piątek, 20 września 2013

(45) 9. Pożegnania & Powrót.

Wracamy do naszego miasta, ale ja wciąż mam pewne obawy co do mojego powtarzającego się snu.” - Ross Lynch.
*Oczami narratora.*
Dziś jest ostatni dzień pobytu rodziny Lynch, Laury i Ell'a u pani Rose w Paryżu. Dzisiaj o 19:00 mają samolot powrotny do LA, ale jak na razie cieszą się wspólnie spędzonym czasem. Rossowi każdej nocy śni się ten sam sen, w którym jest Laura i Cody. Nie ma pojęcia co on może oznaczać, ale nie chce o nim nikomu mówić, aby go nie martwić. Po śniadaniu zrobionym przez Rossa wszyscy poszli do swoich pokoi, aby się w spokoju spakować. Ross robił to najdłużej, bo po całym pokoju szukał swoich rysunków i tekstów piosenek. Miał je ukryte w różnych miejscach, ale tak, że tylko on mógł je znaleźć. Po kilku minutach poszukiwań, wszystkie papiery włożył do dwóch odpowiednich, przeznaczonych do tego, teczek i schował je na dnie swojej walizki, którą postawił przy wejściu do pokoju. Sam zszedł po schodach, ale zamiast dołączyć do rodziny rzucił tylko. - Zaraz wracam. - i nawet nie czekając na odpowiedź wyszedł z domu. Poszedł tam gdzie zawsze, czyli na polankę nieopodal miasta. Chociaż Paryż należy do niemałych miast droga w wybrane miejsce zajęła mu 10 minut. Stanął na środku łąki i powiedział sam do siebie. - Co ten powtarzający się sen może oznaczać? - Wcale nie był zdziwiony, że nie uzyskał odpowiedzi zwrotnej.
*Tymczasem w domu pani Rose.*
W tym miejscu panował totalny chaos. Rocky gonił Ryland'a, bo ten zabrał mu jego ulubiony grzebień do włosów. Riker próbował ich uspokoić biegnąc za nimi. Ell i Delly wygłupiali się, a pani Rose i rodzice tych rozbrykanych owieczek „wymieniali poglądy” na temat jakieś nieistotnej błahostki. Tylko Laura siedziała na schodach i przyglądała się całemu temu zdarzeniu w zupełnej ciszy. Akurat dzisiaj nie miała najmniejszej ochoty na spędzanie czasu w tego typu sposób. Od wyjścia Rossa dręczyły ją pytania co może się z nim dziać. - „Od jakiegoś czasu wychodzi z domu i wraca po kilku godzinach, a w nocy budzi się z takim krzykiem, że nikt poza nim i mną nikt go nie słyszy.” - Pomyślała. Bała się o niego i to bardzo. Sama doskonale wie, że Ross nie należy do osób, które mówią komuś innemu, że dzieje się z nimi coś złego. Jedną z takich sytuacji był moment, w którym Ross pocieszał Laurę gdy ta dowiedziała się, że jej chłopak ją zdradza, w dodatku robił to z jego dziewczyną. Widać było wtedy, że chłopak cierpiał bardziej niż ona, ale on utwierdzał wszystkich w przekonaniu, że tak nie jest. Każdy powinien podziwiać takiego chłopaka, dla którego liczy się szczęście innych. Laura pogrążona w swoich filozoficznych przemyśleniach nawet nie zauważyła, że temat jej refleksji przekroczył właśnie próg domu. Z pozoru może się to wydawać niemożliwe, bo szatynka ciągle patrzyła nieprzytomnie na drzwi wejściowe, ale w stanie intensywnych przemyśleń można nawet fali tsunami nie zauważyć. Rossowi widocznie rzuciło się w oczy, że jego ukochaną ewidentnie coś męczy, więc bez chwili zwłoki wszedł po schodach i łapiąc dziewczynę za rękę zaprowadził ją do swojego pokoju. Ona z kolei nie wiedziała co jest powodem takiego zachowania chłopaka. Gdy byli już w pokoju blondyna, dziewczyna usiadła na łóżku, a on sam podsunął sobie krzesło, aby móc siedzieć do niej twarzą w twarz. - Co się dzieje Laura? - Zapytał blondyn patrząc jej w oczy. Ona tylko spojrzała na niego z politowaniem i powiedziała.
- To raczej ja powinnam cię o to zapytać.
- Ale o co ci chodzi?
- Odkąd tu jesteśmy wychodzisz z domu i wracasz po kilku godzinach. W nocy słyszę jak krzyczysz przez sen. Proszę, powiedz mi co się z tobą dzieje. - Chłopak był w niemałym szoku, że dziewczyna słyszy wszystko co dzieje się u niego w nocy. Owszem zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że dziewczyna może to wszystko słyszeć, ale nigdy mu o tym nie mówiła, więc uznał, że nie ma sprawy. W głowie na szybko próbował znaleźć jakąś sensowną i racjonalną wymówkę, bo przecież nie mógł szatynce powiedzieć całej prawdy. Bo co niby miał powiedzieć, że krzyczy, bo co noc miewa ten sam sen, w którym go zdradza, a wychodzi z domu, bo tylko na polanie za miastem może w spokoju pomyśleć i tam w tajemnicy przed wszystkimi tworzy piosenki i rysuje? Nie, taka opcja, choć zdecydowanie lepsza i rozsądniejsza, jego zdaniem nie wchodziła w grę. Nie chciał mówić Laurze, ani nikomu innemu o swoich sekretach. Po kilku sekundach odpowiedział, jednak pierwszym czym wpadło mu do głowy.
- W nocy miewam koszmary, ale to nie ważne, a z domu wychodzę, bo to właśnie poza domem mogę zapomnieć o moich problemach związanych właśnie z tymi koszmarami. - W sumie blondyn zataił tylko jakiś kawałek prawdy, a tak naprawdę to większość powiedział. Laura popatrzyła na niego z pokorą i po chwili go przytuliła, a on odwzajemnił ten gest. - A to za co? - Zapytał brązowooki.
- Bo cieszę się, że mi o tym powiedziałeś.
- Nalegałaś to powiedziałem. - Ross i Laura jeszcze chwilę porozmawiali, ale potem przeszło do bitwy na poduszki. Skończyło się na tym, że Ross leżał na Laurze podpierając się rękami.
- I co teraz zrobisz? - Zapytała zaciekawiona szatynka.
- Nie wiem, a co proponujesz? - Zapytał pół żartem, pół serio. Po chwili oboje się uśmiechnęli. Po kilku sekundach Ross zbliżył twarz do swojej wybranki, ale w pewnym momencie zatrzymał się. Laura nie mogła już dłużej czekać, więc bez chwili zwłoki wpiła się w usta swojego ukochanego. Pocałunek ten był namiętny i czuły, jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tą jakże romantyczną chwilę przerwały krzyki dochodzące z kuchni. Ross i Laura zaprzestali się całować i biegiem popędzili do kuchni. Widok, który tam zastali sprawiał, że ledwo co powstrzymywali się od śmiechu. Ryland i Rocky biegali po pomieszczeniu i przerażeni krzyczeli „POMOCY!”. Do ich zachowania w dużej mierze przyczynił się Riker, który stał przy kuchence i bezskutecznie próbował zapanować nad wydobywającym się ogniem z patelni, a stało się tak ponieważ chciał zrobić makaron na podwieczorek, ale jednak gotowanie to nie jego pasja. Rossowi zrobiło się żal braci, więc krzyknął. - Cisza! - Gdy Rocky i Ryland się uspokoili, blondyn podszedł do najstarszego brata i wyłączył kuchenkę, a następnie włożył patelnie z zwęglonym jedzeniem do zlewu i zalał zimną wodą. Po wykonanej czynności zwrócił się do braci. - Następnym razem jak będziecie chcieli coś do jedzenia to powiedzcie to komuś kto się zna na kuchni, a nie o mało co domu nie spaliliście, jasne?
- Jak słońce. - Odpowiedzieli niczym chór grecki.
- Ok, skoro już tu jestem to powiedzcie co chcecie do jedzenia.
- Chciałem zrobić makaron, ale teraz jest nam wszystko jedno. - Powiedział Riker w imieniu wszystkich.
- Dobrze, to idźcie i zapytajcie się reszty czy też są głodni. - Chłopacy wyszli z kuchni, a Ross wziął się za robienie podwieczorku. Postanowił, że zrobi muffiny z pomarańczą. Wstawił do piekarnika 20 sztuk, bo akurat wszyscy byli głodni. Po 30 minutach wszystko było już gotowe i Ross rozdawał wszystkim po dwie babeczki na talerzykach. Wszyscy, poza Rossem, zjedli posiłek rozmawiając. On patrzył nieprzytomnie w jeden punkt na ścianie i myślami był zupełnie gdzie indziej. Ciągle wracały do niego wspomnienia z Cody'm w roli głównej. Przypominało mu się jak każda jego dziewczyna całowała Christiana zanim on sam zdążył to zrobić, jednak z Laurą jest inaczej. Jej uczucie do blondyna nie jest takie płytkie jak u jej poprzedniczek, kocha go nad życie i nie może bez niego żyć, ale czy to wystarczy? Czy jej głębokie uczucie prędzej czy później nie zmieni osoby, którą je darzy? Od czasu tego snu, w którym dziewczyna go zdradziła blondyn nie myśli racjonalnie, co prawda nie było to prawdziwe zdarzenie, ale wolał mieć się na baczności. Najbardziej obawia się tego, że ten sen może okazać się prawdą. Myślał tak przez jakiś czas i nawet, z pozoru, nie miał pojęcia, że tuż za nim stoi Rocky i myśli nad tym jak zabrać swojemu młodszemu bratu babeczkę, która jeszcze mu została. Ross powiedział tylko. - To, że cię nie widzę nie znaczy, że nie wiem, że za mną stoisz, więc nawet nie próbuj patrzeć na moją babeczkę, jasne Rocky? - Ten nie wiedział co ma zrobić, tak samo jak inni był zszokowany tym co właśnie się stało.
- Ale.... ale skąd wiedziałeś, że to ja? - Zapytał nadal zszokowany szatyn.
- Pierwsza zasada, – Zaczął wstając i odwracając się do brata. - mnie nie zaskoczysz. - Dokończył.
- Serio?
- Tak. - Żeby to sprawdzić Ryland podbiegł do niego od tyłu z ręką zaciśniętą w pięść i już mu zostało 10 centymetrów od ręki Rossa, gdy ten niespodziewanie się odwrócił i złapał jego pięść w otwartą dłoń, zacisnął i przerzucił go przez ramie tak, że ten upadł bezpiecznie na kanapie w pomieszczeniu. - Mówiłem, mnie nie da się zaskoczyć. - powiedział Ross i puścił rękę Rylanda. Wszyscy patrzyli na blondyna z szokiem w oczach, on natomiast był zadowolony i z uśmiechem na ustach zaniósł talerz do kuchni, a sam udał się do swojego pokoju. Jego rodzina nie wie, że Ross, ten z pozoru zwykły chłopak, ma bardzo dużo wspólnego ze sztukami walki. Gdy miał dziewięć lat w tajemnicy zaczął trenować karate. Był najlepszym uczniem swojego ówczesnego sensei'a Ryana, więc nic dziwnego, że w czasie 1,5 roku zdobył czarny pas trzeciego stopnia i posiadł wiedzę i umiejętności z innych sztuk walki m. in. teakwondo, czy jujutsu. Bardzo zależało mu na tym sporcie, bo oprócz muzyki to właśnie sztuki walki pozwalały mu być sobą. Musiał, jednak zrezygnować z tej dyscypliny, a to wszystko przez jedno wydarzenie, które już na zawsze zostawiło po sobie ślad na jego psychice. Tego właśnie dnia miał zawody z karate, oczywiście był na prowadzeniu, co nie podobało się konkurencyjnemu dojo „Czarne Smoki”. Zawody te skończyły się zwycięstwem dojo, w którym uczył się mały Ross i to właśnie dzięki niemu wygrali. Po powrocie do ich dojo zastali tam pusty budynek, jednak na drzwiach była kartka.
Zwrócimy wam wasz sprzęt jeśli z waszego dojo odejdzie Ross Lynch.”
Ross nie chciał, aby przez niego jego ulubione miejsce zbankrutowało, więc postanowił, że odejdzie. Była to dla niego chyba najtrudniejsza decyzja w życiu, ale nie podjął jej dla siebie, zrobił to dla osób, które chciały się uczyć w tym samym dojo co on. Potem wrócił do swojego normalnego życia i dla zapomnienia próbował zatracić się w innych rzeczach. Po jakimś czasie znalazł swoją nową pasję – rysowanie, ale na sztuki walki na zawsze pozostawił miejsce w swoim sercu. Czasami myślami powraca do tamtego dnia, ale zawsze na samo wspomnienie pojedyncza łza spływa po jego policzku. Tak samo było i dzisiaj, jednak, aby polepszyć swój nastrój wyjął szybko z walizki swój śpiewnik i zaczął swoje uczucia przelewać na papier. Pisząc różnego rodzaju piosenki wykorzystywał w nich swoje uczucia. Nawet jeśli miał olbrzymiego doła, piosenki te chociaż w jakimś najmniejszym stopniu poprawiały mu humor.
Złe myśli wracają do mnie jak bumerang,
A ja po prostu szczęśliwy być chcę.
Pragnę zapomnieć o tym co złe i znów stanąć na polu z napisem „START”,
Aby móc przekonać się jak to jest szczęśliwym być.
Chcę po prostu zapomnieć i już nie mieć złych wspomnień......” *
Siedział na kanapie w swoim pokoju jeszcze jakieś 20 minut, aż usłyszał głos rodziców. - Dzieci schodźcie na dół, zaraz wychodzimy. - W czasie kilkunastu sekund wszyscy byli już na dole z bagażami. Pożegnali się z ciocią Rose, wyszli z jej domku i udali się w stronę lotniska. Dotarli tam w przeciągu 30 minut. Usiedli w poczekalni i czekali aż zacznie się odprawa. Po kilku minutach usłyszeli głos mówiący.
- Odprawa do samolotu M – 123 lecącego do Los Angeles właśnie się rozpoczęła. Zapraszam na pokład. - Nasi bohaterowie weszli na pokład samolotu i już po 10 minutach siedzieli na swoich miejscach. Były same podwójne fotele, więc dobrali się w pary. Ross siedział z Laurą, Rydel z Ell'em, Mark ze Stormie, Riker z Rylandem, a Rocky, jako, że nie miał swojej pary musiał siedzieć ze starszą panią, która pomyliła go ze swoim wnukiem i cały czas szczypała go w policzek. Laura była zmęczona, więc wtuliła się w Rossa i położyła głowę na jego ramieniu, a następnie zasnęła. On z kolei założył na uszy słuchawki i wsłuchując się w rytm piosenek myślał i patrzył na widok za oknem.
- Wracamy do naszego miasta, ale ja wciąż mam pewne obawy co do mojego powtarzającego się snu. - Przeszło mu przez głowę. Spojrzał jeszcze na Laurę. - Jaka ona jest piękna. - Pomyślał i kładąc głowę na głowie swojej dziewczyny pogrążył się w głębokim śnie. Wszystkich obudził dopiero głos stewardessy.
- Drodzy pasażerowie, za pięć minut wylądujemy. - Wszyscy już po kilku minutach wysiedli z samolotu i ruszyli do swoich domów. Jako, że dom Lynchów był pierwszy, najpierw weszli do niego. Ross zostawił tam bagaż i zaproponował Laurze, że ją odprowadzi do domu. Razem z nimi szedł też Ell, ale on szybko się z nimi pożegnał, bo jego dom był tylko dwa domy dalej od Lynchów. W czasie całej drogi, Ross i Laura rozmawiali na wszystkie możliwe tematy. Nasunęła im się nawet kwestia balu. Dzisiaj jest czwartek, więc impreza ta jest jutro o 19:00. Ross i Laura są dobrze przygotowani na ten wieczór, mają już kupione wszystko co trzeba. Ross odprowadził Laurę, a sam udał się w przeciwną stronę niż jego dom, a zrobił tak ponieważ chciał się przejść i przy okazji pomyśleć. Pewnie was to dziwi dlaczego Ross tyle myśli. To dlatego, że nasz blondynek nie lubi nieprzemyślanych decyzji. Woli wiedzieć, że coś do końca przemyślał niż podjąć zbyt pochopną decyzję, a potem jej żałować. Brązowooki jeszcze przez jakiś czas chodził po mieście aż w końcu postanowił wejść do galerii handlowej. Chwilę potem pożałował tej decyzji gdyż zobaczył, że w owym centrum handlowym otworzyli właśnie nowe dojo „Złote Lwy”. To właśnie tam Ross uczył się karate za młodu. Jakiś czas po jego odejściu dojo to zbankrutowało, więc musiało zostać zamknięte, ale teraz dali senei'owi drugą i zarazem ostatnią szansę i mógł je znowu utworzyć. Ross po chwili namysłu wszedł do środka i aż zachciało mu się płakać. Wszystkie sprzęty, dekoracje, puchary były takie same jak przed odejściem blondyna. - „Nic tu się nie zmieniło.” - Pomyślał chłopak. Podszedł do ściany ze zdjęciami i zobaczył siebie jak był mały. Na ten widok poczuł, że jego powieki robią się wilgotne, opanował się jednak zanim po jego policzkach spłynął potok łez. Nagle pojawił się za nim sensei Ryan Starr, Ross mimo to, że mężczysna był za nim widział go kątem oka. Pan Starr był wysokim mężczyzną, ale nie wyższym od Rossa, o jasnej karnacji. Miał ciemnobrązowe oczy i czarne włosy. Z wyglądu wydawał się być mężczyzną po trzydziestce i rzeczywiście tak było, miał 35 lat. Po chwili powiedział do Rossa.
- Jeszcze 8 lat temu był moim najlepszym uczniem. Jako pierwszy i ostatni w przeciągu zaledwie 1,5 roku awansował na czarny pas trzeciego stopnia i posiadł wiedzę innych sztuk walki. Niestety po zawodach, które wygraliśmy, przez konkurencyjne dojo musiał odejść. Ja nie chciałem tego, ale on się upierał, jednak mimo wszystko nie mam mu tego za złe ponieważ zrobił to dla innych uczniów, a to jest prawdziwa lojalność. - Blondynowi po słowach mężczyzny zrobiło się bardzo przykro. Zawsze żałował tej decyzji, a teraz po tym monologu żałował jej sto razy bardziej niż przedtem. Gwałtownie odwrócił się do pana Ryana i powiedział.
- A co by pan zrobił gdyby tu wrócił? - Sam nie wierzył w to co właśnie wyszło z jego ust, ale co się stało się nie odstanie.
- To niemożliwe, ale gdyby tak się stało, przyjąłbym go z otwartymi ramionami........ Ok, nie mówmy już o nim, a o tobie, chcesz się tutaj zapisać? - Blondyn sam nie wiedział co ma zrobić. Owszem, powrót do karate był jego marzeniem, ale nigdy nie miał dość odwagi, aby to zrobić. Nie wiedział czy się zgodzić, czy nie. Po chwili namysłu odpowiedział jednak.
- Tak. - Blondyn poczuł ulgę i wiedział, że dobrze postąpił zgadzając się.
- Dobrze, najpierw musisz wypełnić ten wniosek. - Mężczyzna podał mu papiery, a Ross zaczął je wypełniać. Po chwili chłopak oddał je sensei'owi, a temu o mało co oczy nie wyszły z orbit. Żeby się upewnić spojrzał na zdjęcie jego byłego najlepszego ucznia i porównał je ze stojącym przed nim Rossem. On z kolei był zmieszany całą tą sytuacją. Po chwili porównywania, Ryan powiedział. - To ty Ross? - On tylko przytaknął głową, a ten mówił dalej. - Myślałem, że już nigdy cię nie spotkam, zmieniłeś się.
- Dziękuję. - Tylko to zdołał powiedzieć.
- Twoja rodzina nadal nic nie wie o twoim zamiłowaniu do sztuk walki?
- Nie. Nigdy im o tym nie powiedziałem.
- A masz jeszcze pas?
- Oczywiście, zatrzymałem go na pamiątkę.
- Ok, to ja cię już nie będę tutaj przetrzymywał. Jutro o 16:00 jest trening, dostaniesz na nim kimono i poznasz innych uczniów, a teraz zmykaj, innym razem opowiesz mi o tym co się z tobą działo.

- Ok. - Odpowiedział brązowooki i zadowolony wrócił do domu. Był zmęczony po podróży i jeszcze dzisiejszych przeżyciach, więc zaraz po kolacji, umył się i przebrany w piżamę wskoczył do łóżka. Pomimo wczesnej pory zasnął błyskawicznie z szerokim uśmiechem na ustach.

* - Fragment piosenki napisanej przeze mnie.
********
I jak, podoba wam się? Sama nie wiem, ale rozdział ten chyba wyszedł całkiem długi. Ostatnio dużo myślałam nad tym co będę robiła po zakończeniu tego bloga i zaraz wstawię ankietę, w której będziecie mogli głosować, aby pomóc mi podjąć decyzję. Mam nadzieję, że mi pomożecie.
Uwielbiam tą piosenkę, szczególnie w ich wykonaniu. Chociaż jest krótka, daje przekaz.
Całuski ;-* Marta Lynch.

niedziela, 15 września 2013

(44) 8. Dziwne zachowanie & Pomoc.

Nie mogę znieść jak ktoś w moim otoczeniu jest nieszczęśliwy, a ja nic nie mogę z tym zrobić.” - Ross Lynch.
*Oczami Rossa.*
Dzisiaj kolejny dzień naszego pobytu u cioci Rose w Paryżu. W tym mieście jest pięknie, ale i tak wolę nasze Los Angeles. Jak co dzień umyłem się i przebrany zszedłem na dół zrobić śniadanie, oczywiście były to naleśniki. Po pół godzinie śniadanie było już gotowe, a w jadalni zjawili się już wszyscy „wielbiciele mojej kuchni”. Usiadłem na moim stałym miejscu obok cioci Rose i mojej kochanej Laury. Wszyscy zrobili to samo, tylko dwie osoby zmieniły swoje miejsce. Byli nimi Ellington i Rydel. Zawsze siedzieli bardzo blisko siebie, w końcu są parą, a teraz siedzą po dwóch przeciwnych stronach stołu. To jest co najmniej dziwne, muszę później z każdym z nich porozmawiać. Śniadanie skończyliśmy jeść 20 minut później. Umyłem naczynia i wszedłem do salonu. Zastałem tam Ell'a, Rikera i Rocky'ego siedzących na kanapie. - Ellington Lee Ratliff musimy poważnie porozmawiać. - Powiedziałem do przyjaciela. On nic nie odpowiedział tylko wstał i ruszył za mną do mojego pokoju. Po chwili oboje siedzieliśmy na łóżku.
- To o czym chciałeś ze mną porozmawiać? - Zapytał wyraźnie ciekawy Ell.
- O tobie i Rydel. - Powiedziałem, a na twarzy mojego przyjaciela znikąd pojawił się smutek. - Widzę, że coś między wami jest nie tak, a jeśli mi powiesz, spróbuję wam jakoś pomóc.
- Ok, my........ my zerwaliśmy. - Byłem zdziwiony jego odpowiedzią.
- Ale jak do tego doszło?
- Sam nie wiem, to się stało tego samego dnia, w którym pokazywałeś Laurze miasto. Przygotowałem dla Rydel wyjątkową randkę. Wszystko szło zgodnie z planem, ale przez moje tchórzostwo straciłem ją.
- Co się stało?
- Na końcu randki chciałem jej wyznać, że ją kocham, to by był mój pierwszy raz, ale Delly odebrała to tak jakbym chciał z nią zerwać i zapłakana wróciła do domu. Chciałem wyjaśnić tą całą sprawę, ale gdy spytała co chciałem jej powiedzieć znowu spanikowałem. Kocham ją, nie mogę bez niej żyć, a teraz czuję się podle, bo ją zraniłem. - Wyjaśnił na jednym tchu. Widać było w jego oczach poczucie winy i smutek. Znam się na ludziach i wiem, że Ell w tym momencie nie kłamał.
- Wierzę ci, że ją kochasz, a ona na pewno ciebie też, więc pomogę ci. - Powiedziałem.
- Serio?
- Tak, jesteś moim najlepszym przyjacielem, a Rydel to moja starsza siostra. Po za tym widzę jacy jesteście szczęśliwi będąc razem, a ja lubię jak mogę się przyczynić do czyjegoś szczęścia.
- Dzięki Ross, jesteś super. - Powiedział po czym mnie przytulił. Ja za to poklepałem go po plecach i rzekłem.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze....... Ok to ja idę z nią pogadać. - Powiedziałem i wyszedłem z pokoju, zszedłem na pierwsze piętro i zapukałem do drzwi Rydel. Już po chwili usłyszałem krótkie.
- Proszę. - Dlatego wszedłem do pomieszczenia. - O, hej Ross. - Powiedziała i próbowała wytrzeć łzy abym nie widział, że płakała, jednak nie udało jej się to.
- Wiem co się stało gdy byłem z Laurą wczoraj w mieście, czemu mi o tym nie powiedziałaś? - Zapytałem.
- Nie chciałam cię martwić moimi problemami. - Odpowiedziała Delly.
- Rydel, przecież wiesz, że mi zawsze możesz wszystko powiedzieć.
- Następnym razem na pewno ci powiem, dzięki, a Ell sam do ciebie przyszedł?
- Nie, sam to zauważyłem i przed chwilą z nim rozmawiałem.
- Aha.
- Ale teraz ty mi powiedz, czy go kochasz?
- Oczywiście, że tak, ale nigdy mu tego nie mówiłam. Zresztą on chyba tego do mnie nie czuje.
- A czemu tak sądzisz?
- Bo nigdy mi tego nie powiedział.
- A może on po prostu się boi.
- Może, sama nie wiem.
- Oj, chyba muszę już iść. Pa.
- Pa pa. - Wyszedłem z jej pokoju i wszedłem do swojego, na szczęście Ellington już dawno z niego wyszedł. Wziąłem do rąk kratkę papieru A4 i podzieliłem ją na połowę. Na pierwszej narysowałem różne kwiaty i serca, a na środku umieściłem napis „I Love You.” W środku laurki napisałem wierszyk, ale taki bez rymów.
    Jesteś całym moim światem. 
    Kocham cię, jednak boję się ci o tym powiedzieć. 
    Wiem, że możesz wziąć mnie za tchórza, 
    Ale to dlatego, że nigdy nikomu tego nie mówiłem. 
    Chcę, jednak żebyś wiedziała, że zależy mi na tobie jak na nikim innym. 
    Kocham cię całym moim sercem. 
    Uwielbiam twój uśmiech, twoje piękne oczy oraz twoje czułe słowa. 
    Chcę żebyś wiedziała, że kocham cię nad życie.”
Podpisałem się pod nim jako „Ellington Ratliff”. Wziąłem laurkę, wyszedłem z pokoju i wsunąłem ją pod drzwiami do pokoju Delly. Sam szybko się stamtąd ulotniłem i popędziłem do salonu. Zastałem tam Laurę. - Hej. - Powiedziałem i usiadłem obok niej na kanapie obejmując ją ramieniem.
- Hej, a ty co taki zadowolony? - Zapytała brązowooka z zaciekawieniem.
- A nic. - W tej chwili obok nas pojawił się także Ellington.
- I co Ross? Rozmawiałeś z nią? - Zapytał.
- Tak, ziarnko wybaczenia zasiane, a plon już się wzbija. - Powiedziałem niczym poeta. W tej samej chwili do salonu szybko wbiegła Rydel i mocno przytuliła Ell'a. Tylko ja wiedziałem o co chodzi.
- Ell, przepraszam. - Powiedziała. - Ja też cię kocham.
- Co? - Zapytał zdziwiony chłopak.
- No, czytałam tą laurkę, którą wsunąłeś mi pod drzwi, a ten wiersz i rysunki są piękne. - Powiedziała i znów przytuliła chłopaka. On jako, że był zwrócony przodem w moją i Laury stronę powiedział bezgłośnie „To twoja sprawka?”, a ja zadowolony z siebie i śmiechem na ustach pokiwałem twierdząco głową.
- No gołąbeczki to teraz możecie się przejść i następnym razem jak będziecie mieć jakiś problem, przyjdźcie z tym do mnie, a nie od razu ze sobą zrywajcie, ok?
- Ok. - Powiedzieli i wyszli.
- Nie wiedziałam, że oni się rozstali. - Powiedziała Laura tuż po ich wyjściu.
- Ja też, do dzisiaj.
- Fajnie, że im pomogłeś.
- Tak, ja też się cieszę. - Powiedziałem. Potem razem z Laurą oglądaliśmy film, a właściwie to filmy. Skończyliśmy akurat gdy ciocia Rose nakładała dla nas kolację, tym razem przyrządziła lazanię. Była przepyszna, chyba nigdy nie dorównam jej moimi wypiekami.
- Dobra dzieci, kto dzisiaj zmywa? - Zapytał tata, jednak nastała cisza, którą dopiero ja przerwałem.
- Ja pozmywam.
- Ross, ale ty zmywałeś wczoraj. - Powiedziała mama.
- I co z tego? Pozmywam naczynia do końca naszego pobytu, a oni niech cieszą się wyjazdem.
- Coś się stało Ross? - Zapytała ciocia.
- Nie..... Ja lepiej pójdę pozmywać. - Powiedziałem chcąc uniknąć tematu i wszedłem do kuchni. Stanąłem przy zlewie i odkręciwszy kran zacząłem zmywać naczynia. W pewnej chwili poczułem, że ktoś obejmuje mnie od tyłu, jednak nie była to Laura. Odwróciłem się, a przed sobą zastałem Rydel.
- Dziękuję. - Powiedziała.
- Za co? - Zapytałem nie wiedząc o co chodzi.
- Ell powiedział mi co zrobiłeś, chodzi o tą laurkę.
- A tak, ja po prostu ją kupiłem. - Skłamałem.
- Jasne. - Delly widocznie mi nie wierzyła, bo powiedziała to ironicznie. - A tak właściwie to czemu nam pomogłeś?
- Bo widzę jak się nawzajem uszczęśliwiacie, a bez siebie jesteście jak ciało bez wody. Dlatego wam pomogłem, bo zasługujecie na szczęście. - Odpowiedziałem i uśmiechnąłem się, blondynka odwzajemniła mój gest.

- Dziękuję, jesteś najlepszym bratem na świecie. - Powiedziała i mnie przytuliła. Ja zrobiłem to samo. Po chwili moja siostra wyszła z kuchni, a ja kontynuowałem zmywanie naczyń. Gdy skończyłem poszedłem się umyć, a następnie spać.
*******
Podoba wam się? Dzisiaj miałam katar, więc siedziałam domu i pisałam nowe rozdziały. Szkoda, że jutro znów do szkoły. Tak mi się nie chce iść, chociaż mam na 8:55.
Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Widzieliście pocałunek Auslly?

piątek, 13 września 2013

(43) 7. Tajemniczy sen & Powracające myśli.

Obiecaj mi jedno – nigdy mnie nie opuścisz i nie przestaniesz kochać.” - Ross Lynch.
*Oczami Rossa.*
„Idę sobie spokojnie parkiem w LA, a tu nagle widzę w oddali Laurę, lecz ona nie jest sama. Jest w towarzystwie...... Cody'ego? Ale on przecież mieszka w innym mieście, więc skąd mógł się wziąć w Los Angeles? Chłopak zaczyna się do szatynki zbliżać, a ona robi to samo. Wkrótce między nimi następuje pocałunek. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że oni dobrze wiedzą, że ich obserwuję, a mimo to nadal się całują. W końcu brązowooka do mnie podchodzi i mówi. - Myślałeś, że cię kocham? Że jesteś dla mnie wszystkim? Myliłeś się, teraz kocham Cody'ego. - Dziewczyna i chłopak znikają, a ja zostaję sam. Nagle jakiś głos mówi.
- Jeśli myślisz, że twoje życie już zawsze będzie takie piękne i kolorowe, jesteś w wielkim błędzie. Nic nie trwa wiecznie.” - W tej chwili się obudziłem. Co ten sen może oznaczać? Czy to jakiś znak? I czemu pojawił się w tym wszystkim Cody? Pewnie zastanawiacie się kim jest Cody. Już wam to wszystko wyjaśniam, otóż ja i Cody od zawsze za sobą nie przepadaliśmy. To on zawsze rozkochiwał w sobie i zabierał mi każdą moją dziewczynę nim ją pocałowałem. Dlatego nie miałem szansy na ten pierwszy pocałunek, dopiero przy Laurze było inaczej. Cody nie zabrał mi tylko Mai, ale zrobił to Avan, więc tak naprawdę nie zabrał mi tylko Laury, ale co będzie jak on nas znajdzie i ona będzie jego kolejną ofiarą? Moje uczucie do Laury jest zupełnie inne niż do moich wcześniejszych dziewczyn, jest o wiele silniejsze. Dlatego najbardziej cierpiałbym gdyby Cody zabrał mi ją, rodzinę oraz przyjaciół. Oni są dla mnie wszystkim. - „Ale teraz nie pora na użalanie się nad swoim życiem tylko pora wstać z wyrka, przygotować śniadanie i udawać, że nic takiego się nie stało.” - Pomyślałem i tak zrobiłem, wstałem z łóżka, wziąłem szybki prysznic i przebrany udałem się do kuchni. Jest 6:00, a o tej porze wszyscy jeszcze śpią, nawet w LA to ja wstaję najszybciej, może dlatego nazywają mnie „rannym ptaszkiem”. Wszedłem do kuchni i wziąłem się za przygotowywanie posiłku. Moim dzisiejszym specjałem były naleśniki, bo jak wam wiadomo wczoraj obiecałem cioci robić je codziennie w czasie naszego pobytu w Paryżu. Po 35 minutach wyczerpującej pracy 30 naleśników z owocami było już gotowych. Ułożyłem je tak samo jak poprzedniego dnia i tym razem postanowiłem obudzić każdego z osobna. Wszedłem na górę i pierwszy w kolejności był tymczasowy pokój Rikera i Ell'a. Wszedłem do nich i powiedziałem głosem lokaja. - Panowie śniadanie gotowe, więc zapraszam do jadalni. - Chłopacy od razu wstali z łóżek i popędzili we wskazanym przeze mnie kierunku. Wyszedłem z ich pokoju i wszedłem do pomieszczenia obok, był to pokój Rydel. Stanąłem na środku pokoju i rzekłem. - Pani ulubione naleśniki z owocami i cukrem pudrem właśnie zostały podane do stołu. - Dziewczyna wstała z łóżka i wyszła bez słowa, dziwne. W dalszym budzeniu szło tak samo, tylko często zmieniałem swoją gadkę. Gdy wszyscy byli już na dole wszedłem na drugie piętro i zapukałem do pokoju Laury, jednak ona nie otwierała. - „Pewnie śpi.” - Pomyślałem i pewnym krokiem wszedłem do pomieszczenia. Podszedłem bliżej jej łóżka i nachylając się nad śpiącą dziewczyną powiedziałem. - Królewskie śniadanie gotowe. - Po czym szeroko się uśmiechnąłem. Dziewczyna wstała z łóżka i tak samo jak ja się uśmiechnęła. Po chwili zeszła na śniadanie. Ja za to wszedłem jeszcze do mojego tymczasowego pokoju i wziąłem z niego mój szkicownik z ołówkiem i kredkami oraz śpiewnik z długopisem. Czuję, że mam dzisiaj natchnienie, więc muszę tylko gdzieś w spokoju usiąść i przelać moje myśli na papier. Wszystko schowałem do plecaka i założyłem go na plecy, a sam wziąłem w rękę deskorolkę, którą na wszelki wypadek zabrałem z „miasta aniołów”. Zszedłem na dół gdzie akurat była moja ciocia i rodzice. - Jadę się przewietrzyć, kupić coś? - Powiedziałem.
- Nie synku, ale właściwie to czemu nagle tak wzięło się na samotne wyjście? - Zapytał mój tata.
- Sam nie wiem, muszę się dotlenić i pozbierać myśli. - Odpowiedziałem.
- Ok, tylko uważaj na siebie i nie wracaj zbyt późno. - Powiedziała mama.
- Ok, to pa.
- Pa. - Powiedzieli wszyscy, a ja wyszedłem z domu. Jadąc na deskorolce kierowałem się w doskonale znane mi miejsce. Zawsze tam przychodziłem gdy miałem doła, albo po prostu, tak jak dzisiaj, chciałem w spokoju tworzyć.
*Tymczasem w domu ciociu Lynch. (Oczami narratora.)*
- Wasz syn zawsze taki jest? - Zapytała pani Rose popijając herbatę.
- Jaki? - Zapytała Stormie.
- No, taki tajemniczy. - Odpowiedziała jej kobieta.
- Tak, z resztą sama pamiętasz jak w czasie pobytów u ciebie, Ross często wychodził z domu i gdzieś znikał. - Wyjaśnił Mark.
- Tak, zawsze wychodził smutny i zdołowany, a wracał zadowolony i uśmiechnięty.
- Właśnie, czasami wydaje mi się, że on jest najbardziej dojrzały z całej piątki naszych rozbrykanych owieczek. - Powiedziała Stormie.
- Masz rację kochanie, on zawsze był inny niż reszta. - Potwierdził jej mąż.
- Ciekawe co jest tego powodem. - Znów odezwała się Rose.
- Właśnie. - Powiedziało małżeństwo, jednak na tym skończyła się ich rozmowa.
*U Rossa. (Jego oczami.)*
Wreszcie dojechałem na miejsce. Była to mała polanka nieopodal miasta. Przez te wszystkie lata wcale się nie zmieniła. Usiadłem sobie wygodnie na zielonej trawce i zacząłem rysować. Cieszę się, że jest coś dzięki czemu mogę wyrazić moje uczucia, wiadomo, że są to dwie rzeczy – muzyka i sztuka. Są to dwie z moich wielu pasji, o tej drugiej nie wie nawet moja rodzina. Oni wiedza tylko o muzyce, gotowaniu i sporcie, ale o reszcie nie mają zielonego pojęcia, a ja nawet się z tego cieszę. Nie żebym nie miał do nich zaufania czy coś w tym rodzaju, ale po prostu wolę tą informację zostawić dla siebie. Po dłuższej chwili miałem już gotowy jeden rysunek. Potem następny i jeszcze kolejny. Na każdym z nich była ta łąka, na której się obecnie znajduję. Już trochę zmęczony rysowaniem włożyłem szkicownik i akcesoria do plecaka i wyjąłem mój śpiewnik z długopisem. Często zapisuję w nim moje myśli, ale tych piosenek też nikomu nie pokazuję, bo te, które piszą Riker i Rocky są sto razy lepsze, a moje nie nadają się nawet do śpiewania solowego, a co dopiero zespołowego. Jednak przy napisaniu odpowiedniej piosenki potrzeba więcej czasu niż w rysowaniu. Ja jednak w związku z tym, że miałem tak zwane „FLOU” napisałem piosenkę już po 10 minutach.
Przez ten jeden głupi sen wszystkie złe wspomnienia do mnie wracają.
Przypominam sobie ile bólu w swym życiu doznałem.
Czuję wtedy smutek, bo to wszystko przez jednego człowieka, który zabrał mi wszystko.
To on za każdym razem sprawiał, że tak bardzo cierpiałem.
To on za każdym razem sprawiał, że tak bardzo cierpiałem.
Przez ten jeden głupi sen wszystkie złe wspomnienia do mnie wracają.
Przypominam sobie ile bólu w swym życiu doznałem.
Przypominają mi się te wszystkie dziewczyny, które przez niego mnie zdradziły.
Przez ten jeden głupi sen wszystkie złe wspomnienia do mnie wracają.
Przypominam sobie ile bólu w swym życiu doznałem.
Czuję wtedy smutek, bo to wszystko przez jednego człowieka, który zabrał mi wszystko.
To on za każdym razem sprawiał, że tak bardzo cierpiałem.
To on za każdym razem sprawiał, że tak bardzo cierpiałem.
Przez ten jeden głupi sen wszystkie złe wspomnienia do mnie wracają.
Przypominam sobie ile bólu w swym życiu doznałem.
Czuję wtedy smutek, bo to wszystko przez jednego człowieka, który zabrał mi wszystko.
To on za każdym razem sprawiał, że tak bardzo cierpiałem.
To on za każdym razem sprawiał, że tak bardzo cierpiałem.”*
Nie była ona najlepsza, ale dzięki niej poczułem się lepiej, bo chociaż w czasie gdy ją pisałem przypomniał mi się dzisiejszy sen, czułem w sercu ulgę. Spojrzałem na zegarek. - „Już 15:30!” - Wykrzyczałem w myślach. - „Jak ten czas szybko leci.” - Pomyślałem. Wstałem z zielonej trawy i pojechałem na deskorolce z powrotem do domu. Gdy przekroczyłem próg drzwi wejściowych zauważyłem, że wszyscy siedzą w jadalni. - „Pewnie jedzą obiad.” - Pomyślałem i wszedłem na górę. Zostawiłem deskorolkę i plecak w pokoju i dołączyłem do mojej rodziny w jadalni.
- Witaj Ross. - Zaczęła ciocia Rose. - Weź sobie odgrzej obiad i siadaj z nami. - Ja wykonałem jej polecenie i udałem się do kuchni. Wyjąłem z lodówki ziemniaki i paluszki rybne i wstawiłem je do mikrofalówki. Nagle poczułem, że ktoś mnie od tyłu przytula, wiedziałem, że to Laura. Odwróciłem się w jej stronę. - Gdzie byłeś cały dzień? - Zapytała. 
- W takim moim tajemniczym miejscu, zawsze podczas pobytu u cioci tam chodzę, aby w samotności... - W tym momencie urwałem, bo nawet Laurze nie chciałem zdradzać moich prawdziwych powodów przychodzenia tam.
- Aby w samotności co robić? - Zapytała zaciekawiona brązowooka.
- Pomyśleć. - Odpowiedziałem. W sumie to nie kłamałem, bo przychodzę na tą łąkę także w celu odpoczynku.
- Aha. - Na szczęście Laura nie zadawała kolejnych pytań. Po chwili rozmowy wyjąłem z mikrofali wcześniej wstawione tam danie i poszedłem z nim do jadalni. Usiadłem obok rodziców i cioci, którzy prowadzili zawziętą konwersację na jakiś tam temat, sam nie wiem o czym mówili, bo ich nie słuchałem. Nikogo nie słuchałem, tylko pogrążyłem się w swoich myślach. Znalazłem się w zupełnie innym świecie, z dala od rodziny. Przez cały dzisiejszy dzień próbowałem zapomnieć o tym śnie z Cody'm, ale czegokolwiek bym nie zrobił moje myśli wciąż wracają w to samo miejsce. Od tego wszystkiego zaczyna mnie już boleć głowa. - Ross. - Usłyszałem jakiś głos. - Ross. - Znów go usłyszałem, ale tym razem był dwa razy głośniejszy. Po chwili zreflektowałem się, że owy głos należy do Laury. Gwałtownie zszedłem na ziemię.
- Tak? - Powiedziałem. - Wybacz, zamyśliłem się.
- I to nawet bardzo, bo nawet nie tknąłeś obiadu. - Powiedziała ciocia.
- Wybacz ciociu, ale jestem po prostu zmęczony, pójdę się położyć, a obiad zjem później.
- Dobrze. - Odpowiedziała, a ja wszedłem na górę do swojego pokoju i położyłem się. Po chwili zasnąłem, ale znów śnił mi się ten sam sen co poprzedniej nocy. Tym razem obudziłem się z wielkim krzykiem, ale na szczęście nikt tego nie słyszał. Szybko wziąłem z szafki nocnej telefon i napisałem do Laury SMS'a, bo nie miałem siły, aby zejść do niej na dół. - „Laura, proszę cię przyjdź szybko do mojego pokoju, bo muszę z tobą porozmawiać. Proszę, to bardzo ważne.” - Dziewczyna nic nie odpisała tylko już po pięciu minutach pojawiła się obok mnie.
- To, o czym chciałeś ze mną porozmawiać? - Zapytała na wstępie.
- Kochasz mnie? - Zapytałem, ale szatynka chyba nie do końca wiedziała jaki jest cel tego pytania. W końcu jednak odpowiedziała.
- Oczywiście, że tak, a co?
- To nie pytaj o nic więcej tylko obiecaj mi jedno – nigdy mnie nie opuścisz i nie przestaniesz kochać.

- Obiecuję. - Odpowiedziała, a ja ją przytuliłem. Ona odwzajemniła mój gest. Potem jeszcze chwilę rozmawialiśmy, a gdy Laura wyszła poszedłem spać. Tym razem nie śnił mi się żaden koszmar.
*******
Hej, hej i jest nowy rozdział. Wybaczcie, że o późniejszej godzinie niż zwykle, ale musiałam dokończyć pisać kolejny rozdział 2 sezonu i po prostu byłam zmęczona. Mam nadzieję, że się na mnie nie gniewacie i rozdział wam się podoba. Przy okazji życzę wam miłego weekendu, chociaż wy będziecie mieli szansę przez te dwa dni odpocząć, bo ja muszę iść jutro na 10:00 do szkoły i słychać jakiś zbędnych wykładów.
Całuski ;-* Marta Lynch.
P. S. Zaraz na stronę "Kontakt" dodam nazwę na moim nowym instagramie, jakbyście chcieli mnie odwiedzić.

środa, 11 września 2013

(42) 6. Przylot & Zwiedzanie miasta.

"To miejsce jest jeszcze piękniejsze na żywo niż na zdjęciach i w telewizji.” - Laura Marano.
*Oczami narratora.*
Następnego dnia Laura obudziła się o 8:00. Szybko weszła do łazienki i wyciągnęła z torby ubrania, które wczoraj sobie przygotowała. Ubrała się w nie i zadowolona zeszła na dół. W kuchni zastała Rossa, który akurat kończył robić dla nich śniadanie. Tym razem były to tosty. - Były wyborne. - Powiedziała dziewczyna, gdy skończyła jeść.
- Dziękuję. - Odpowiedział blondyn. - Może odprowadzę cię do domu. - Zaproponował.
- Ok. - Po tych słowach Laura weszła na górę i zabrała swoją torbę, a następnie razem ruszyli w stronę jej domu. Chłopak odprowadził dziewczynę do furtki i po dziesięciu minutach rozmawiania zaczął wracać do domu. Laura weszła do domku i już w progu naskoczyli na nią rodzice i starsza siostra.
- I jak było? - Zapytała pani Ellen.
- No opowiadaj. - Dopowiedziała Vanessa.
- Już, ale najpierw mam pytanie. - Powiedziała i zwróciła się do swojego taty. - Tato, kiedy Ross zapytał się ciebie, czy może mnie zabrać do Paryża?
- Wczoraj, jak z mamą byłyście na zakupach, ale ty lepiej idź się spakować, w końcu o 16 masz lot. - Odpowiedział.
- Ok. - Powiedziała i poszła do swojego pokoju. Wyjęła z szafy walizkę i zaczęła chować do niej potrzebne rzeczy. Pakowanie zajęło dziewczynie 1,5 godziny, a gdy skończyła zmęczona opadła na łóżko i zasnęła. Obudziła się po 40 minutach i wyjęła z komody torebkę i do niej także schowała potrzebne rzeczy m. in. komórkę, pamiętnik z długopisem oraz portfel i paszport. Następnie zajrzała jeszcze raz do szafy i w pozostałych ubraniach zaczęła szukać stroju na podróż. Po dwudziestu minutach szukania zdecydowała się na żółte rurki, różową bluzkę z tęczą oraz buty w biało – czarne paski. Szatynka spojrzała na zegarem, który wskazywał 12:00. - Mam jeszcze 2,5 godziny do przyjścia Rossa. - Powiedziała sama do siebie. Nie wiedząc co ze sobą zrobić Laura włączyła telewizor i zaczęła oglądać jakiś serial. Skończyła gdy zegar wskazywał 13:55, więc szybko weszła do łazienki zabierając wcześniej ubrania na podróż. Wskoczyła pod prysznic i już po chwili krople letniej wody delikatnie spływały po jej ciele. Po dziesięciu minutach kąpieli pod prysznicem wyszła spod niego i ubrała strój, który wcześniej przyniosła do łazienki. Po wykonaniu tej czynności usiadła przed lustrem i zaczęła sobie robić makijaż. Usta pomalowała różowym błyszczykiem, a oczy podkreśliła czarną kreską. Do tego włosy spięła w kucyk na boku. Na sam koniec spryskała się perfumami o zapachu lawendy. Zadowolona z efektu wyszła z pokoju czystości i chwytając do rąk torbę podróżną oraz walizkę zeszła na dół. Walizkę postawiła obok drzwi wejściowych, a sama udała się do kuchni. Zastała tam karteczkę zaadresowaną do niej. Wzięła ją do rąk i zaczęła czytać zamieszczony na niej tekst. - „Laura wybacz, ale musieliśmy pilnie wyjechać, więc nie mieliśmy czasu się z tobą pożegnać, ale obiecuję, że zadzwonię do ciebie wieczorem. Weź dodatkową parę kluczy i zamknij dom. Baw się dobrze w Paryżu. Kocham cię, mama.” - Dziewczyna wzięła z lodówki babeczkę z nadzieniem malinowym i popiła ją herbatą owocową. Gdy skończyła, usłyszała dzwonek do drzwi. - To już 14:30? - Zapytała samą siebie. Spojrzała na zegarek, a ten ewidentnie wskazywał godzinę 14:30. Szybkim krokiem otworzyła drzwi, a za nimi oczywiście stał Ross. - Cześć. - Powiedziała dziewczyna, a blondyn odpowiedział jej tym samym. Brązowooka wzięła walizkę i wychodząc ze swoim chłopakiem zamknęła drzwi na klucz. Na lotnisko szli trzymając się za ręce. Dotarli tam po godzinie. Po dwudziestu minutach czekania usiedli w samolocie na swoich miejscach. Laura wtuliła się w siedzącego obok niej Rossa i odpłynęła w krainę snów. Blondyn zrobił to samo. Obudziły go słowa stewardessy. – Szanowni państwo jesteśmy już nad Paryżem i zaraz przystąpimy do lądowania, proszę zapiąć pasy.
- Laura, obudź się, zaraz lądujemy. - Powiedział blondyn lekko szturchając dziewczynę. Ona otworzyła swoje powieki i wyjrzała przez okno w samolocie. Widok na zewnątrz był piękny. W Paryżu w tej chwili była godzina 21:30, więc miasto miłości było jeszcze piękniejsze niż w dzień. Wieża Eiffla świecąca w nocy była nie do opisania. Widok tego miejsca zrobił na Laurze ogromne wrażenie. - Podoba ci się to miasto? - Zapytał głos za plecami dziewczyny, bez wątpienia należał on do jej ukochanego. Dziewczyna odwróciła się i powiedziała patrząc mu w oczy.
- Tu jest magicznie. To miejsce jest jeszcze piękniejsze na żywo niż na zdjęciach i w telewizji.
- Cieszę się, że ci się podoba. - Odpowiedział brązowooki i uśmiechnął się do szatynki. Ona odpowiedziała mu tym samym. Po dziesięciu minutach byli już na lotnisku. Odebrali swoje bagaże, a następnie udali się do domu cioci Rossa. Chłopak objął swoją dziewczynę ramieniem, a ta objęła go wokół talii. W tej właśnie pozycji szli. Pod domek dotarli po 30 minutach. Budynek był duży, posiadał dwa piętra. Ściany zewnętrzne były w kolorze jasnego beżu, a drzwi i ramy okienne jasnego brązu. Dom był ogrodzony niedużym drewnianym płotkiem. Ross wszedł do środka ciągnąc za sobą szatynkę. Gdy byli w środku chłopak zamknął drzwi i krzyknął. - Jesteśmy! - Po tych słowach z kuchni wybiegli rodzice blondyna i jakaś blondynka. Jak się pewnie domyślacie była to jego ciocia.
- Ross, jak ja cię dawno nie widziałam. - Powiedziała.
- Tak, ostatnio pięć lat temu. - Odpowiedział chłopak.
- Jak ty wyrosłeś. - Powiedziała. - A ty to pewnie Laura, dziewczyna mojego siostrzeńca. - Tym razem zwróciła się do towarzyszki chłopaka.
- Tak proszę pani, miło mi panią poznać. - Powiedziała brązowooka.
- Mi ciebie też, tyle o tobie słyszałam. Ok, pewnie jesteście zmęczeni, więc zrobię wam kolację, a potem idźcie spać. - Jak powiedziała tak zrobiła. Para zjadła posiłek, a gdy skończyli Ross zaprowadził Laurę do jej tymczasowego pokoju. Znajdował się on na samej górze, tuż obok pokoju blondyna i łazienki. Zakochani pożegnali się ze sobą i weszli do pomieszczeń. Brązowooka poszła się umyć i już po chwil spała sobie smacznie. Ross zrobił to samo.
*Oczami Rossa.*
Rano obudziłem się o 6:00. Wziąłem szybki prysznic i ubrany zszedłem na dół. Sprawdziłem czy ktoś się obudził. - Super, wszyscy jeszcze śpią. - Powiedziałem sam do siebie. Szybkim krokiem wszedłem do kuchni i zajrzałem do lodówki. Wyjąłem z niej potrzebne składniki i wziąłem się za robienie ciasta. Po 30 minutach miałem gotowych 30 naleśników. W jadalni rozłożyłem 10 talerzy i na każdy nałożyłem po 3 naleśniki. Dodatkowo położyłem na nich owoce i posypałem cukrem pudrem. Rodzicom i cioci przygotowałem jeszcze po kawie, a nam herbatę owocową. Napoje w szklankach postawiłem obok posiłków. Zadowolony z efektu mojej ciężkiej pracy krzyknąłem – Śniadanie! - i usiadłem na swoim krześle. Już po pięciu minutach w jadalni pojawiła się Laura.
- Ten piękny zapach czuć aż u mnie. - Powiedziała i siadając obok mnie zaczęła konsumować przygotowany przeze mnie posiłek. Po chwili w jadalni pojawili się także moi rodzice, a tuż za nimi moje rodzeństwo, Ell i ciocia.
- Co tak pięknie pachnie? - Zapytał siostra mojego taty.
- Naleśniki Rossa. - Odpowiedzieli wszyscy greckim chórem, a ja uśmiechnąłem się.
- No proszę, wiedzę, że mamy kucharza w rodzinie. - Odpowiedziała.
- I to uzdolnionego – Powiedziała Delly.
- „Uzdolnionego” mówisz. Zaraz zobaczę. Dawno nie jadłam Amerykańskiego jedzenia i nie wiem czy.... - W tym momencie wzięła kawałek do ust. - nie wezmę od ciebie przepisu. - Dokończyła, a wszyscy zaczęli się śmiać.
- Niestety ciociu. - Zacząłem. - Przepis jest moją tajemnicą.
- No cóż, szkoda, ale musisz je robić częściej.
- Spokojnie, dopóki tu jesteśmy będę je robił codziennie.
- Mi to pasuje.
- Nam też. - Powiedzieli wszyscy. Po śniadaniu zmyłem naczynia, a potem wszedłem na drugie piętro i zapukałem do drzwi Laury.
- Proszę. - Usłyszałem za drzwiami jej piękny głos, więc wszedłem. - O, cześć Ross. - Powiedziała i mnie przytuliła.
- Laura co ty na to abyśmy za dziesięć minut wyszli do miasta? Pokazałbym ci to miejsce. - Zapytałem.
- Jestem za. - Odpowiedziała.
- Ok, to za dziesięć minut po ciebie przyjdę, tylko załóż jakiś płaszcz, bo może być zimno.
- Ok. - Po tych słowach wyszedłem z pokoju. Wszedłem do swojego i zacząłem szukać w szafie stroju na pokazywanie Laurze miasta.
*Oczami Laury.*
Od razu po wyjściu Rossa podeszłam do szafy i szukałam w niej stroju na zwiedzanie miasta. Po pięciu minutach znalazłam go, więc szybko weszłam go łazienki z się w niego przebrałam. Po tej czynności zrobiłam sobie jeszcze szybki makijaż. Zadowolona z efektu swojej pracy wyszłam z pokoju czystości. Tam czekał już na mnie Ross. Razem ruszyliśmy na dół, a potem wyszliśmy z domu udając się do centrum miasta. Ross pokazał mi tyle cudownych miejsc np: Łuk Triumfalny, Muzeum Luwr, ale na koniec zostawił, naszym zdaniem, najpiękniejsze miejsce w stolicy Paryża, czyli wieżę Eiffla. Dotychczas widziałam ją tylko na fotografiach i muszę przyznać, że nigdy bym nie pomyślała, że ona jest aż taka wielka. Wjechaliśmy windą na samą górę i z tarasu widokowego podziwialiśmy piękną panoramę miasta miłości. - I jak? Podobają ci się te widoki? - Zapytał nagle Ross.
- Tu jest przepięknie. - Odpowiedziałam i się do niego uśmiechnęłam. On odpowiedział mi tym samym. Spojrzeliśmy sobie w oczy i po raz kolejny się pocałowaliśmy, jednak był to nasz pierwszy pocałunek w takim mieście jak Paryż. Jak zawsze czułam się magicznie. Gdy Ross jest przy mnie wszystko inne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, liczy się tylko i wyłącznie on i ja. Całowaliśmy się 20 sekund, a potem postanowiliśmy się już zbierać. W związku z tym, że ciocia Rossa nie mieszka zbyt daleko od Wieży Eiffla, już po 30 minutach byliśmy w jej domu. Wypiliśmy po kakao przyrządzonym przez nią. Po wypiciu napoju poszłam się umyć i przebrana w piżamę szybko zasnęłam.
*Oczami Rossa.*
Umyłem się i przebrany w piżamę usiadłem na łóżku. Nie chciało mi się jeszcze spać, więc wyjąłem mój szkicownik oraz ołówek. Nikt tego nie wie, ale często sobie tak rysuję, bo tak, podobnie jak muzyką, wyrażam to co czuję. Oczywiście nie żebym miał jakiś specjalny talent, ale po prostu to lubię. Po 10 minutach miałem już jeden rysunek i nie powiem, był całkiem niezły. Potem był następny i już po godzinie miałem narysowanych 5 rysunków. Niestety rysuję je dla siebie i nigdy nikomu ich nie pokażę. Sam nie wiem czemu, może po prostu chcę mieć jakąś tajemnicę przed resztą. Zadowolony i zrelaksowany zgasiłem światło i poszedłem spać, jednak śnił mi się koszmar.
******
I jest kolejny rozdział. Podoba wam się? Przepraszam, że tak późno, ale odrabianie lekcji jakoś mi się przedłużyło.
Całuski ;-* Marta Lynch.

sobota, 7 września 2013

(41) 5. Zakupy & Kolacja rocznicowa.

To było sześć najlepszych miesięcy w całym moim życiu.” - Ross Lynch.
*Oczami Rossa.*
Następnego dnia wstałem o godzinie 6:00. Szybko się umyłem, ubrałem i zszedłem na dół. Tak jak myślałem wszyscy jeszcze spali, więc to mi tylko ułatwiło zadanie. Wszedłem do kuchni, wyjąłem mąkę i resztę potrzebnych składników do zrobienia naleśników. W sekrecie wyznam wam, że interesuję się gotowaniem i wychodzi mi to całkiem nieźle. Już po 10 minutach naleśniki były gotowe. Nagle usłyszałem, że ktoś wchodzi do kuchni, okazało się, że to Riker.
- Co tak ładnie pachnie? - Zapytał jeszcze zaspanym głosem.
- Naleśniki. - Wyjaśniłem i nałożyłem jego porcję na talerz. - Proszę. - Blondyn dziwnie na mnie spojrzał. - Coś nie tak? - Zapytałem.
- Nie, tylko, od kiedy umiesz gotować?
- Od jakiegoś czasu, ale nie chcąc się chwalić powiem ci, że jeśli je zjesz, nie pożałujesz.
- Jesteś pewny siebie, co?
- Tak, Laura je próbowała i mówiła, że są najlepsze na świecie.
- Pewnie mówiła to żeby ci sprawić przyjemność. Jestem wybrednym konsumentem i... - W tej chwili wziął kawałek do ust. - Nigdy nie jadłem lepszych naleśników. - Dokończył, a ja zacząłem się śmiać. Po chwili w kuchni pojawiła się reszta mojej kochanej rodziny. - Ej! - Zaczął Riker. - Spróbujcie tych naleśników, Ross je zrobił i są świetne. - Wszyscy popatrzyli na mnie dziwnie, oprócz Rikera. Po chwili niepewnie wzięli po kawałku do ust i w tym samym czasie powiedzieli.
- Mmm, pycha. - A ja znów zacząłem się śmiać.
- Od kiedy umiesz gotować? - Zapytał Ryland.
- Od niedawna. - Wyjaśniłem dziś już drugi raz.
- To musisz nam częściej robić śniadanie. - Powiedział Rocky prawie dławiąc się naleśnikiem.
- Mamo, mogę zrobić dzisiaj obiad i kolację, a ty sobie odpoczniesz? - Tym razem skierowałem się do rodzicielki.
- Jeśli chcesz to oczywiście, że tak.
- Dziękuję, to ja idę na górę. - Wszedłem po schodach, wziąłem ze swojego pokoju deskorolkę, a na plecy założyłem mój ulubiony plecak i z powrotem wróciłem na dół. - Wychodzę! - Krzyknąłem i wyszedłem z domu. Gdy zamknąłem furtkę wskoczyłem na deskorolkę i udałem się w stronę Galerii Handlowej w centrum miasta. Wstąpiłem tam do Super Marketu, aby zrobić zakupy na dzisiejszą kolację i obiad. Przeglądając półki sklepowe zastanawiałem się co mógłbym dzisiaj zrobić dla mojej rodziny i Ella, jeśli akurat dzisiaj przyjdzie, w sumie to musi przyjść, bo zaraz po obiedzie mamy próbę zespołu. Szukałem jeszcze jakieś dziesięć minut aż zdecydowałem się, że dzisiaj na obiad zrobię pizzę, a na kolację sałatkę warzywną. Wsadziłem potrzebne produkty do koszyka, a po ich kupieniu włożyłem wszystko do plecaka i udałem się w dalszą „wycieczkę”. W Centrum Handlowym wszedłem jeszcze do kwiaciarni i kupiłem kwiaty dla Laury na jutrzejszy dzień. Wybrałem czerwone róże. Czerwony to ulubiony kolor mojej dziewczyny, a róże to jej ulubione kwiaty, z tej właśnie przyczyny postanowiłem to połączyć. Zawiozłem kwiaty do domu, wstawiłem je do wazonu i postawiłem w moim pokoju. Zakupy z kolei zaniosłem do kuchni, a sam wyniosłem śmieci, skosiłem trawnik, zmyłem naczynia, umyłem okna w pokoju, napisałem piosenkę, posprzątałem w pokoju, a to wszystko zajęło mi tylko 1,5 godziny. Przez cały ten czas moja rodzina i Ellington, który zdążył już przyjść, patrzyli na mnie dziwnie, mama nawet sprawdziła, czy przypadkiem nie mam gorączki, ale ja czułem się świetnie. O 12:10 wszedłem do kuchni i zacząłem robić pizzę. Ell był zdziwiony, że ja umiem gotować, ale jakoś to przyjął. Posiłek skończył się piec równo o 13:00. Wszyscy zniecierpliwieni i głodni czekali na mnie w jadalni. O 13:05 zasiadłem z nimi do stołu i wszyscy zaczęliśmy sobie nakładać po kawałku pizzy. Czekałem na reakcję mojej rodziny i Ell'a. - Ross to jest świetne, teraz już wiem u kogo będę zamawiał pizzę. - Powiedział nasz przyjaciel, a my wybuchliśmy śmiechem.
- Żałuj, że dziś rano nie jadłeś jego naleśników. - Powiedziała Rydel.
- Tak, nikt nie robi lepszych. - Powiedział Rocky.
- Nie wątpię. - Odpowiedział Ell. Obiad zjedliśmy w miłej atmosferze. Po skończeniu posiłku mieliśmy próbę, która trwała godzinę. Po niej Ellington i Rydel poszli razem do kina na randkę, a Riker, Rocky i Ryland pojechali do salonu gier. Chcieli też zabrać mnie, ale ja odmówiłem. Poszedłem do moich rodziców, którzy siedzieli akurat w salonie i usiadłem obok nich. - Mamo, tato. - Zacząłem. Oni spojrzeli na mnie wzrokiem abym mówił dalej, więc ja kontynuowałem. - Jutro mija sześć miesięcy odkąd ja i Laura jesteśmy razem, a ja chciałbym jej jako niespodziankę przygotować rocznicową kolację. Dlatego mam do was pytanie, czy mógłbym jutro mieć dom tylko dla siebie? - Rodzice spojrzeli po sobie porozumiewawczo, po czym mama powiedziała.
- Akurat mieliśmy wam przy kolacji powiedzieć, że ciocia zaprosiła nas na dziesięć dni do Paryża, więc jeśli chcesz możesz zostać.
- Dziękuję wam........ Zaraz, nie będzie was dziesięć dni?
- Tak, ale jeśli chcesz możemy kupić tobie i Laurze bilety na poniedziałek i do nas dołączycie, i tak do szkoły idziecie dopiero w piątek, czyli na bal. - Wyjaśnił tata.
- A Laura serio może lecieć ze mną?
- Tak, to jak? - Powiedzieli jednocześnie.
- Zapytam się jej jutro i wam napiszę.
- Ok, a teraz idź się przewietrzyć nasz romantyku ty.
- Dobrze. - Wyszedłem z domu i udałem się do domu Laury. Zadzwoniłem dzwonkiem i już po chwili w drzwiach pojawił się pan Damiano. - Dzień dobry. - Powiedziałem.
- Cześć Ross, Laury jeszcze nie ma. - Powiedział tata mojej dziewczyny.
- Właściwie to ja przyszedłem do pana.
- Aha, to zapraszam do środka. - Otworzył szerzej drzwi abym mógł wejść i razem usiedliśmy w jadalni. Pan Damiano zrobił mi i sobie herbatę i usiadł na krześle na wprost mnie. - To, w jakiej sprawie do mnie przyszedłeś? - Zapytał z zaciekawieniem popijając herbatę.
- Właściwie to Laury. - Pan Damiano zrobił minę, abym mówił dalej. - Moja rodzina wyjeżdża jutro na dziesięć dni do Paryża, do cioci, więc chciałbym się zapytać, czy Laura mogłaby tam ze mną polecieć w poniedziałek, kupilibyśmy bilet.
- A czemu dopiero w poniedziałek skoro wylot jest jutro?
- Tak, ale jutro mija sześć miesięcy odkąd Laura i ja zaczęliśmy się spotykać i chciałem ją zaprosić na romantyczną kolację niespodziankę.
- Uuu, jak romantycznie.... Ufam ci i wiem, że jej nie skrzywdzisz, więc może z tobą tam lecieć.
- Dziękuję, tylko proszę jej nic nie mówić.
- Oczywiście, będę milczał jak grób. - W tej chwili usłyszeliśmy, że drzwi do domu się otwierają. Po chwili pojawiła się w nich Laura, a tuż za nią jej mama. Moja dziewczyna miała w rękach z osiem toreb na ciuchy, ale gdy mnie zobaczyła wszystkie puściła i do mnie podbiegła.
- Ross. - Powiedziała i mnie przytuliła, oczywiście odwzajemniłem gest. - Co tu robisz? – Zapytała gdy się od siebie odsunęliśmy.
- Przyszedłem do twojego taty, ale widzę ile masz tych toreb, więc ci z nimi pomogę. - Powiedziałem i wziąłem wszystkie torby w obie ręce i zaniosłem je do pokoju szatynki. Dziewczyna szła tuż za mną. Gdy położyłem zakupy obok biurka dziewczyny odwróciłem się w jej stronę i łapiąc ją za obie dłonie powiedziałem. - Co ty na to abyśmy jutro spędzili cały dzień tylko we dwoje, w końcu jutro mamy ważny dzień.
- Tak, to już sześć miesięcy razem.
- To było sześć najlepszych miesięcy w całym moim życiu.
- Aww, to słodkie Ross. - Powiedziała i mnie przytuliła.
- To jak, zgadzasz się na nasz wspólny dzień?
- Oczywiście, że tak, już nie mogę się doczekać.
- Ja tak samo. - Spojrzałem na zegarek, była 17:45. - Muszę już iść.
- Już?
- Tak, robię kolację dla rodziny i Ellingtona.
- Polubili twoje dania, co?
- Tak. Ok, ja idę, ale jutro będę cały twój. - Powiedziałem i pocałowałem ją w policzek.
- Odprowadzę cię do furtki. - Powiedziała i zeszliśmy na dół.
- Do widzenia. - Powiedziałem.
- Ross, już idziesz? - Zapytała pani Ellen.
- Tak, bo robi kolację dla rodziny i przyjaciela. - Wyjaśniła za mnie Laura.
- Coś zrobiłeś, a to jest twoja kara? - Zapytał pan Damiano.
- Nie, wszystkim smakują moje posiłki, a ja lubię jak ludzie są szczęśliwy.
- Ty to jesteś ideałem. - Powiedziała Vanessa, która nagle pojawiła się w salonie.
- Ja bym tak o sobie nie powiedział. - Odpowiedziałem.
- I do tego skromny. - Dodał pan Damiano.
- Tak, między innymi dlatego z nim jestem. - Powiedziała Laura I mnie przytuliła. Po dziesięciu minutach rozmawiania już ostatecznie pożegnałem się z rodziną Marano i wróciłem do swojego domu. Wyjaśniłem rodzicom, że tata Laury zgodził się na jej wyjazd ze mną i, że została już tylko ona, a sam poszedłem do kuchni, aby przygotować posiłek, czyli wspomnianą wcześniej sałatkę warzywną. Wszystkim oczywiście smakowała. Po kolacji poszedłem się umyć i przebrany w piżamę poszedłem spać. Zasnąłem z myślą co przyniosą mi kolejny dni. Następnego dnia obudziłem się dość wcześnie, o 5:30 ponieważ muszę się jeszcze pożegnać z rodziną, a potem przygotować kolację. Jeszcze w piżamie zszedłem na dół i wszedłem do kuchni, aby wszystkim zrobić śniadanie. Oczywiście zdecydowałem się zrobić naleśniki. O 6:00 przychodzi do nas Ellington ponieważ on też jedzie do Paryża, więc będzie miał okazję spróbować mojego popisowego dania. Znając życie, pewnie przyjdzie do nas bez śniadania, więc to mi tylko ułatwi zadanie. Naleśniki były gotowe po pół godzinie, w tym czasie w jadalni pojawili się już wszyscy z mojej rodziny oraz Ell. Każdemu nałożyłem jego porcję i usiadłem razem z rodziną przy stole. Moje rodzeństwo z zaciekawieniem patrzyło na naszego przyjaciela. On po chwili musiał to zauważyć, bo zapytał.
- O co chodzi?
- Czekamy na twoją minę, gdy spróbujesz naleśników Rossa. - Wyjaśniła Rydel.
- Nie będziesz żałował. - Dodał mój tata.
- Ok, to spróbuję. - Powiedział i włożył kawałem do ust. Jego mina była bezcenna. Wyglądał głupio, a jednocześnie śmiesznie. Wszyscy zaczęliśmy się z niego śmiać, on sam również. Po skończonym posiłku wróciłem do swojego pokoju i wziąłem poranny prysznic, a potem przebrałem się w inne ubranie. Odprowadziłem rodzinę na lotnisko, moja mama normalnie nie chciała się ze mną rozstać, ale pocieszał ją fakt, iż zobaczy mnie już jutro. Z lotniska poszedłem prosto do swojego domu. Z kuchni napisałem do Laury SMS'a: „Mam pytanie, mogę przyjść po ciebie o 13:00, a stamtąd zaprowadzę cię w super miejsce?” - Napisałem. Po chwili brunetka odpisała mi. - „Oczywiście, będę na ciebie czekać.” - Dalej już nic jej nie napisałem tylko wziąłem się za robienie rocznicowej kolacji. Upiekłem babeczki z truskawkami – nasze ulubione, a także rogaliki maślane. Zrobiłem też ciasteczka owsiane i wszystko to włożyłem do koszyka wiklinowego. Zawiozłem wszystko na miejsce mojej randki z Laurą i wróciłem do domu. Tam przebrałem się w lepszy strój, wziąłem kwiaty, które kupiłem wczoraj i poszedłem do Laury. Zadzwoniłem dzwonkiem, a już po chwili drzwi się otworzyły. Stał w nich pan Damiano.
- Dzień dobry. - Powiedziałem.
- Witaj Ross, wejdź proszę. - Odpowiedział i wpuścił mnie do środka. Przywitałem się tam z mamą i siostrą Laury, a potem czekałem aż zejdzie moja dziewczyna. Nie musiałem długo czekać gdyż pojawiła się w salonie po pięciu minutach. Wyglądała niesamowicie, aż zabrakło mi tchu w piersiach.
- Cześć Ross. - Powiedział. - I jak wyglądam? - Zapytała po czym obróciła się wokół własnej osi co sprawiło, że wyglądała jeszcze piękniej.
- Niesamowicie. - Odpowiedziałem gdy stanęła na wprost mnie. - To dla ciebie. - Powiedziałem i wręczyłem jej kwiaty.
- Dziękuję, – Odpowiedziała. Podała kwiaty swojej mamie, a ta wstawiła je do wazonu. - To my już idziemy. - Skierowała się do rodziców. Wzięła z wieszaka różową torebeczkę i przewiesiła ją sobie przez ramię. Pożegnaliśmy się z jej rodzicami i wyszliśmy. - To co będziemy robić? - Zapytała gdy byliśmy już poza domem.
- To niespodzianka. - Powiedziałem i uśmiechnąłem się. Dziewczyna odwzajemniła gest i dodała.
- Uwielbiam niespodzianki, a te w twoim wydaniu są najlepsze.
- Dzięki. - Odpowiedziałem. Szliśmy jakieś 30 minut. Gdy byliśmy już niedaleko powiedziałem Laurze, aby zamknęła oczy, a ona wykonała moje polecenie. Po 10 minutach drogi pozwoliłem jej otworzyć oczy. Gdy to zrobiła oniemiała. - I jak, podoba ci się? - Zapytałem.
- Żartujesz? Tu jest pięknie. - Powiedziała i mnie przytuliła.
- Cieszę się, że ci się podoba. - Powiedziałem. Rozłożyłem koc, który wcześniej tutaj przywiozłem oraz koszyk i razem usiedliśmy przed literą “L” i wspólnie podziwialiśmy zachód słońca w Los Angeles. W czasie randki dużo rozmawialiśmy na przeróżne tematy. Zanim się obejrzeliśmy zrobiło się już ciemno, więc zaczęliśmy wracać do domu. - Może zostaniesz dzisiaj u mnie na noc? - Zapytałem w czasie drogi.
- Chętnie, ale muszę się zapytać taty. - Później już nic nie mówiliśmy. Dotarliśmy pod dom Laury po 30 minutach. Dziewczyna do niego weszła, a ja spokojnie czekałem przy furtce. Po jakiś 10 minutach obok mnie pojawiła się szatynka z torbą w ręce. - Rodzice mi pozwolili, idziemy? - Powiedziała, a ja twierdząco przytaknąłem głową. Wziąłem od niej torbę i ruszyliśmy. W moim domu byliśmy po pięciu minutach. Zaniosłem torbę Laury, którą wzięła ze swojego domu, w łazience, a sam udałem się do salonu i usiadłem na kanapie obok brązowookiej.
- Chciałem cię o coś zapytać. - Zacząłem rozmowę.
- O co chodzi? - Zapytała Laura. Po jej zachowaniu wywnioskowałem, że trochę bała się mojej odpowiedzi.
- Jak sama wiesz moja rodzina wyjechała dzisiaj na dziesięć dni do Paryża. - Dziewczyna przytaknęła. - A ja lecę tam do nich jutro i nie wytrzymam tyle bez ciebie, więc chciałem cię zapytać, czy może nie poleciałabyś tam ze mną? - Laura początkowo spojrzała na mnie pytająco, ale potem powiedziała.
- Ja też tyle bez ciebie nie wytrzymam, ale serio chcesz żebym z tobą poleciała?
- Tak, moja rodzina też, a twojego taty się pytałem i wyraził na to zgodę.
- Wow, czyli pomyślałeś o wszystkim.
- Tak.
- To skoro tak stawiasz sprawę to.... zgadzam się.
- Serio? To super, lot jest jutro o 16:00, więc przyjdę po ciebie o 14:30, ok?
- Spoko. - Nagle nasze twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Po chwili oczywiście zaczęliśmy się całować. Z każdą sekundą pocałunek ten był coraz bardziej namiętny. Ani ja, ani Laura nie chcieliśmy przerywać tej pięknej chwili. Po kilku minutach leżałem na Laurze podpierając się rękami. W pewnej chwili gdy Laura zaczęła podnosić moją bluzkę powiedziałem. - Czekaj, stop! - Dziewczyna spojrzała na mnie z przerażeniem, a ja kontynuowałem. - Nie chcę cię do niczego zmuszać.
- Do niczego mnie nie zmuszasz. - Odpowiedziała.
- Ale jesteś pewna, że tego chcesz? Może zróbmy to w odpowiednim czasie, gdy oboje będziemy na to gotowi.

- Ok. Ja też myślę, że lepiej zrobić coś przemyślanego, a potem tego nie żałować. - Potem jeszcze rozmawialiśmy. O 23:00 poszliśmy się umyć, a potem spać do mojego pokoju. Laura zasnęła wtulona we mnie, a ja 5 minut po niej.
**********
I jak? Podoba wam się? Tak jak obiecałam, rozdział jest dłuższy. Jeśli chodzi o to co napisała mi pewna osoba pod poprzednim rozdziałem, w opowiadaniu zacznie się coś dziać po balu, czyli jeszcze kilka rozdziałów. Mam nadzieję, że was tym nie zawiodłam.
Całuski ;-* Marta Lynch.

środa, 4 września 2013

(40) 4. Przygotowania & Upadek.

"Lepiej uważaj na siebie, bo nie chcę, aby następnym razem coś ci się stało." - Ross Lynch.
*Oczami Laury.*
Następnego dnia obudziłam się, jak zawsze, o 6:00. Dzisiaj jest piątek, więc jutro będę mogła się wyspać, a dzisiaj pójść później spać. Podeszłam do szafy i wybrałam z niej ciuchy. Następnie poszłam do łazienki, wykonałam poranne czynności i założyłam je na siebie. Robiąc sobie makijaż wyszłam z pokoju. Książki miałam już spakowane od wczoraj, więc nie musiałam tego dziś robić. Weszłam do kuchni, a tam mama akurat nakładała mi śniadanie. Przywitałam się z nią i zaczęłam konsumować kanapki. Gdy je zjadłam była 7:20, więc odniosłam talerz do zmywarki. Weszłam szybkim krokiem po schodach i jeszcze szybciej wzięłam swoją torbę z książkami. Gdy schodziłam usłyszałam pukanie do drzwi. Domyśliłam się, że to Ross. Krzyknęłam tylko - Wychodzę! - Nie czekając na żadną odpowiedź wyszłam z domu witając się wcześniej z blondynem. Szliśmy do szkoły trzymając się za ręce. Doszliśmy do niej za piętnaście ósma. Pierwszą naszą lekcją były dzisiaj zajęcia teatralne. Na nich pani Clark ogłosiła, że po lekcjach odbędzie się dekorowanie sali, a chętni mogą przyjść. Postanowiliśmy z Rossem pomóc. Kolejne lekcje mijały nam spokojnie. Pani dyrektor powiedziała, że do dnia balu nauczyciele nie będą nam nic zadawać, chociaż w szkole muzycznej nie ma takich zwykłych prac domowych tylko np. napisać i przećwiczyć piosenkę, czy też wymyślić choreografię to i tak wszyscy bardzo się cieszyli z owej nowiny. Po lekcjach razem z Rossem udaliśmy się pod salę gimnastyczną, w której miał się odbyć wyczekiwany przez wszystkich bal. Okazało się, że tylko my mogliśmy przyjść ponieważ reszta chętnych ma jeszcze lekcje. Nauczycielka dała nam potrzebne materiały, a sama udała się do pokoju nauczycielskiego, więc zostaliśmy z Rossem sami. Wieszaliśmy dekoracje w różne miejsca, jedne na górze, inne na dole. W pewnej chwili wpadłam na "genialny" pomysł. Gdy Ross nie patrzył postawiłam drabinę na środku sali gimnastycznej i zaczęłam się po niej wspinać. Chciałam powiesić na suficie jedną z dekoracji, ale gdy byłam już na górze i stałam na najwyższym szczebelku drabina się zachwiała, a ja zleciałam w dół. Byłoby już po mnie gdyby nie mój wybawca, oczywiście mowa tu o Rossie. To właśnie on w ostatniej chwili mnie złapał. Patrzyliśmy sobie w oczy, gdy nagle blondyn powiedział.
- Lepiej uważaj na siebie, bo nie chcę, aby następnym razem coś ci się stało. - Po czym się uśmiechnął. Odwzajemniłam jego gest.
- Jesteś moim wybawcą. - Powiedziałam.
- Ja bym tak o sobie nie powiedział, ale to twoje słowa. - Powiedział, po czym oboje wybuchliśmy śmiechem. Gdy się opanowaliśmy Ross postawił mnie z powrotem na ziemi. Potem kontynuowaliśmy dekorowanie sali. Ze szkoły wyszliśmy dopiero po szesnastej, ale było warto, bo szczerze mówiąc dekorowanie sali wyszło nam znakomicie. Poszliśmy do Rossa, a w jego pokoju zaczęliśmy grać na pianinie. Tak się stało, że po godzinie napisaliśmy piosenkę, była całkiem fajna.
"1. I ja, i ty.
Spełniamy swoje sny.
U stóp mamy cały świat,
A nasza miłość jest jak kwiat.
Zawsze razem będziemy
I nigdy się nie rozstaniemy."*
Potem urządziliśmy sobie bitwę na poduszki, ale skończyło się tym, że Ross tak mnie uderzył poduszką, że ja upadłam na jego łóżko podcinając go przy tym, czego przyczyną było przewrócenie się blondyna na mnie. Wybuchliśmy śmiechem, a brązowooki przystojniak zszedł ze mnie i położył się obok mnie. Nadal śmialiśmy się niepohamowanym śmiechem. Gdy już w pełni się opanowaliśmy usiedliśmy spokojnie na łóżku mojego chłopaka. Rozmawialiśmy chyba na wszystkie możliwe tematy. W pewnej chwili chłopak poruszył temat balu. - Cieszysz się z tego balu? - Zapytał. Do balu zostały jeszcze tylko dwa tygodnie, więc jutro muszę sobie kupić sukienkę.
- Tak, cieszę się. - Odpowiedziałam. - Ale bardziej z tego, że idę tam z tobą.

- Ja tak samo. - Rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się do 21.00. Potem Ross mnie odprowadził pod mój dom. Weszłam do pokoju, umyłam się i poszłam spać.

* - Piosenka napisana przeze mnie, więc nie kopiować.
**********
Wiem, że rozdział krótki, ale następny będzie dłuższy. Nie miałam okazji zapytać was jak mija rok szkolny, więc zrobię to teraz. Jesteście zadowoleni? Do jakiej klasy chodzicie? Jeśli chodzi o mnie to jestem w połowie zadowolona. Chodzę do pierwszej klasy gimnazjum, która jest nową klasą, czyli są w niej uczniowie z różnych szkół, a ja jedyna jestem z czwórki, więc nikogo nie znam. Chciałabym wrócić do tamtej szkoły, ale musiałabym dojeżdżać, więc rodzice wydawali by więcej na bilety. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam moimi problemami.
Całuski ;-* Marta Lynch.

niedziela, 1 września 2013

(39) 3. Ogłoszenie & Zaproszenie na bal.

"Już myślałam, że mnie nigdy nie zaprosi, ale teraz gdy to nastąpiło jestem bardzo szczęśliwa, że jednak to zrobił." - Laura Marano.
*Oczami Rossa.*
Następnego dnia obudziłem się o 6:00. Dzisiaj jest poniedziałek, a do szkoły mam na 8:00, więc zostały mi jeszcze dwie godziny na umycie się, ubranie się, zjedzenie śniadania, spakowanie książek, wyjście, wstąpienie po Laurę i dojście z nią do szkoły. Powinienem się wyrobić. Wstałem z łóżka. W łazience umyłem się i ubrałem w wcześniej przygotowane ubrania. Dzisiaj rodzice robili nam śniadanie, więc miałem jeszcze czas na spakowanie książek. Tak też zrobiłem. Po dziesięciu minutach zszedłem na dół i zjadłem śniadanie - naleśniki. Gdy skończyłem, była już 7:20, więc wziąłem plecak i żegnając się z rodziną poszedłem do szkoły. Po drodze oczywiście poszedłem po Laurę i razem udaliśmy się do szkoły. Byliśmy tam 10 minut przed dzwonkiem. Naszą pierwszą lekcją była godzina wychowawcza. Równo o ósmej weszliśmy do sali nr 234. Ja usiadłem z Laurą, a Calum siedział z Raini. - Drodzy uczniowie mam nowinę od samej pani dyrektor. - Zaczęła pani Mark. - Otóż za trzy tygodnie w naszej szkole odbędzie się bal. - Wszyscy zaczęliśmy się cieszyć. Potem nauczycielka dała nam czas dla siebie, a każdy zaczął zapraszać swoją drugą połówkę. Przez cały ten czas Laura mnie obserwowała. Wiedziałem o co jej chodzi, ale udawałem, że nic nie wiem, gdyż miałem dla niej zaplanowaną niespodziankę.
- Coś się stało? - Zapytałem
- Nie, tylko,.... a nie... już nic. - Powiedziała.
- Na pewno?
- Tak.
*Oczami Laury.*
Byłam smutna, że Ross nie zaprosił mnie na bal. A może już nie chce ze mną być? Nie, powiedziałby mi o tym wprost. Myślałam o tej sprawie przez całą lekcję. Co jakiś czas kątem oka patrzyłam co robi Ross. Pisał coś w swoim zeszycie, ale nie widziałam co to było. Gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę blondyn wybiegł z sali jak torpeda. Nie wiedziałam o co chodzi. - "Może później mi to wszystko wyjaśni." - Pomyślałam. Idąc w kierunku swojej szafki, widziałam jak każdy chłopak zaprasza jakąś dziewczynę na bal. Tylko mnie Ross nie zaprosił. Żeby dojść do mojej szafki trzebabyło przejść prawie całą szkołę. Ja byłam właśnie w połowie drogi. Nie musiałam się spieszyć, bo przerwa trwała 20 minut, a moja następna lekcja była w sali niedaleko mojej szafki. Gdy doszłam już do celu mojej podróży, otworzyłam szafkę, a tam była miła niespodzianka - pluszowy miś, który trzymał kartkę. Wzięłam ją do rąk i zaczęłam czytać tekst na niej zamieszczony. Było tam napisane: "Moja ukochana ślę do ciebie ten liścik w wielkim pośpiechu, jednak muszę ci powiedzieć żebyś po lekcjach spotkała się ze mną w sali artystycznej, gdyż mam dla ciebie niespodziankę." Wiedziałam, że ta kartka jest od Rossa. W duchu byłam z tego bardzo zadowolona. Wyjęłam z szafki książki na następną lekcję - muzykę i razem z misiem i kartką schowałam je do torby. Udałam się pod salę nr 159. Dalsze lekcje minęły bez niespodzianek. Z niecierpliwością wyczekiwałam dzwonka obwieszczającego koniec lekcji. W końcu się tego doczekałam i pełna zaciekawienia udałam się do sali artystycznej. Była ona całkiem duża. Znajdowała się w niej scena, na której często były wystawiane przedstawienia lub organizowane koncerty. Usiadłam w pierwszym rzędzie od sceny i czekałam. Nagle na ekranie znajdującym się na scenie zaczął wyświetlać się taki jakby film. Pojawiła się w nim duża litera "B". W tej chwili jakiś głos powiedział. - "B" ponieważ bardzo cię kocham. - Potem pojawiła się litera "A". - "A" jak atrakcyjna przyszłość, która nas czeka. - Następnie pojawiła się litera "L". - "L" ponieważ lubię w tobie absolutnie wszystko. - Na tym skończył się ten pokaz, ale po chwili na scenie pojawił się Ross z wielką kartką, na której było napisane "BAL?". Wiedziałam o co konkretnie mu chodzi. Szybko weszłam na scenę i przytuliłam blondyna z całych sił szepcząc mu do ucha. – "Tak" - Byłam szczęśliwa. Ross chwycił mnie za rękę i razem wyszliśmy ze szkoły. Chłopak odprowadził mnie pod dom, a ja po pożegnaniu się z nim pobiegłam do swojego pokoju i szczęśliwa rzuciłam się na łóżko.
*Oczami Rossa.*
Jak zawsze w czasie powrotu ze szkoły odprowadziłem Laurę pod jej dom. Gdy się z nią pożegnałem zacząłem iść w kierunku mojego domu. Gdy byłem już obok niego wpadła na mnie jakaś blondynka, średniego wzrostu. - O Jezu, przepraszam. - Powiedziała.
- Nic się nie stało. - Gdy podniosła głowę olśniło mnie. - Olivia? - Zapytałem.
- Tak, czekaj, czekaj, Ross?
- Tak, co ty robisz w Los Angeles?
- Za trzy tygodnie znów się tu przeprowadzam, a jak na razie odwiedzam starych znajomych.
- To fajnie. A do jakiej szkoły będziesz chodziła?
- Do tej muzycznej.
- Ja też tam chodzę. Może wejdziesz do nas, pogadamy.
- Jasne, mam jeszcze dużo czasu zanim przyjedzie po mnie mój tata. - Oboje weszliśmy do domu mojej rodziny i usiedliśmy na kanapie w salonie. - No, opowiadaj co tam u ciebie słychać. - Powiedziała blondynka.
- Jakoś leci, ale pewnie większość wiesz o mnie z gazet, prawda?
- Tak, szczególnie tą akcję z tobą i Maią, współczuję.
- Nie musisz. Teraz jestem szczęśliwy.
- Serio?
- Tak, mam dziewczynę, którą kocham najbardziej na świecie.
- Masz dziewczynę? Cieszę się, to pewnie Laura Marano, mam rację?
- Tak, muszę was ze sobą koniecznie poznać.
- Tak, musisz. - Zauważyłem na twarzy blondynki smutek.
- Coś się stało? - Zapytałem z czułością i troską.
- Nie nic, tylko po prostu za tobą tęskniłam.
- Ja za tobą też. - Po tych słowach wstaliśmy z kanapy i przytuliliśmy się do siebie, ale wiadomo, tak po przyjacielsku. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Nie puszczając Olivii krzyknąłem. - Proszę!!! - W tym momencie w drzwiach pojawiła się... Laura. Z jej wyrazu twarzy mogłem wyczytać zdziwienie. - Laura, hej. - Powiedziałem i puściłem Liv. - To jest Olivia, kiedyś się z nią przyjaźniłem. Olivia to jest Laura, moja dziewczyna. - Skierowałem się do blondynki.
- Miło mi cię poznać. - Powiedziała Liv i wyciągnęła rękę w kierunku Laury. Ona odpowiedziała jej tym samym i uścisnęła ją. Po 30 minutach Olivia musiała się już zbierać, więc ja i Laura zostaliśmy sami. Poszliśmy do mojego pokoju. Gdy zamykałem drzwi dziewczyna powiedziała.
- Podobasz jej się.
- Komu? - Zapytałem nie wiedząc o co chodzi.
- Olivii.
- Co? Czemu tak myślisz?
- Widać jak na ciebie patrzy, a gdy mówisz świecą jej się oczy.
- No cóż, nie wiem czy czuje coś do mnie, czy też nie, ale jedno jest pewne, ja kocham ciebie i tylko ciebie. - Powiedziałem i ją pocałowałem.
- Aww to słodkie Ross.
- A właściwie w jakiej sprawie do mnie przyszłaś?
- Tak chciałam się spotkać.
- Aha, może coś obejrzymy?

- Ok. - Wybraliśmy film pt. "Przewrotni kochankowie." Był wzruszający. Po skończonym seansie odprowadziłem Laurę do domu, bo było już późno, a sam poszedłem do siebie i umyty poszedłem spać.
******
I jak? Podoba wam się rozdział? Mam nadzieję, że tak. Nie będę się zbytnio rozpisywać, bo szykuję się właśnie na jutrzejsze rozpoczęcie roku szkolnego, ale się się stresuję.
Całuski ;-* Marta Lynch