomnienie jego imienia zrobiło się niedobrze.
- Jasne mamo, ale najpierw ogolę się na łyso. - Powiedziałem pół żartem, pół serio.
- Ross! Proszę cię, nie wiem o co wam poszło, ale zachowuj się w jego towarzystwie jak należy i jak tylko nas odwiedzi masz go przeprosić za swoje ostatnie zachowanie. - Nie no, tego już za wiele, muszę jakoś zareagować. Wstałem z kanapy i tak uczyniłem.
- A za co niby mam go przepraszać? Za to, że powiedziałem prawdę?
- Ross! Przeprosisz go i bez dyskusji! - Wtrącił się mój zdenerwowany już tata.
- Nie ma mowy, już wolę wpaść pod pędzący pociąg niż go nieszczerze przeprosić.
- O co ci chodzi Ross, co? Co ty do niego masz? Przecież Cody jest miły, zabawny, kulturalny...... - Zaczął Riker, ale mu przerwałem.
- I fałszywy jak opalenizna wampira. Czy wy jesteście aż tak ślepi i nie widzicie, że on was wszystkich oszukuje?
- Ross przestań! - Powiedzieli wszyscy niczym grecki chór.
- On taki nie jest. - Powiedział Ryland.
- Właśnie! - Wszyscy przyznali mu rację.
- Serio? To czemu powiedział wam na samym początku, że jest moim przyjacielem chociaż w rzeczywistości wcale tak nie jest? - Raczej stwierdziłem niż zapytałem.
- Bo może on traktuje cię jak przyjaciela i chce się z tobą zaprzyjaźnić, a ty to wszystko za bardzo komplikujesz. - Powiedział dotychczas milczący Rocky.
- Dobra, skoro jesteście mądrzejsi to proszę, wierzcie mu i nabierajcie się na te jego bajeczki wyssane prosto z palca, ale mnie w to nie mieszajcie. - Powiedziałem i złapałem za klamkę od drzwi wejściowych.
- Ross, gdzie idziesz? - Zapytała Rydel.
- Jak najdalej od was. Dajcie znać jak ten wasz „szczery do bólu” Cody sobie pójdzie. - Powiedziałem i opuściłem naszą posesję. Szedłem powoli w kierunku centrum. W czasie drogi oglądałem idących przechodniów. Każdy z nich był uśmiechnięty, a ja jedyny nie miałem powodu do radości. W tak krótkim czasie straciłem radość do życia, a to wszystko przez jedną osobę imieniem Cody. Szedłem przed siebie ignorując próbującą się do mnie dodzwonić rodzinę. W tej chwili nie miałem ochoty z nimi rozmawiać. Po kilkunastu minutach doszedłem do centrum, a tam skręciłem w ulicę „Palm Street”. Podszedłem do domu z numerem „11” i zapukałem do drzwi wejściowych. Już po chwili ujrzałem przed sobą moją przyjaciółkę Olivię Holt. - Hej Liv, mogę wejść? - Zapytałem z nadzieją w głosie, a dziewczyna nic nie odpowiedziała tylko wpuściła mnie do środka. Korzystając z okazji przekroczyłem próg domu i wszedłem do salonu. Zauważyłem tam Leo. - Hej Leo. - Powiedziałem.
- Cześć Ross. - Odpowiedział. Usiadłem obok niego na kanapie, a już po chwili dołączyła do nas Olivia. - Co się stało? - Zapytał mój przyjaciel.
- Wybaczcie, że tak tutaj wpadam bez zapowiedzi, ale nie mam gdzie iść. Cody zaraz przychodzi do mnie do domu, a ja dodatkowa pokłóciłem się z rodziną. - Wiedziałem, że mogę im powiedzieć całą prawdę, bo oni, tak samo jak ja, znali Cody'ego i wiedzieli do czego może być zdolny.
- A o co poszło? - Zapytała wyraźnie zaciekawiona blondynka, więc opowiedziałem im wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Chwilę potem milczeliśmy, aż panującą ciszę przerwała brązowooka. - Powinieneś tam wrócić i pokazać mu, że nie jesteś taki słaby jak uważa.
- Właśnie Ross, nie pozwól, aby taki ktoś jak on kierował twoim życiem. - Dodał Leo.
- Wiecie co? Macie rację, wrócę tam i pokażę, że jestem twardy. - Podziękowałem im za wsparcie i wyszedłem z domu mojej przyjaciółki. Rozmowa z tą dwójką uświadomiła mi jedną rzecz, a mianowicie to, że nie ważne co się stanie, nie poddam się bez walki. „Cody Christian, myślisz, że wygrałeś? Błąd, właśnie się podniosłem po twoim pierwszym ciosie i oddam ci sto razy mocniejszym.” - Pomyślałem i nagle zreflektowałem się, że stoję już pod drzwiami wejściowymi do mojego domu. Z lekkim zawahaniem, ale w końcu złapałem za klamkę i otworzyłem je. Zwinnym krokiem wszedłem do środka, a tam zastałem moją rodzinę i oczywiście JEGO. Siedział przy stale na miejscu, które ja zawsze zajmuję, choć były jeszcze wolne miejsca. - Cześć. - Powiedziałem od niechcenia i skierowałem się w stronę schodów, aby pójść się przebrać.
- Ross, zaczekaj. - Powiedziała mama, a ja momentalnie stanąłem nieruchomo w miejscu. Odwróciłem się przodem do blondynki, a ona zaczęła mówić. - Zanim pójdziesz, przeprosisz Cody'ego za swoje ostatnie zachowanie. - Powiedziała ciszej, abym tylko ja ją usłyszał.
- Mamo doskonale wiesz co o tym wszystkim myślę. - Odpowiedziałem.
- A ty wiesz, że to jest masz gość i kultura wymaga, abyś go przeprosił.
- Ok, ale zrobię to, bo jetem wychowany, a nie dlatego, że chcę. - W końcu się zgodziłem, ale po chwili uznałem, że to może być doskonała okazja na pokazanie prawdziwego oblicza Cody'ego. Wszedłem do kuchni, gdzie aktualnie się znajdował, a za mną szła cała zaciekawiona rodzina i Ell. - Hej Cody. - Zacząłem. - Kazano mi cię przeprosić, a ja choć tego nie chcę, zrobię to, bo w przeciwieństwie do ciebie jestem dobrze wychowany. - Powiedziałem i miałem w nosie, że inni mnie widzą i słyszą.
- Ross! - Upomniała mnie moja mama, ale ja pomimo tego kontynuowałem.
- Przepraszam...... Przepraszam, że ja przepraszam cię za powód, który nie istnieje, a ty i tak ich okłamujesz. Przepraszam, że inni mi nie wieżą, bo ty wcisnąłeś im tą starą jak świat bajeczkę skrzywdzonego przez los chłopczyka, a oni ci uwierzyli. Przepraszam, ale wiesz kogo? Samego siebie. - Dokończyłem i nie zważając na nic wróciłem do swojego pokoju. Tam opadłem na łóżko i bez celu patrzyłem w sufit. Po kilkunastu minutach dostałem SMS'a od dobrze znanego mi nadawcy. Oczywiście był nim Cody Christian. „Jeszcze pożałujesz tego, że śmiałeś zadrzeć ze mną. Twoja rodzina już mnie woli od ciebie, czyli zostali tylko przyjaciele, fani i twoja dziewczyna.” Szybko odpisałem mu co o tym wszystkim myślę. „Myślisz, że się ciebie boję? Mylisz się, moi przyjaciele, fani i Laura na pewno nie nabiorą się na twoje bajeczki.” Telefon położyłem na parapet, a sam wszedłem do łazienki i wpuściłem wodę do wanny. Tym razem postawiłem na długą kąpiel, aby wszystkie złe myśli uleciały ze mnie niczym wiatr. Po 30 minutowej orzeźwiającej kąpieli, wyszedłem i przebrany w piżamę położyłem się na łóżko. Nawet nie wiem kiedy ze zmęczenia zasnąłem. Nie wiedziałem nawet, że następnego dnia spotka mnie wielki zawód na moich przyjaciołach.
*W następnym rozdziale.*

Następuje jeden z najważniejszych dni dla Rossa – zawody karate. Bardzo mu na nich zależy i zaprasza swoich przyjaciół, którzy obiecują przyjść. W czasie drogi do dojo cała trójka spotyka kogoś kto bardzo miesza w ich planach. Kogo spotkają przyjaciele? Czy pojawią się na zawodach, aby wspierać Rossa? Odpowiedzi znajdziecie w następnym rozdziale.
*******
Hej wam, rozdział dodaję trochę wcześniej, bo o 17:30 idę do ratusza na przedstawianie wystawiane przez Polaków, Francuzów i Ukrainców. Będzie po Angielsku, więc muszę się wsłuchać.
Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Nowy rozdział pojawi się w piątek 18.10, a wy nie zapomnijcie o jutrzejszej akcji na Twitterze.

poniedziałek, 14 października 2013

UWAGA #R5ers!

W środę (16.10) o godzinie 18.00 na twitterze odbędzie się akacja #R5ComeToPoland. Musimy się sprężać, bo 23 października mają być wybrane państwa do trasy koncertowej w przyszłym roku, a my MUSIMY być wśród nich! Proszę, zachęcacie innych do tego spamu, podawajcie dalej, piszcie o tej akcji na tt albo blogach, SPAMUJCIE. Akcja musi się udać, to jest nasza szansa! Do dzieła! Liczę na was #R5family!
Nic więcej nie muszę dodawać, bo wszystko jest tu ładnie opisane.
Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Nowy rozdział pojawi się jutro.
Żeby nie było smutno, dodam zdjęcie naszego kochanego R5.







środa, 9 października 2013

(51) 15. Piosenka & Niespodziewany gość.

„Czasem trzeba spojrzeć na coś z innej perspektywy, aby dostrzec atuty całej tej sytuacji.” - Laura Marano.
*Oczami Laury.*
Ten dzień zapowiada się obiecująco. Po szkole Ross do mnie przychodzi i będziemy pracować nad piosenką na lekcję muzyki. Ostatnio dowiedziałam się, że on tak samo jak ja pisze własne piosenki, więc będzie nam łatwiej współpracować. Wstałam, jak co dzień, o 6:30 i podeszłam do szafki. Po 10 minutach poszukiwań wybrałam mój dzisiejszy strój do szkoły. Trzymając go w ręce poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w przygotowane ubranie. Zrobiłam sobie lekki makijaż i zeszłam na dół. Już na schodach czułam piękny zapach naleśników, okazało się, że zrobiła je moja mama. - Witaj córeczko, proszę jedz. - Dwa razy nie musiała mi powtarzać, gdyż od razu wzięłam się za konsumowanie posiłku. Gdy skończyłam była 7:15. Szybko weszłam na górę i wzięłam swoją torbę. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, więc szybko zeszłam na dół. Otworzyłam je, a ku moim oczom ukazał się Ross. Pocałowałam go na przywitanie w policzek i ruszyłam razem z nim do szkoły. Byliśmy tam o 7:50. Wzięliśmy książki z szafek i udaliśmy się na lekcje. Godziny mijały spokojnie i szybko, więc nic dziwnego, że zanim się obejrzałam wracałam już z Rossem ze szkoły. Weszliśmy do mojego domu, a w salonie siedziała już cała moja rodzina. Przywitaliśmy się z nimi i poszliśmy do mojego pokoju. Tam usiedliśmy przy pianinie i zaczęliśmy tworzyć piosenkę.
- Ej Ross, a może coś takiego „Kiedy jesteś zdany na siebie, toniesz samotnie i potrzebujesz liny, która może cię wyciągnąć. Ktoś ją rzuci.”? - Zaproponowałam.
- To jest świetne Laura. A dalej może być „I kiedy boisz się, że ktoś może cię złamać i potrzebujesz sposobu, by znów poczuć się silnym. Ktoś będzie go znał.”? - Powiedział blondyn.
- Jasne, że tak Ross. - Po 30 minutach mieliśmy już gotową piosenkę.
„Laura:
Kiedy jesteś zdany na siebie,
Toniesz samotnie
I potrzebujesz liny, która
Może Cię wyciągnąć.
Ktoś ją rzuci.
Ross:
I kiedy boisz się,
Że ktoś może Cię złamać
I potrzebujesz sposobu
By znów poczuć się silnym.
Ktoś będzie go znał.
Oboje:
I nawet gdy to boli najbardziej
To staraj się mieć odrobinę nadziei,
Że ktoś tutaj będzie
Kiedy ty nie, kiedy ty nie.
Jeśli chcesz płakać, będę twoim ramieniem,
Jeśli chcesz się śmiać, będę twoim uśmiechem,
Jeśli chcesz latać, będę twoim niebem,
Będę wszystkim czego potrzebujesz.
Jeśli chcesz się wspiąć, będę twoją drabiną.
Jeśli chcesz biec, będę twoją drogą.
Jeśli potrzebujesz przyjaciela, nieważne kiedy
Będę wszystkim czego potrzebujesz.
Możesz przyjść do mnie.
Laura:
Możesz przyjść to mnie.
Yeahhh”*
*Oczami narratora.*
W czasie gdy Ross i Laura myśleli nad tym co mogą zrobić, pozostała rodzina Lynch i Ell siedzieli właśnie w salonie na kanapie i oglądali telewizję jedząc popcorn. W pewnej chwili w całym domu rozległ się dzwonek do drzwi. - Riker, weź otwórz drzwi. - Powiedział Rocky rzucając w chłopaka prażoną kukurydzą.
- A czemu ja? - Oburzył się chłopak.
- Bo jesteś najstarszy. - Powiedział Ryland trzymając tym samym stronę szatyna.
- No ok, już idę. - Powiedział i wstał z kanapy. Podążył w kierunku drzwi i po ułamkach sekundy otworzył je. Przed sobą dostrzegł wysokiego chłopaka o brązowych włosach i jasnych oczach. Nigdy wcześniej blondyn go tutaj nie widział, ale szatyn doskonale wiedział do kogo właśnie się zwraca.
- Witaj. - Zaczął. - Mam na imię Cody i jestem przyjacielem Rossa. - Skłamał.
- Cześć, ja jestem Riker, a tam siedzi reszta rodziny, ale pewnie Ross ci o nas mówił.
- Tak ciągle o was opowiada. Jest może w domu?
- Nie, niestety nie, ale może mam mu coś przekazać. - Gdy szatyn upewnił się, że chłopaka nie ma w domu ucieszył się. Teraz znacznie łatwiej będzie mu wprowadzić jego plan w życie.
- Nie musisz, ale jak bym mógł mu coś zanieś do pokoju byłbym wdzięczny.
- Ok, proszę. - Blondyn wpuścił chłopaka do środka, a ten przywitał się z resztą rodziny i szybkim krokiem wszedł do pokoju Rossa. - „To będzie łatwiejsze niż myślałem.” - Pomyślał i już miał wyjść z pokoju gdy dostrzegł pudełko z napisem „Ważne.”. Wziął je do rąk i, choć nie powinien, zajrzał do środka. - „No nieźle, piszesz piosenki, gotujesz, ćwiczysz karate i jeszcze rysujesz. Jest jeszcze coś co robisz?” - Ironicznie zadał sobie w myślach to pytanie. Wyjął parę rysunków i schował je do kieszeni. Pudełko odłożył z powrotem na miejsce, a sam zszedł na dół.
- Dziękuję, do widzenia. - Powiedział choć tak naprawdę wiedział, że na tym się nie skończy.
- Cody, czekaj. - Powiedziała Stormie, a o to właśnie chodziło Cody'emu. - Może zostaniesz u nas na obiad? Przy okazji poznamy cię lepiej.
- Chętnie zostanę. - Powiedział i usiadł na jednym z wolnych foteli przed telewizorem. Przez kilkanaście minut oglądali film. Przez cały ten czas Cody podlizywał się wszystkim wokół. Wszyscy tam obecni zdążyli już sobie wyrobić o nim opinie, ale nie byli świadomi, że były one zupełnie sprzeczne z prawdą. O 15:00 wszyscy zasiedli do stołu w jadalni i delektowali się smakiem potrawy. Nagle w drzwiach pojawił się Ross, który nie był zadowolony widokiem, który zastał.
- Co ty tutaj robisz? - Zapytał oschle gościa.
- A nie widzisz? Jem. - Odpowiedział z udawaną radością, której nikt poza Rossem nie zauważył.
- No widzę, ślepy nie jestem, ale chyba ci się domy pomyliły, bo twój jest po drugiej stronie miasta.
- Ross, zachowuj się, Cody jest gościem, a w dodatku to twój przyjaciel. - Upomniał syna Mark.
- Taką bajeczkę im sprzedałeś? Mogłeś się bardziej wysilić. - Powiedział znudzony brązowooki.
- Ross!!! - Krzyknęła mama. - Za karę, obiad zjesz w swoim pokoju. - Powiedziała.
- To nie kara tylko wybawienie. - Powiedział po cichu chłopak i biorąc talerz ze spaghetti poszedł do swojego pokoju. W tym samym czasie Stormie przepraszała „przyjaciela” jej syna za jego zachowanie, a on z udawaną wyrozumiałością je przyjął. Po kilku minutach Ross zjadł obiad i zaniósł talerz do kuchni. Gdy wychodził zobaczył, że jego rodzina, Ell i Cody oglądają jakiś film. Zrobiło mu się smutno na samą myśl o tym, że przez Cody'ego wszyscy mogą go zostawić samego jak palec. - To tylko dobra mina do złej gry. - Szepnął bardzo cicho choć i tak wiedział, że nikt go nie usłyszy. Koniuszkiem kciuka otarł pojedynczą łzę, która zdążyła spłynąć po jego suchym policzku i z powrotem wrócił do swojego pokoju. W bezradności opadł na łóżko i patrzył bez żadnego większego celu w sufit myśląc nad tą całą sytuacją. - „Czemu to musiało spotkać akurat mnie?” - Zadał sobie to pytanie w głowie. Zaczęło mu się powoli nudzić, więc poszedł się umyć. Do pokoju wrócił po 15 minutach tym razem przebrany w piżamę. Według niego była wczesna pora, bo dopiero 19, więc usiadł na swoim ulubionym parapecie i patrzył na przepiękny zachód słońca. Znów myślał o rodzinie, przyjaciołach, swojej dziewczynie i Cody'm, który przez swoją nienawiść do blondyna może mu w ciągu kilku dnia zabrać wszystko na co pracował przez większość swojego życia. Ross nie jest typem chłopaka, który cierpi z jakiegoś błahego powodu. Dla tego nastolatka największym cierpieniem jest samotność spowodowana utratą bliskich. Na pewno każdy z nas cierpi gdy odejdzie od niego ukochana osoba i tak samo jest z Rossem. On po prostu chce mieć pewność, że osoby, które przy nim są, wspierają go i chcą jego szczęścia. Blondyn był tak pogrążony w swoich dywagacjach, że na dźwięk SMS'a o mało co nie dostał zawału. Wziął komórkę z biurka w pokoju i spojrzał na wyświetlacz. Wiadomość była od niezapisanego w kontaktach numeru, ale Ross od razu go poznał. Otworzył ją i przeczytał tekst, wcale nie był nim zaskoczony. „Witaj Ross, jakbyś nie wiedział, to ja Cody. Świetnie się dzisiaj bawiłem z twoją rodzinką i przyjacielem. Dowiedziałem się od nich, że jutro się przeprowadzacie, więc w niedzielę was odwiedzę, bo zostałem zaproszony. Teraz będziesz mieszkał na wprost swojej dziewczyny, więc będę mógł ją odwiedzić, heh. Mój plan idzie jak po maśle, nie muszę się starać, bo oni sami cię zostawią .” Ross szybko odpisał chłopakowi szybkim, ale treściwym SMS'em. „Możesz ich odwiedzać ile chcesz, ale na przyjaźń z moim rodzeństwem i Ell'em trzeba sobie zasłużyć. A jeśli tylko spróbujesz tchnąć Laurę to pożałujesz.” Cody już nic więcej nie napisał, więc Ross po wrażeniach z minionego dnia położył się z powrotem na łóżku. Jeszcze raz wziął do ręki telefon i napisał wiadomość, ale tym razem do Laury. „Hej Laura, kochanie. Mam dla ciebie niespodziankę, wszystkiego dowiesz się jutro.” Dziewczyna już po chwili mu odpisała. „Już się nie mogę doczekać, ale nie będę mogła dopiero tak po 12, bo razem z rodzicami i Vanessą idziemy powitać nowych sąsiadów. :-(” Chłopak za to odpisał jej pocieszającą wiadomość. „Nie martw się, spotkamy się szybciej niż myślisz.” Na tym skończyła się ich konwersacja esemesowa. Ross i Laura wyłączyli telefony i poszli spać. Śniła im się scena w parku, w której oboje przeżyli swój pierwszy pocałunek. Była to dla nich pamiętna chwila, ale jeszcze nie wiedzieli, że spotka ich coś strasznego, co zmieni ich nastawienie do siebie już na zawsze.
*W następnym rozdziale.*

Rodzina Lynch przeprowadza się do innego domu. Laura o niczym nie wie, więc nic dziwnego, że jest zdziwiona całą tą sprawą. Następnego dnia dom Rossa odwiedza Cody, ale blondyn musi coś powiedzieć. Jak zareaguje Laura na wieść o przeprowadzce Rossa? Co i komu chłopak będzie musiał powiedzieć w czasie pobytu Cody'ego? Odpowiedzi znajdziecie w 16 rozdziale.
********
Hej wam. Dzisiejszy post dodaję na szybko, bo idę się uczyć i nadrobić odcinki Violetty.
Całuski ;-* Marta Lynch.

niedziela, 6 października 2013

Obiecana niespodzianka.

Witajcie kochani!!!!!
Tak jak wam obiecałam, ten post będzie taką niespodzianką z okazji opublikowania 50 rozdziału opowiadania. Przepraszam, że dodaję go z opóźnieniem, ale załatwiałam sprawy związane w tą właśnie niespodzianką. Bardzo zależy mi na tym blogu i tak samo na was. Cieszę się, że tyle osób go odwiedza i obserwuje. Nie sądziłam, że kiedykolwiek spotka mnie ten wielki zaszczyt i powiem te piękne dla mnie słowa. - Powstanie 3 sezon mojego opowiadania o Rossie i Laurze. - To oficjalne. Jeszcze do dzisiaj nie miałam żadnego pomysłu na kontynuację tej historii, ale nagle nawiedziła mnie wena i postanowiłam ją wykorzystać. Jak widać, musicie wytrzymać ze mną jeszcze jakiś czas. Mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza. Napiszcie w komie waszą opinię na ten temat. Aby to jakoś uczcić dodam zdjęcia naszych ukochanych bohaterów:







Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Nowy rozdział pojawi się w tą środę, czyli 9. 10. br, bo we wtorek jadę na wycieczkę szkolną, a potem idę na mecz Legii.

(50) 14. Ujawnienie prawdy & Nowiny.

„To jest coś co kocham tak samo jak muzykę, a teraz czuję, że gdy każdy o tym wie, to nie ma to najmniejszego sensu.” - Ross Lynch.
*Oczami narratora.*
W drzwiach wejściowych do dojo stał Cody, który miał na twarzy ironiczny uśmiech. Ross nie wiedział co zrobić. - Brawo, brawo ofermo. - Powiedział ironicznie Cody.
- Co tu robisz Cody? - Zapytał spokojnie blondyn, chociaż w głębi swojej duszy był przestraszony.
- A nic, tak sobie przechodziłem i cię zobaczyłem. - Powiedział po czym zniknął za drzwiami, a blondyn nie wiedział co ten chłopak kombinuje. Szybko przebrał się w strój, w którym przyszedł i żegnając się z Ryan'em opuścił budynek. Po zaledwie 10 minutach był już w swoim pokoju i miał w ręce telefon. Miał w głowie mętlik, czy powinien dzwonić do Olivii, która razem z Leo zna każdą jego tajemnicę. Chwilę się zastanawiał i w końcu przycisnął zieloną słuchawkę wybierając tym samym numer do blondynki. Już po chwili usłyszał w słuchawce jej głos.
- Cody już wie. - Powiedział na wstępie nawet się nie witając.
- Ale o czym wie? - Zapytała dziewczyna.
- O karate, widział mnie dzisiaj jak ćwiczyłem z Ryanem. Co ja mam teraz zrobić?
- Na pewno nie panikować, Ross prześpij się, a jutro na pewno wszystko będzie tak jak dawniej.
- Ok, masz rację. Dzięki.
- Proszę. - Ross się rozłączył i poszedł pod prysznic. Gdy krople letniej wody spływały po jego coraz wilgotniejszym ciel,e myślał o tej całej sprawie z Cody'm. Po kilku minutowej refleksji na jego temat doszedł do wniosku, że nie ważne co będzie, on nie podda się bez walki. Wyszedł spod prysznica i przebrany w piżamę zszedł na kolację. Usiadł wraz z rodziną przy stole w jadalni i delektował się pyszną potrawą zrobioną przez jego mamę.
- Ross. – Zaczął Riker, a blondyn spojrzał na niego. - Szukaliśmy tej piosenki „LOUD” w internecie i nigdzie jej nie było, możesz nam ją pokazać po kolacji? - Przez głowę Rossa przebiegła tylko jedna myśl. - „Dalej, teraz masz szansę podzielić się z nimi twoimi zainteresowaniami. No już, daj mu to o co prosi.” - Blondyn wyprostował się i biorąc głęboki wdech powiedział starszemu bratu.
- Tak, pokażę ją wam nawet teraz, czekajcie. - Szybko odszedł od rodziny i pobiegł do swojego pokoju i wyciągnął zza łóżka swój śpiewnik, a z szafy piosenki nagrane na płyty. Teraz był szczęśliwy, że będzie miał o jedną tajemnicę mniej przed swoją rodziną, a potem przyjaciółmi, bo im też zamierzał o tym powiedzieć. Zszedł na dół trzymając w obu rękach karton z płytami i śpiewnik. - Wolicie tekst piosenki, czy nagranie? - Zapytał, a pozostałym na jego widok szczęki opadły, aż do podłogi. Chłopak cicho się zaśmiał i przeszedł do salonu. Gdy reszta się „ogarnęła” uczyniła to samo. - To, którą wersję wybieracie? - Znów zapytał blondyn.
- Ale te wszystkie piosenki są twoje? - Zapytał zszokowany jeszcze Rocky.
- Nie, świętego mikołaja. - Odpowiedział z ironią brązowooki. - Oczywiście, że są moje. Macie, tylko ich nie pogubcie, a zeszyt ma do mnie wrócić w całości. - Dokończył i wręczając reszcie pudełko i zeszyt, udał się na górę. Położył się na łóżku i zaskakująco szybko zasnął. Następnego dnia wstał, jak zawsze, o 6. Nie będziemy wnikać w szczegóły co konkretnie robił w domu, więc przejdźmy od razu do momentu, w którym przekroczył próg szkoły. W tym momencie wszystkie oczy były skierowane w jego stronę, ale Ross zdążył się już do tego przyzwyczaić. Nagle podeszła do niego gromada chłopaków i jeden z nich powiedział.
- Ross, a gdzie twój czarny pas? Podobno kupiłeś go przez internet. - Ross to zignorował i poszedł dalej. Każdy kogo mijał mówił mu coś podobnego. Chłopak doskonale wiedział kto powiedział to wszystko. Już po chwili znalazł się przed osobą, która rozprowadziła plotkę.
- Cody. - Powiedział z wyrzutem. - Czemu powiedziałeś wszystkim o mnie i karate? I czemu kłamałeś?
- Ross. - Zaczął chłopak. - Jeszcze mało wiesz o życiu. Powiedziałem im prawdę, skłamałem tylko z tym pasem, ale dzięki temu cię nie szanują. Pamiętaj najpierw zabiorę ci fanów, a potem sam zobaczysz. - Dokończył i odszedł w stronę sali, w której miał lekcję. Ross uczynił to samo. Każda lekcja i przerwa mijała Rossowi tak samo. Każdy się z niego śmiał, ale on starał się tym nie przejmować. Zdążył już wyjaśnić wszystko przyjaciołom, a oni cieszyli się, że lubi to co robi. Mało tego, powiedzieli nawet, że któregoś dnia go odwiedzą i zobaczą go w akcji. Chłopak wracał do domu sam i nawet nie spodziewał się, że to jeszcze nie koniec niespodzianek jak na jeden dzień. O 19 gdy wrócił z treningu karate zasiadł wraz z rodziną do kolacji. W pewnej chwili pan Mark powiedział do swoich dzieci.
- Dzieci, razem z mamą musimy wam coś powiedzieć....... my...... się przeprowadzamy.
- Co? Gdzie? - Zapytał przestraszony Ross.
- Spokojnie, kto jak kto, ale ty na pewno będziesz zadowolony, bo kupiliśmy dom na wprost Laury. Jest większy od tego. Każdy z was będzie miał swój własny pokój i Ross, ty będziesz mógł mieć nawet swoje własne mini studio nagraniowe, bo twoje piosenki są świetne. Przeprowadzamy się w tą sobotę, czyli za trzy dni. - Wyjaśniła Stormie.
- Tak Ross. Powinieneś pokazać je światu. - Powiedział Riker.
- Dzięki, super, że się przeprowadzamy....... Muszę iść. - Powiedział Ross i poszedł do swojego pokoju. Z szuflady w biurku wyjął rysownik i zaczął przeglądać swoje rysunki. Gdy skończył wyjął z szafy puste pudełko i schował do niego swój rysownik, przybory do rysowania, śpiewnik, który rodzeństwo zdążyło mu zwrócić i jeszcze parę innych drobiazgów. Potem wyjął kolejny karton i włożył do niego pozostałe rzeczy. Po 2 godzinach był już spakowany. Zostawił sobie tylko rzeczy, których będzie używał przez te trzy dni. Potem poszedł się umyć i spać. Następnego dnia obudził się wcześniej niż miał to w zwyczaju, bo po 4 nad ranem. Było to spowodowane tym, że nie mógł już dłużej spać. Usiadł na parapecie i podziwiając widok za oknem myślał o wielu różnych rzeczach. W szkole był jak zawsze o 7:40. W czasie lekcji nie wydarzyło się nic wartego opowiedzenia, oprócz jednej z lekcji. Była nią muzyka. W połowie lekcji nauczycielka stanęła na środku klasy i powiedziała.
- Drodzy uczniowie, mam dla was zadanie. Dobierzcie się w mieszane pary i napiszcie razem piosenkę. W piątek za 3 tygodnie każda para przedstawi ją klasie. - Każdy cieszył się z tej informacji i zaczął prosić drugą osobę o współpracę. Ross zrobił to samo i zapytał Laurę.
- Będziemy razem w parze?
- Jasne. - Odpowiedziała dziewczyna. Oboje cieszyli się tak samo z tego zadania, ale pewnie gdyby wiedzieli co ich czeka, inaczej by na to wszystko patrzyli.
*W następnym rozdziale.*
Ross i Laura zaczynają pracować nad piosenką w domu dziewczyny, ale w tym samym czasie w domu chłopaka pojawia się niespodziewany gość. Kto to? Czy ten ktoś wpłynie na relacje rodziny z Rossem? Odpowiedzi w następnym rozdziale.
********
Hejka, to znowu ja.  Jest już 50 rozdział i bardzo mnie to cieszy. Nigdy nie myślałam, że uda mi się aż tyle napisać. Jeśli chodzi o niespodziankę, którą dla was przygotowałam, to pojawi się ona pomiędzy 17:00, a 18:30. Mam nadzieję, że was ucieszy, bo mnie samą bardzo raduje.
Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Od teraz znowu będę umieszczać zapowiedź nowego rozdziału na końcu posta, bo gdy zrobię inaczej wyskakuje mi jakiś błąd.

piątek, 4 października 2013

(49) 13. Początek piekła & Plotki.

„Ta piosenka dała mu siłę i odwagę, aby pokazać innym kim jest naprawdę.” - Marta Lynch.
*Oczami narratora.*
Dzisiaj jest jeden z najcieplejszych dni w Los Angeles. Temperatura w cieniu przekracza 30 stopni celcjusza, ale nie na pogodzie będziemy się teraz skupiać. Dzisiaj nasi bohaterowie mają lekcje na 9:50, a to znaczy, że mogą sobie dłużej pospać. Każdy z zadowoleniem jeszcze smacznie spał, oprócz jednej osoby, a właściwie chłopaka. Chłopak ten bez wątpienia zawsze był zupełnie inny niż jego rówieśnicy i dało się to dostrzec gołym okiem. Gdy inni grali w piłkę lub berka, on wolał otworzyć swój zeszyt i pisać w nim piosenki. W swoim jakże krótkim życiu przeżył bardzo dużo cierpienia i nawet nie wiedział, że jeszcze więcej go spotka. Tak, dobrze myślicie, mowa tu oczywiście o Rossie, chłopaku o twórczej duszy i wielu ukrytych talentach. W tej właśnie chwili ten uroczy i twórczy chłopak siedział na parapecie w swoim pokoju z zeszytem na kolanach i rysował widok za oknem. Brązowooki od dziecka lubił podziwiać tego typu widoki. Czuł wtedy, że jest w zupełnie innym świecie, z dala od zmartwień i problemów. Tak samo zresztą było gdy tworzył muzykę, czy rysował. Niewiele osób w jego wieku wie co chce robić w przyszłości, ale on wie to od dziecka. Wie, że jego życie zawsze będzie związane z muzyką, bo to jest to co kocha bardziej niż karate, sport, gotowanie czy rysowanie. Aż szkoda myśleć, że taki uzdolniony chłopak boi się pokazać światu swoje ukryte zdolności. Gdy chłopak skończył rysować schował kartkę na dnie szuflady w biurku, a pozostałe przybory włożył do oddzielnej szuflady. Był jeszcze w piżamie, więc podszedł do szafy i wyjął z niej ubrania do szkoły. Zaopatrzony w strój wszedł do łazienki, a tam wziął poranny i orzeźwiający prysznic. Swoje mokre ciało wytarł ręcznikiem i przebrany w ubrania zszedł na dół. W jadalni siedziała już cała jego rodzina, a on się z nimi przywitał i wszedł do kuchni. Robiąc sobie śniadanie nucił piosenkę „LOUD”, którą ostatnio napisał. Uważa, że bardziej nadaje się ona na śpiew w grupie, ale niesłusznie uważa też, że jest beznadziejna. Wszyscy domownicy w tej chwili słyszeli co blondyn nuci pod nosem, bo jadalnię i kuchnię dzieli tylko cienka ściana. Każdemu z nich się ona podobała i zastanawiali się kto jest jej autorem, bo oczywiście nie wiedzieli, że Ross pisze piosenki, którą w dodatku są całkiem niezłe. Niczego nieświadomy blondyn skończył przygotowywać sobie kanapkę i herbatę i dołączył do swojej rodziny. Oni za to patrzyli na niego wzrokiem zaciekawienia, a on nie wiedział o co im chodzi. W końcu przerwał niezręczną ciszę i zapytał. - Czemu się tak na mnie patrzycie?
- Bo chcemy wiedzieć kto napisał tą piosenkę, którą nuciłeś w kuchni, jest świetna. - Wyjaśnił Riker, a Ross był w niemałym szoku. W końcu nie spodziewał się, że ktoś go usłyszy.
- Słyszałem ją w internecie. - Skłamał i posmutniał. Chciał w tej chwili powiedzieć im całą prawdę o autorze tej piosenki, ale coś go zwyczajnie blokowało, jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że to nie jest dobra droga.
- Aha, jej autor ma wielki talent. - Powiedziała Rydel.
- Tak, ale nie ma odwagi, aby powiedzieć kim jest.
- Co masz na myśli? - Zapytał Mark.
- Nic, kiedyś wam powiem, ale jeszcze nie teraz. - Powiedział i odniósł pusty talerz i szklankę do kuchni, a sam udał się do swojego pokoju. Z szuflady biurka zamykanej na klucz wyjął swój śpiewnik i powiedział sam do siebie. - Czemu nie mogę im powiedzieć? Piosenka im się podobała, więc może ją wykorzystają.......... A no tak, zapomniałbym, nie mam zbytniej odwagi, aby powiedzieć im prawdy o piosenkach, rysunkach, a nawet karate. - Ze złością rzucił zeszytem tak, że ten wpadł za łóżko, ale Ross był za bardzo zły żeby go podnieść. Wziął plecak z książkami i zszedł na dół. Już miał łapać za klamkę gdy nagle pojawiła się za nim jego mama.
- Ross, czemu wychodzisz tak wcześnie? Przecież jest dopiero 8:00. - Zapytała.
- Umówiłem się wcześniej z Laurą. - Znów skłamał i wcale nie czuł się z tym dobrze.
- Aha. - Powiedziała, a Ross wyszedł z domu i udał się z kierunku szkoły. Akurat nikogo nie było, bo dzisiaj większość zaczyna lekcje o 8:55. Blondyn wszedł do sali, w której często odbywają się koncerty lub przedstawienia i zamknął drzwi, aby nikt go tam nie znalazł. Wszedł na scenę i wyobraził sobie, że na widowni przed nim siedzi cała szkoła. Wziął szkolną gitarę, stanął przed mikrofonem, który był wyłączony i zaczął śpiewać i grać swoją najnowszą piosenkę „Living In The Moment”. Gdy skończył poczuł się lepiej. Ta piosenka dała mu siłę i odwagę, aby pokazać innym kim jest naprawdę. Zadowolony odłożył gitarę na miejsce i wyszedł z sali, a potem ze szkoły. Podszedł do drzewa przed szkołą i usiadł przed nim. Miał jeszcze sporo czasu przed rozpoczęciem lekcji, bo była dopiero 8:30, więc nałożył na uszy słuchawki i wsłuchał się w rytm muzyki. Po jakiś 20 minutach znudziło mu się, więc zaczął iść w kierunku domu Laury. Doszedł tam po 5 minutach. Zapukał do drzwi, a już po chwili pojawiła się w nich jego dziewczyna.
- Ross, co tu robisz? - Zapytała ze zdziwieniem i radością w oczach.
- Jakoś nudziło mi się, więc jestem. Mogę wejść?
- Jasne. - Para weszła do domu dziewczyny i usiedli na kanapie w salonie. Rodzice i siostra szatynki byli w pracy, więc byli w domu sami. Żadne z nich nie wiedziało jak zacząć rozmowę. W końcu panującą pomiędzy nimi ciszę przerwała Laura. - Coś się stało Ross?
- Nie, nic. - Na tym skończyła się ta krępująca dla nich obojga rozmowa. O 9:20 wyszli z domu dziewczyny i ruszyli w kierunku szkoły. Gdy przekroczyli próg budynku czuli, że wszystkie oczy są skierowane w ich stronę. Było to prawdą, ale wszyscy patrzyli tylko na Rossa, a nie Laurę. Szatynka rozstała się z Rossem i poszła do swojej szafki. Chłopak za to chciał iść do swojego przyjaciela Caluma, który był w tej chwili na ganku za szkołą, aby z nim porozmawiać, ale coś, a raczej ktoś mu w tym przeszkodził.
- Proszę, proszę kogo to moje piękne oczy widzą? Ross pozer Lynch. - Powiedział Cody, a Ross odwrócił się w jego stronę.
- Czego chcesz Cody? - Zapytał.
- Ja nic nie chcę, tak tylko wspominam kolegom nasze pierwsze spotkanie.
- Znowu wciśniesz im tą samą bajeczkę co zawsze?
- To wcale nie jest bajeczka, bo wtedy na serio odbiłem ci twoją pierwszą dziewczynę.
- Może i tak, ale jak widać była naiwna nabierając się na twoją głupią gadkę skrzywdzonego przez los chłopczyka. - Powiedział zmieniając ton głosu.
- Ej to nie moja wina, że uciekła od ciebie, bo źle całowałeś. - Skłamał z premedytacją.
- Ah tak, a podobno to mnie pocałowałeś pierwszy raz. - Powiedziała Laura, która się nagle pojawiła. Łzy napłynęły jej do oczu i wierząc w to co powiedział Cody uciekła z tego miejsca mówiąc tylko do Rossa. - Nie chcę cię znać. - On najpierw odwrócił się do Christiana, a ten powiedział będąc zaledwie kilka centymetrów od niego.
- Widzisz, znowu tracisz dziewczynę z moją pomocą, a to dopiero początek. Rossie Lynchu szykuj się na prawdziwe piekło. - Powiedział to tak cicho, że nikt poza nim i Rossem tego nie słyszał. Brązowooki odwrócił się i zaczął biec do jedynego miejsca w szkole, w którym nie było uczniów. Laura często tam przesiadywała gdy było jej smutno i tam razem też tak było. Dziewczyna siedziała skulona w koncie i cicho szlochała. Ross do niej podszedł i pogłaskał delikatnie jej głowę. Ona jednak gwałtownie odsunęła głowę nadal szlochając.
- Laura, słuchaj..... - Zaczął, ale dziewczyna nie reagowała. - to co mówił Cody nie jest prawdą, on tylko próbował nas skłócić.
- A po co chciał to zrobić? - Zapytała dziewczyna podnosząc jednocześnie głowę. Teraz Ross mógł spojrzeć dziewczynie w oczy i zobaczyć, że jej policzki były czerwone od płaczu.
- Sam nie wiem, on zawsze robi różne rzeczy byleby tylko odebrać mi wszystko co kocham. Najważniejsze jest to, że kocham cię i gdy mówiłem, że mój pierwszy pocałunek był z tobą, nie kłamałem. - Mówił to patrząc dziewczynie w oczy. Szatynka widziała w nich szczerość i miłość. Bez słowa po prostu go przytuliła. Na lekcje ruszyli trzymając się za ręce co wcale nie podobało się Cody'emu. Postanowił wprowadzić w życie plan „B”, który uważał, że zadziała bezbłędnie. Kolejne lekcje i przerwy mijały bez większych przygód. Dla Rossa było dziwnie cicho ze strony Cody'ego. Nie wiedział, czy to cisza przed burzą, czy może coś innego. Po lekcjach odprowadził Laurę pod jej dom i wszedł do środka, bo dziewczyna go zaprosiła. - Co robimy? - Zapytał blondyn.
- Sama nie wiem, a do której możesz zostać?
- Tak jak zawsze, do 15:30.
- Aha, to może pooglądamy telewizję.
- Ok. - Para już nic nie mówiła tylko zasiadła przed telewizorem w salonie i zaczęła oglądać jakieś romansidło. Byli w domu sami ponieważ reszta rodziny dziewczyny była jeszcze w pracy. Ross pożegnał się z Laurą o 15:30 i szybko poszedł do swojego pokoju. Tam zjadł kolację i biorąc torbę wyszedł z domu mówiąc, że idzie do kolegi. Rodzina Rossa jest uczulona na sztuki walki, więc chłopak sądził, że jak im powie, że trenuje od 9 roku życia to będą kazali mu odejść. W dojo był punkt 16.
- Cześć Ross. - Powiedział sensei Ryan.
- Witaj Ryan, a gdzie jest reszta? - Zapytał chłopak.
- Do dnia zawodów mają wolne, bo musisz mieć spokój.
- Ok, to co mam robić.
- Najpierw idź się przebrać w kimono.

- Ok. - Jak powiedział tak zrobił. Już po 5 minutach blondyn stał na macie przebrany i gotowy do ćwiczeń. Sensei mówił mu co ma robić po kolei, a on to wykonywał. Widać było, że chłopak ma prawdziwy potencjał. Gdy Ross skończył wykonywać ostatnie polecenie, usłyszał, że ktoś mu klaszcze, jednak nie był to jego sensei. Oboje spojrzeli w kierunku drzwi, a w nich stał.....
********
Hej, hej. Mam nadzieję, że nowy rozdział wam się podoba. Następny wpis będzie jednocześnie 50 rozdziałem, a z tej okazji będę miała dla was niespodziankę. Mam nadzieję, że was ucieszy, ale o tym w następnej notce.
Całuski ;-* Marta Lynch.